GREIFSWALDER BODDEN I STRELASUND

Trasa obejmuje Greifswalder Bodden, cieśninę Strelasund do Stralsundu wraz z portami leżącymi na Rugii, a dostępnymi z Greifswalder Bodden lub Strelasund.

 

GREIFSWALDER BODDEN

Powoli opuszczamy Peenestrom, wprawdzie jeszcze od wschodu osłania nas Peenemunderhaken. Jest to najbardziej na NW wysunięty cypel Uznamu, pełniący obowiązki ptasiego raju i przedłużony mieliznami we wszystkich kierunkach. Tu trzeba bardzo uważać, bo wszystkie kawałki lądu też są przedłużone mieliznami. Widocznie taka moda panuje w okolicy. W namiarze NE otwiera się wyjście na Bałtyk z kropkami dwóch wysepek; Ruden na pierwszym planie i daleko na horyzoncie Greifswalder Oie. Horyzont północny i kawałek zachodniego zamyka cieniutki pasek wyspy Rugia. Reszta widocznych lądów to już Europa kontynentalna. W pobliżu naszej trasy sterczą z wody wieże dla artylerii przeciwlotniczej broniącej niegdyś Peenemunde. 

Wieża artyleryjska. Foto: Kazimierz Olszanowski

Zatoka Greifswalder Bodden oraz cieśnina Strelasund – to miejsca wylęgu i środowisko życia wielu gatunków ptaków i zwierząt będących pod ochroną. Celem projektu „Wassersport im Bodden” (Sporty wodne w zatokach) jest zachowanie nienaruszalności tego środowiska oraz rozważne korzystanie z jego uroków. W ramach wspólnej inicjatywy World Wide Fund for Nature (WWF), Stowarzyszenia Żeglarzy, Ministerstwa Ochrony Środowiska Meklemburgii-Pomorza Przedniego i wielu innych związków i instytucji podpisano w ostatnich latach wiele porozumień, które regulują – pod względem przestrzennym i czasowym – wstęp i wjazd do określonych akwenów wodnych oraz stref przybrzeżnych.

To tylko fragment bardzo ważnego dokumentu. Odwołuje się on do zapisów w wielu szczegółowych porozumień określających co wolno a czego nie. Raczej nie dotrzemy do źródłowych zapisów, dlatego radzę unikać akwenów oznaczonych jako rezerwaty przyrody, czyli NSG. Dzięki temu sami unikniemy zarzutów licznych służb chroniących przyrodę zakazami.

Główny tor wodny jest dostatecznie oznakowany oświetlonymi bojami. Przynajmniej tak twierdzą źródła niemieckie, jednak moje doświadczenia zdecydowanie zaprzeczają temu. Szczególną ostrożność należy zachować we wschodniej części obszaru, ponieważ na mieliźnie, pod powierzchnią wody, kryją się duże głazy narzutowe, a pławy czasami stoją już na płyciźnie.

Historię tego regionu zdominowała Hanza. Tędy prowadził jeden z głównych szlaków łączących centrum hanzeatyckie w Lubece i Hamburgu z portami wschodniej części morza bałtyckiego. Tu kilka starych grodów dzięki dogodnemu położeniu rozwinęło się w handlowe emporia.

Hanza

Pierwsze hanzy powstały w XII wieku w Niderlandach. Największą sławę zdobyła tzw. Hanza Niemiecka (w literaturze znana po prostu jako „Hanza”), która w XIV-XV wieku gromadziła praktycznie wszystkie miasta pobrzeża Morza Północnego i Bałtyckiego, oraz kilka w głębi lądu (Kraków, Wrocław, Kolonia…). Po uzyskaniu monopolu na wspomnianych akwenach Hanza osiągała wielkie zyski, a należące do niej miasta często wówczas właśnie przeżywały świetność. W szczytowym okresie rozwoju Hanza liczyła około 200 miast pod przewodnictwem Lubeki. Z czasem jednak znaczenie tej organizacji zaczęło maleć. Miasta stały się mniej niezależne od swoich monarchów, pojawiły się rozbieżności między interesami poszczególnych członków, niechęć konsumentów do wysokich cen dyktowanych przez Ligę, wreszcie konkurencja niezależnych kupców holenderskich doprowadziły do upadku organizacji. W 1478 r. kupcy hanzeatyccy zostali wygnani z Nowogrodu. Ostatecznie Hanza utraciła pozycję w wyniku wielkich odkryć geograficznych i ustanowieniu szlaków morskich łączących Europę z Ameryką i Indiami. Ostatni zjazd delegatów miast hanzeatyckich odbył się w 1669 r. Jeszcze obecnie na pamiątkę udziału w Hanzie niemieckie miasta hanzeatyckie stosują w związku z tym jako oznaczenie tablic rejestracyjnych samochodów pierwszą literę H (Hansestadt – miasto hanzeatyckie): HB = Brema, HH = Hamburg, HGW = Greifswald, HL = Lubeka, HRO = Rostock, HST =Stralsund, HWI = Wismar.

Bracia Witalijscy. Z kwitnącego handlu morskiego chcieli wówczas osiągać korzyści ci, którzy nie siali a tylko zamierzali zbierać. Rozbój na morzach był bardzo rozpowszechniony. Ponad 600 lat od swej gwałtownej śmierci, w wyobrażeniach ludzkich żyje jako obrońca biednych i słabych, zaprzysiężony wróg bogatych i potężnych, przedstawiciel ówczesnych piratów Klaus Störtebeker. Należał on do siejących postrach na Bałtyku Braci Witalijskich i był ich prowodyrem. Wedle różnych legend i podań miał się urodzić w Ruschvitz na Rugii. Przypisywano mu ogromną siłę fizyczną i niebywałą odporność na trunki. Kilkulitrowy puchar wina miał opróżniać jednym tchem, co przysporzyło wielkiej sławy jego imieniu. Został zaopatrzony w 1391 roku w kaperskie listy i prowadził wojnę na własny rachunek. Korsarze wspomagali oblegany przez Duńczyków Sztokholm żywnością (wiktuałami). Stąd wywodziła się ich nazwa Witalijscy Bracia. Gdy brakowało zatrudnienia prowadzili zwyczajny proceder piracki, rabując statki handlowe i napadając na nadbrzeżne miasta.

W 1401 roku Witalijscy Bracia zostali koło Helgolandu zdziesiątkowani przez siły morskie Hamburga. Klaus Störtebeker, Michael Gödeke i ich towarzysze zostali pojmani i zawleczeni do miejsce straceń na Grasbrook. Miał wtedy Störtebeker prosić o łaskę dla wszystkich swoich ludzi, koło których, już bez głowy, przebiec jeszcze zdoła. Gdy faktycznie już koło pięciu przebiegł, rzucił mu kat pod nogi katowski pieniek, na którym się Störtebeker potknął i upadł. Nic dziwnego, bez głowy raczej trudno coś zobaczyć. Naturalnie, potem już nawet tych pięciu, którzy mieli otrzymać ułaskawienie, nie uniknęło katowskiego topora. Wdzięczni potomkowie Klausa, na pamiątkę jego chwalebnych wyczynów, do dnia dzisiejszego serwują w rugijskich knajpkach zacne piwo „Störtebeker”.

Klaus Störtebeker rekonstrukcja głowy na podstawie zachowanej czaszki

Wkrótce po wejściu na Greifswalder Bodden farwater rozwidla się. My zrobimy mały wyskok do Greifswaldu, jednego z większych niegdyś miast hanzeatyckich, czyli kurs na zachód a następnie na południe w gąb Zatoki Greifswaldzkiej. Ostatnią milkę przed wejściem w rzekę Ryck trzeba pilnować się farwateru. Po zwiedzeniu Greifswaldu powrócimy tu i pożeglujemy w kierunku Stralsundu.

 

LUBBMIN

Na południowym brzegu starszą kanciaste obiekty byłej elektrowni jądrowej, zbudowanej niegdyś wg projektu typu Czarnobyl. Obecnie elektrownia nie działa, reaktor został wygaszony a paliwo atomowe ponoć wywiezione. Budowle, kosztem 5 mld euro mają być wkrótce rozebrane, na ich miejsce planuje się wybudowanie stacji odbioru gazu ziemnego importowanego z Rosji. W tym miejscu przysłowie : „jak nie kijem to pałką” nabiera blasku i szczególnego znaczenia. Biorąc pod uwagę przeważające kierunki wiatru mamy wielkie szanse znaleźć się w chmurze tzw „transgranicznej emisji” jakiegoś lotnego lub pływającego paskudztwa. Wprawdzie ponoć lepsze to niż powtórka z Czernobyla, ale cóż sprawa gustu. Cała afera z rurą pobłogosławiona przez Unię Europejską przywodzi na myśl niesławnej pamięci układ Ribbentrop – Mołotow. Zachodni sąsiedzi mają dostęp do gazu, wschodni dużą kasę, a my zagrożenie śmierdzącą rurą biegnącą wzdłuż naszego brzegu morza. Mimo zapewnień trudno uwierzyć, że rury czasami nie pękają, oczywiście z przyczyn zupełnie obiektywnych i niezawinionych przez człowieka. Na trasie rurociągu zalega cała eskadra ponad dwudziestu  wraków zatopionych w XVIII wieku przez Szwedów. Stare statki wyładowano kamieniami i zatopiono by zapobiec wejściu duńskiej floty do Greifswaldu. Jednak ktoś z miejscowych zdradził położenie podwodnej zapory i duńskie okręty weszły bez kłopotu do portu. Podobno tylko jeden z wraków usunięto, by uniknąć kolizji z grubą rurą. Oczywiście, żeby broń Boże nie pękła. Elementy wraku po konserwacji mają być eksponowane w sztucznym jeziorze.

 

ELDENA

Do lejkowatej zatoki na południowym skraju boddenu wpada rzeka Ryck. Kilkaset metrów powyżej ujścia rzekę przegradza stary, zabytkowy most zwodzony.

Zabytkowy, zwodzony most w Eldenie. Foto: Kazimierz Olszanowski

W sezonie otwierany jest co godzinę. Jako pierwsze przepuszczane są jednostki płynące w dół rzeki. Oczekując na otwarcie mostu jachty zazwyczaj nie cumują do brzegów a wyczyniają często dość niebezpieczne harce na ciasnym akwenie. Moim zdaniem warto zatrzymać się i pospacerować po osadzie (dzielnica Greifswaldu) odszukać w pobliskim parku ruin najważniejszego, pomorskiego klasztoru cystersów. W ostatnich latach XII wieku zakon cystersów otrzymał przywilej warzenia soli i założył klasztor przy ujściu rzeki Ryck do boddenu. Cystersi słynęli z dobrego gospodarowania i wkrótce teren został zabudowany kościołem, obiektem mieszkalnym, budynkami gospodarczymi i przemysłowymi jak obecnie określamy tego typu budowle. Nieco powyżej Eldeny założono osadę handlową, obecny Greifswald. W wyniku reformacji klasztor rozwiązano, zaś dobra przekazano uniwersytetowi. Dawną świetność Eldeny przypominają ruiny klasztoru.

 

GREIFSWALD

Za mostem płyniemy w górę rzeki kierując się na Greifswald. Rzeka leniwie toczy się między płaskimi polderami, na których utworzono kilka rezerwatów przyrody. Można zatrzymać się w miejscowości Wieck wykorzystując urokliwy niewielki port jachtowy i rybacki. Północny brzeg rzeki „wytapetowany” jest przystaniami i jachtami. Do centrum miasta można dostać się tylko przez most. Czy tak czy siak, do zabytkowego centrum jest spory kawałek drogi, dlatego ja zawsze cumowałem w marinie na lewym brzegu rzeki przed mostem. Podobno można przycumować przy muzealnym nabrzeżu, ale zauważyłem, że jednostki sportowe i turystyczne  nie są tam mile widziane.

Historia. Okolica kryje standardowe pozostałości działalności ludzkiej, od paleolitu schyłkowego do epoki brązu i żelaza. Archeolodzy mają zajęcie, zaś publika dostęp do zbiorów w muzeach.
Kilka lat temu w pobliżu Greifswaldu wygrzebano z błota tzw „idola słupowego”, datowanego na ostatnie wieki przed naszą erą czyli początek epoki żelaza. Dawni Germanie wbili w dno zbiornika wodnego kawał rozwidlonego pnia i podobno oddawali mu boską cześć. Zdarzało się, że idole wbijano parami. Jak w odpowiednim miejscu pozostawiono sterczący sęk, to współcześni uczeni dopatrują się symbolu męskich sił witalnych, a jak sęka brak mamy żeński symbol płodności sił natury. Cechy antropomorficzne podkreślano nacięciami na górnym, nie rozwidlonym końcu pnia. Tego typu wzniosłe interpretacje budzą wątpliwości jako, że pominięto działalność zwyczajnych bobrów. W moich stronach naprodukowały one tuziny „idoli słupowych” zalegających brzegi wód, leżących w wodzie czy na bagnie. Potrzeba tylko trochę czasu i wyobraźni.

Miastotwórcza rola cystersów spowodowała, że już na początku XIII stulecia książę Warcisław III nadał osadzie prawa miejskie. Wkrótce Greifswald przystąpił do Hanzy, co spowodowało gwałtowny rozkwit miasta. Członkostwo w Hanzie sprawiło, że Greifswald stał się potężnym miastem handlowym. Kamienice w stylu hanzeatyckim na zabytkowej starówce świadczą do dnia dzisiejszego o ówczesnym dobrobycie. Dzięki swoim licznym dobrze zachowanym budynkom z czerwonej cegły Greifswald zalicza się dzisiaj do najbardziej znaczących miast na Europejskim Szlaku Gotyku Ceglanego. Swoją drogą, ciekawe dlaczego na południowych brzegach Bałtyku jest tak mało budowli renesansowych? Pewnie dlatego, że surowy gotyk był mało podatny na wszelkie przebudowy w innym stylu a mieszczanie zachowawczo hołdowali starym modom. Dopiero barok ponawieszał kupę różnych ozdóbek na starych, gotyckich budowlach i dał początek kompilacji gotycko-barokowej. Znaczącym wydarzeniem dla rozwoju miasta było oprócz członkostwa w Hanzie założenie uniwersytetu w 1456 roku. Studiowało tu wielu ówczesnych możnych tego świata. W ślad za poszukującymi wiedzy synami establishmentu wartkim strumieniem płynęła do Greifswaldu kasa, w formie brzęczącej monety bądź nadań ziemskich.

W czasie wojny trzydziestoletniej wojska Wallensteina zniszczyły w 1633 roku wiele zabytków gotyckich, a okoliczna ludność wykorzystywała je jako dogodne źródło materiałów budowlanych. Taka sielanka trwała do lat trzydziestych XIX wieku i przerwał ją król pruski Fryderyk Wilhelm IV, podobno pod wrażeniem romantycznego uroku ruin. Inspiracją tej decyzji były obrazy Caspara Dawida Friedricha.

Caspar Dawid Friedrich

W okresie romantyzmu malarze gustowali w tajemniczych ruinach, wyniosłych skałach i zamyślonych paniach noszących talie tuż pod biustem wg ówczesnej mody. Urodzony w Greifswaldzie, Caspar Dawid Friedrich tego pierwszego towaru miał pod dostatkiem. O dwóch pozostałych historia milczy. Dysponując wielkim talentem i pracowitością wybił się na pozycję najlepszego malarza romantycznego w Niemczech. Jeszcze dzisiaj można rozpoznać wiele miejsc i budowli, które uwiecznił na swoich płótnach. Obecnie malarz stanowi swoistą maskotkę miasta i jest „dobrze sprzedawany” turystom. Duża kolekcja jego dzieł zdobi Pomorskie Muzeum Regionalne, a przez miasto biegnie ścieżka poświęcona artyście i jego życiu w Greifswaldzie.

Starówkę otaczają mury miejskie i park powstały na splantowanym terenie dawnej fosy. W ich obrębie mieści się rynek z ratuszem i zawikłana sieć uliczek obramowanych zabytkowymi kamieniczkami.

Rynek. Foto: Magda Podgórska

Nad miastem dominują trzy wielkie kościoły, z katedrą św. Mikołaja, patrona żeglarzy na czele. Architektura, a zwłaszcza gotycka to często powielanie wcześniejszych pomysłów i rozwiązań. Na przykład strzecha mularska zbudowała piękny, nowatorski kościół w X. Potem ta sama lub inna strzecha buduje podobny, ale skromniejszy kościół w Y, który posłużył za wzór w Z. Po kilku dziesiątkach lat ten sam model przybiera formę skromniutkiego, ubożuchnego kościółka w jakiejś zapadłej dziurze. Jednak można zaobserwować ciągłość pewnych rozwiązań, choć w ostatnich budowlach często w dość karykaturalnej wersji. Gotyckie kościoły w Greifswaldzie to moim zdaniem poziom drugiego i trzeciego pokolenia. By podziwiać prawdziwe perły gotyku należy popłynąć do niedalekiego Stralsundu.

Muzeum Morskie. Poniżej starówki na południowym (prawym) brzegu rzeki Ryck urządzono muzeum portowe, gdzie można podziwiać kilkadziesiąt zabytkowych jednostek pływających (a kuku „morski” Szczecinie).

Nabrzeże muzeum morskiego. Foto: Kazimierz Olszanowski

Znaczna część z nich (około czterdziestu) może jeszcze samodzielnie wypływać w morze. Z okazji Święta Rybaków Gaffelrigg, które odbywa się w lipcu w małej osadzie rybackiej Greifswald-Wieck cała lokalna armada i gościnnie przybyłe jednostki przypominają sobie dobre, dawne czasy. Wszystko to oglądane jest na tle krytych trzciną starych chałup rybackich.

Uniwersytet. Jest to jeden z najstarszych uniwersytetów w północnej Europie. W kilkudziesięciu instytutach studiuje około 12 tysięcy studentów co stanowi 20 % mieszkańców miasta. Władze chlubią się wysoko ocenianą medycyną i fizyką plazmową. Do historii kryminalistyki i medycyny przeszło dokonane tutaj odkrycie umożliwiające oznaczanie krwi ludzkiej nawet w zaschniętych plamach. Jest to tzw. test Uhlenutha. Z grubsza jego działanie wygląda tak: w serum otrzymywanym z krwi zwierząt (głównie królika) rozpuszcza się drobiny badanej zasuszonej krwi. Jeśli krwinki po pewnym czasie sklejają się (aglutynują) to mamy do czynienia z krwią ludzką. To odkrycie zapoczątkowało gwałtowny rozwój nauki o cechach krwi. Każdy kij ma dwa końce drugim końcem badań nad krwią było prawdopodobne zawleczenie do nas piestruszki, gryzonia pochodzącego ze stepów Eurazji. Istniejące obecnie na Pomorzu populacje mogli zapoczątkować uciekinierzy z laboratoriów. Doświadczenia z ostatnich lat wskazują, że roślinne i zwierzęce przybłędy przywleczone z innych stron mogą paskudnie szkodzić naszym rodzimym gatunkom poprzez nieznane wcześniej choroby.

Wendelstein x7. Wendenstein jest nazwą ulicy, przy której mieści się laboratorium, gdzie dokonuje się syntezy jąder atomowych. Oczywiście są to pierwsze próby opanowania i wykorzystania tego zjawiska. Celem jest uzyskanie energii. Dotychczas energię atomową uzyskiwano dzięki rozpadowi jąder atomowych. W 2017 roku w Greifswaldzie dokonano pierwszej próby syntezy jąder atomowych. Efektem był błysk światła wyemitowany przez próbkę utrzymywaną w przestrzeni przez silne pole elektromagnetyczne. Mimo minimalnej skali uzyskano temperaturę ponad 100 tys stopni Celsjusza. Aktualnie przygotowuje się kolejną próbę, która będzie trwać nawet pół godziny. Energia uzyskiwana z syntezy jąder jest tak zwaną „czystą energią”, czyli jej uzyskanie nie pozostawia odpadów radioaktywnych, pyłów, gazów i podobnego paskudztwa. W czasie produkcji wykorzystuje się łatwo dostępne surowce, głównie skały i wodę. Ponoć niewielki brukowiec i butelka wody będą mogły zaspokoić roczne potrzeby energetyczne przeciętnej rodziny.

Ernst Moritz Arndt (1769 – 1860)

Urodzony na wyspie Rugii, niemiecki literat i delegat do parlamentu frankfurckiego. Szczególnie poświęcał się mobilizowaniu obywateli przeciwko okupacji Prus przez wojska Napoleona Buonaparte. Był jednym z najważniejszych niemieckich liryków epoki wojny wyzwoleńczej. Od 1933 roku jest patronem uniwersytetu w Greifswaldzie. Swoje życiowe credo przedstawiał w wielu pismach, oto bardzo interesujące fragmenty:

Słowianie: „… Twierdzę właśnie, że: Polacy i w ogóle cały słowiański ród jest mniej wart niż Niemcy[…],nie dlatego, że Niemcy uważają się za lepszych, że mają prawo do panowania nad Słowianami […] lecz dlatego, że są „niedouczeni, błazny i szelmy „[…]. Polaków wielkie wcześniejsze i późniejsze krzywdy leżą w ich nieładzie, zapominaniu o ojczyźnie, także zdradzie ojczyzny, przez co w ich teraźniejszy stan popadli. Bałagan, jakieś wielkie słowo. Nieporządek i bezpańskość …”

Francuzi: „… Jeśli mówię, nienawidzę francuską lekkomyślność, lekceważę francuski wdzięk, nie lubię francuskiej gadatliwości i frywolności, zarzucam im ułomność, ale ułomność, którą wraz ze mną cały mój naród uznaje”. Dlatego też bardzo nienawidźmy Francuzów, niszczycieli naszej mocy i niewinności, którzy osłabili i wyczerpali nasze zalety i siły …”

Anglicy: „… Również mogę powiedzieć: Nienawidzę angielską zarozumiałość, angielską pruderyjność, angielską niedostępność. Te znienawidzone, lekceważone, krytykowane właściwości nie są same w sobie przywarami, zależą od narodów, które je noszą być może z wielką cnotą, której mi i mojemu narodowi brakuje …”

Żydzi: „… Wprawdzie po przestąpieniu na chrześcijaństwo ledwo rozpoznać można drugie pokolenie „potomstwa Abrahama”, ale ostrzegam przed tysiącami imigrantów uciekającymi spod rosyjskiej tyranii, których bardzo dużo jest w Polsce. Ostrzegam przed żydowsko-intelektualnym spiskiem, twierdząc, że Żydzi przywłaszczyli więcej niż połowę literatury i rozpowszechniają swój bezczelny i dziki wrzask, przez co święty i ludzki porządek państwa jako kłamstwo i niedorzeczność chcą zburzyć…”

Żydo-Francuzi: „… Nazywam Francuzów narodem żydowskim (das Judenvolk) lub »wyrafinowani, źli Żydzi« … ponownie ich tak nazwę, nie tylko z powodu ich żydowskiej chytrości i skąpstwa, ale jeszcze bardziej z powodu ich żydowskiej solidarności …”

Publikowane oficjalne życiorysy tego pana określają go jako największego liryka okresu wojny wyzwoleńczej. Pamiętamy ze szkoły: „epika,.. liryka,..dramat…”

Na podstawie powyższych zapisków można uznać Arndta z prekursora idei holocaustu. W każdym razie położył solidne fundamenty pod dalsze dzieje narodu. Pewnie dlatego został uhonorowany urządzeniem muzeum w Garz na Rugii.

W 2009 roku zebrano na uniwersytecie w Greifswaldzie 1400 podpisów, celem zmiany patrona. Jako przyczynę podano jego antysemickie wypowiedzi. W głosowaniu w dniach od 11 do 15 stycznia 2010 roku, większość opowiedziała się jednak przeciw zmianie nazwy uczelni. 49,9 procent (1.398 głosów) głosowało przeciw zmianie nazwy, 42 procent (1217 głosów) było za zmianą. Wreszcie 17 marca 2010 roku senat uczelni rozstrzygnął spór, 22 członków z 36 głosowało za zachowaniem nazwy.

Po opuszczeniu nieco przyciasnych wód rzeki Ryck i miejsca hołubienia jeszcze bardziej przyciasnych teorii rasowych można swobodnie pożeglować „na skuśkę ” w kierunku wejścia do cieśniny Strelasund. Jachty o większym zanurzeniu powinny ową skuśkę nieco zaokrąglić ze względu na liczne mielizny wyłażące w niekontrolowany sposób w bodden. Nie brakuje też sieci rybackich. W miarę zbliżania się do wejścia na Strelasund brzegi przysuwają się do siebie. Z południa nieznacznie pełznie niska, bagienna wyspa.

Wyspa Koos, wraz z okolicznymi mieliznami i kawałkiem stałego lądu wchodzi w skład rezerwatu przyrody, jednego z najbardziej cenionych w północnych Niemczech. Krajobraz zbudowały wody boddenu, które naniosły na istniejące mielizny jeszcze więcej piasku i osadziły trochę resztek organicznych tworząc glebę. Od tej chwili pałeczkę przejęła roślinność utrwalając grunt korzeniami. Przy wysokich stanach wody teren zalewany jest słonawymi powodziami tworząc środowisko wyspecjalizowanym gatunkom roślin a także zwierząt. Tu warto odnotować zbawienny wpływ ekstensywnej gospodarki ludzkiej. Sezonowo wypasane krowy, owce, konie zgryzają lub wydeptują niepożądaną roślinność dając szansę słonoroślom. Występują zwarte stanowiska astra solnego, świbki morskiej i jeszcze kilku innych gatunków obserwowanych w mniejszych skupiskach. Dane ornitologiczne poświadczają lęgi m.in. biegusa zmiennego (Calidris alpina) gniazduje ich tu około 10 par co stanowi 30 % niemieckiej populacji gatunku. Na przelotach, ziemia i woda pokrywają się stadami ptaków migrujących jako, że jest szansa pożywić się i odpocząć w bezpiecznym miejscu. Na wyspie i przyległych wodach obowiązuje zakaz poruszania się, jedynie na stałym lądzie urządzono kilka ścieżek turystycznych wyposażonych w dostrzegalnie. Liczne mielizny chronią rezerwat przed „włóczęgami spod żagla” jednak plaże i wody ujścia Odry, Greifswalder Bodden, Strelasund oraz Rugii pozwalają na ciekawe obserwacje ornitologiczne. Wspomniane wyżej biegusy zmienne można zauważyć na plażach gdy w niewielkich stadkach „gonią fale”. Biegusy zmienne są wielkości szpaka a cechą diagnostyczną jest czarna plama na brzuszku i dość długi dziobek. Niegdyś licznie gniazdowały na bałtyckich plażach jednak zostały wyparte ze swoich siedlisk przez ludzi. Teraz my gniazdujemy tu w grajdołach, na kocykach lub w koszach plażowych.

Zatoka Gristower Wiek. Za północno-zachodnim ogonkiem wyspy Koos otwiera się wejście do obiecującej zatoki Gristower Wiek. Jachty o zanurzeniu ponad 1,8 metra powinny sobie dać spokój z wejściem zaś pozostałe muszą trzymać się farwateru, jak dziecko matczynej spódnicy. Po prawej burcie rozciąga się wyspa Riems prawie w całości pokryta dziwną, jakby przemysłową zabudową.

 

GRISTOW

Przy ostatniej, zielonej pławie starannie trzymamy kurs ok. 5 stopni na lewo od widocznej wieży kościoła. Po drodze mijamy niewielkie wysepki i takiż półwysep mieszczący ptasi rezerwat. W zatoczce między stałym lądem a niską wysepką Brinkenberg leży porcik Gristow (nie jestem pewien nazwy miejscowości, bo nawigacja lądowa jest nieco zagmatwana). Wchodzimy do niewielkiego basenu i cumujemy do kei. Obok mojego, stało tu kilka jachtów balastowych o długości 8-9 metrów co w przybliżeniu odpowiada zanurzeniu 1.50-1.60 metra. One jakoś tu wpełzły i pewnie liczą, że uda się wyjść.

Powinienem sobie zrobić pieczątkę z treścią „korzenie osady sięgają … stulecia”, jako że większość pomorskich osad pasuje do tego schematu. W tym przypadku pasuje liczba XIII, jest jednak różnica w tzw. ciągu dalszym. Rozwój wsi położonej 10 km od Greifswaldu i 20 od Stralsundu niezbyt pasował konkurencji. W XIV wieku obydwa miasta hanzeatyckie najechały Gristow i doszczętnie zrujnowały protomiejską, umocnioną już osadę. Od tego momentu wiedzie ona ciche i spokojne życie przerywane atrakcjami wojen i pożarów. Ludność utrzymywała się głównie z hodowli i rybałki. Z moich obserwacji wynika, że znacznie wyludniła się po zburzeniu muru berlińskiego. Dawne czasy pamięta kościół gotycki, niestety spaprany neogotykiem (wieża, wnętrze). Uroku dodają stare ryglowe kryte trzciną domy rybaków. We wsi leży 70 – hektarowy Natura Discovery Park Gristow mogący być atrakcją dla dzieci. Są tu zwierzęta krajowe i egzotyczne, tereny do wybiegania, punkty widokowe w pobliżu pola piknikowego.

Wyspa Riems. Wyspy Koos i Riems osłaniają na kształt falochronu wejście do zatoki Gristower Wiek. Riems (ok. 0.3 km2) imituje południową główkę falochronu północnego. Jest połączona ze stałym lądem wąskim paskiem piaszczystej mierzei wzmocnionej nasypem pod drogę. Położenie wyspy sugeruje, że mogło tu dziać się coś ciekawego w pradziejach, kiedy to preferowano wyspy ze względu na obronność. Oprócz tego zawsze jakiś brzeg wyspy jest zawietrznym i tym samym bezpiecznym dla rybaków. Na wyspie „daleko od szosy” ulokowano Instytut Weterynaryjny im Loefflera. Podobno od ponad stu lat bada się tu choroby zwierzęce i odzwierzęce. W ostatnich latach główny temat stanowią; świńska grypa, ptasia grypa, choroba szalonych krów i inne zarazy z trudnymi nazwami. Od południa wyspa posiada mały basen portowy, jednak jak widziałem dwukrotnie, zupełnie pusty, mimo, że pogłębiony akwen umożliwia bezpieczne podejście. Jak na wody niemieckie jest to dziwne, być może żeglarze są tu niemile widziani, prawdopodobnie dla ich własnego bezpieczeństwa. A jeśli to piękne wręcz idylliczne miejsce posiada brzydką, tajemniczą historię, czy nawet współczesność?

Chyba mam wizje prorocze bo materiały otrzymane niedawno od zaprzyjaźnionego niemieckiego biologa zawierają informacje, które przytaczam w dużym skrócie:

Odkrycia archeologiczne potwierdzają zamieszkanie wyspy w epoce kamienia i w czasach słowiańskich
• W latach 50 – tych ubiegłego wieku usypano groblę dla drogi dojazdowej. Jednak po stwierdzeniu, że woda w zatoce zagniwa z braku tlenu, skutkiem słabej wymiany z boddenem w grobli wyryto dziurę przesklepioną mostkiem. Na wyspie produkowano szczepionki dla zwierząt
• Patron instytutu prof. Friedrich Loeffler badając przed 1910 rokiem choroby zwierząt (pryszczyca) przypadkiem zaraził nieznanymi jeszcze wówczas wirusami bydło w okolicach Greifswaldu. Dzięki temu odkrył „najmniejsze ze znanych organizmów” (wirusy). Dla bezpieczeństwa badania przeniesiono na izolowaną wyspę Riems.
• W czasach III rzeszy prowadzono tu badania nad bronią biologiczną. Później już za „enerdowa” produkowano ponoć tylko szczepionki.
• Gdy światu groziły epidemie zwierzęce nasi sąsiedzi z pewną butą głosili: „im Deutschland keine” i spoczywali w chwale. Gdy jednak stwierdzono m.in. w pobliżu wyspy przypadki chorobowe (ptasia grypa) i słowo „keine” stało się przeżytkiem, szerokim frontem rozpoczęli badania. W ostatnich latach, po ogromnym dofinansowaniu instytutu ponownie pracuje on na „wysokich obrotach”. Skutkiem tego wyspa jest zamknięta dla turystów. Pracowników instytutu obowiązują zasady bezpieczeństwa podobne do stosowanych przy wejściu na pokład promu kosmicznego, przy wyjściu z wyspy oczywiście też. Przywożone zwierzęta poddawane są długiej kwarantannie w specjalnych, izolowanych pomieszczeniach.

Gdy opuściłem Gristower Wiek i bez większych problemów wyszedłem poza broniące jej mielizny, wziąłem kurs na wejście do Strelasund. Po drodze rozważałem zagadnienie : „czy n.p. taka zwykła mucha może być nosicielem prionów i czy istnieje choroba szalonych much, bo jak, któraś złapie priona to co?. Do dzisiaj nie znalazłem odpowiedzi.

Płynąc farwaterem w kierunku podejścia do Strelasund mijamy po lewej burcie niedostępne niskie brzegi chronione przed żeglarzami pasem mielizn i łanami szuwarów. Z północy atakuje nas Rugia szczerząc pagórki podcięte klifami sterczącymi nad wodą.

Trzysta lat temu szczerzyły się tutaj paszcze armat, wzmożona ich aktywność ujawniała się wczasach większych konfliktów, a tych nie brakowało. Najbardziej istotnymi, powodującymi duże zmiany polityczne okazały się Wojna Trzydziestoletnia i Wielka Wojna Północna.

Wielka Wojna Północna (1700 – 1721)

Pod koniec XVII wieku pojawiło się na tronach europejskich dwóch charyzmatycznych władców. W Rosji car Piotr I, a w Szwecji nastoletni wówczas król Karol XII. Sprzeczność imperialnych interesów doprowadziła do wojny. Do głównych adwersarzy przyłączyło się grono pomniejszych szubrawców, z których każdy zamierzał upiec swoją pieczeń przy okazji ogólnego zamieszania. Wokół Rosji skupiły się Dania, Saksonia, Hanower, zaś Szwedom pomagały floty brytyjska i holenderska. Polska została wciągnięta w konflikt przez króla polskiego Augusta Mocnego, będącego jednocześnie władcą Saksonii. Wojna rozgorzała na ogromnych przestrzeniach; od środkowych Niemiec po Finlandię i od Norwegii po Turcję. Punktem zwrotnym była klęska Szwedów w bitwie pod Połtawą.

W Polsce funkcjonowała „sztafeta królewska”, władzę na przemian dzierżyli August Sas i Stanisław Leszczyński w zależności kto akurat okupował Warszawę. Stanisław Leszczyński był marionetką Szwedów. Wtedy powstało przysłowie „ od Sasa do Lasa”. Nas interesują głównie działania wojenne skutkujące zmianą status quo na Pomorzu Zachodnim, gdy Szwecja zmuszona została do obrony swoich zamorskich posiadłości na kontynencie.

Podczas kampanii roku 1712, wszystkie szwedzkie posiadłości na południowym wybrzeżu Bałtyku zostały zagrożone, szczególnie Stralsund, dogodny przyczółek szwedzki do działań w Środkowej Europie. Kolejne szwedzkie fortece były zdobywane przez sprzymierzone wojska Danii, Saksonii, Polski i Rosji. Na Bałtyku krążyła duńska flota blokująca szwedzkie linie zaopatrzenia. Najważniejszym dla Szwedów było miasto Stralsund, ponieważ stanowiło bramę umożliwiającą dalsze prowadzenie kampanii. Na lądzie doszło do walnej bitwy pod Gadebusch w pobliżu Wismaru. Dowódca szwedzki zaatakował przeważające siły wroga i wykorzystując zamieszanie w wojskach koalicji zwyciężył. Była to ostatnia znacząca wygrana Szwedów w tej wojnie. Jednak ogólna sytuacja strategiczna zmusiła Szwedów do odwrotu do Stralsundu. W 1713 roku Stralsund skapitulował i był okupowany przez sprzymierzonych.

Skutki dwudziestoletniej harataniny przedstawiam w wielkim skrócie:

  • Rosja zajęła Finlandię i kraje bałtyckie stając się mocarstwem.
  • Rozpoczął się powolny upadek Imperium Osmańskiego.
  • Brandenburgia, przemianowana na Prusy zagarnęła znaczną część Pomorza Zachodniego.
  • Dania zaanektowała Szlezwik-Holsztyn.
  • Szwecja straciła posiadłości na południowym brzegu Bałtyku z wyjątkiem kawałka Pomorza na północ od rzeki Peene.
  • Polska nad podziw starannie przygotowała grunt pod przyszłe rozbiory i upadek państwowości.

Nie należy zapomnieć, że wojna spustoszyła ogromne obszary środkowej i północnej Europy, opóźniając o prawie sto lat wprowadzenie zdobyczy Rewolucji Przemysłowej na tych terenach.

W naszym zakątku Europy działania wojenne koncentrowały się na terenach i akwenach otaczających Stralsund.

 

Południowy brzeg Rugii

Od Palmer Ort, aż do Lauterbach przewijają się niskie, monotonne brzegi. Podejście do nich nawet, by zakotwiczyć przy mieliźnie i popluskać w ciepłej wodzie jest niezbyt bezpieczne z powodu falistego (rewowego) ukształtowania dna.

Dlatego lepiej skierować się bezpośrednio w cieśninę między wyspę Vilm a Rugię. Tu wymagana jest staranna nawigacja, locje straszą podwodnymi głazami rozsianymi po akwenie.

 

LAUTERBACH

Za wyspą Vilm, w głębi zatoki Rugischer Bodden leży małe miasteczko Lauterbach chlubiące się portem miejskim i kilkoma marinami mieszczącymi razem kilkaset jednostek. Oprócz jachtów stacjonują tu kutry łowiące na Greifswalder Bodden. Na terenie portu można dokupić sprzętu żeglarskiego lub dokonać naprawy jachtu. Strudzeni żeglarze mogą posilić się w kilku pobliskich tawernach. Kilkaset metrów na wschód w pobliżu brzegu boddenu kryje się ładny neoklasycystyczny pałacyk mieszczący obecnie hotel.

Port miejski w Lauterbach. Foto: Kazimierz Olszanowski

Dwa, trzy kilometry od Lauterbach leży Puttbus, efekt szalonej wizji XIX-wiecznego księcia Wilhelma Malte von Puttbus, który koniecznie chciał mieć własny cyrk.

Zaskakujące detale architektoniczne w Puttbus. Foto: Kazimierz Olszanowski

Gdy spełnił zachciankę obudował cyrk miastem, zapewniając publiczność dla występów cyrkowych. Leży ono w pobliżu rezydencji książęcej, wprawdzie pałac zdewastowano doszczętnie w czasach NRD, jednak piękny park i kilka zabytkowych obiektów ocalało. Miasteczko trzeba koniecznie zobaczyć, najlepiej jadąc tam parową, wąskotorową kolejką „Szalony Roland”. Parowozik kursuje tu od ponad stu lat i czasem nawet osiąga prędkość 30 km/godzinę, oczywiście z wiatrem.

Według językoznawców nazwa Puttbus wywodzi się od słowiańskiego „pod bzami”. Tu kłaniam się nisko naszym przodkom, którzy potrafili mieszkać pod bzami na 500 lat przed sprowadzeniem tej rośliny do Europy. Uściślam; mam na myśli bez lilak, zresztą inny bez; czarny (naprawdę nie należy do rodziny bzów), też jest późniejszym przybłędą. Bez koralowy nawet nie występuje w tej części Europy.

Wyspa Vilm. Niewielka wyspa, osłaniająca port w Lauterbach, w całości objęta ochroną rezerwatową. Od północy posiada mały port obsługujący wyłącznie jednostki urzędowe i przywożące zorganizowane grupy turystyczne. Jednostki sportowe tolerowane są jedynie w przypadku konieczności schronienia.

Oprócz leżącej w Sundzie wyspy Ven, niedalekiej Greifswalder Oie wyspa Vilm jest wskazywana jako miejsce słynnej bitwy trzech królestw w 1000 roku n.e.

Po wyjściu z cieśniny między Lauterbach i Vilm sterujemy na wschód do zatoki Lanckener Bek. Na jej północnym brzegu leżą dwa zaciszne porciki Seedorf i Baabe.

 

SEEDORF

Kursem E z lekkim odchyleniem na południe przecinamy Zatokę Rańską, kierując się na wysoki, długi cypel Reddevitzer Höft (słynne wrzosowiska), który jest doskonałym punktem orientacyjnym. Przed cyplem kręcimy na NE i trzymając się farwateru wchodzimy do zatoki Lanckener Beek. Zaczyna się tam kanał biegnący do jeziora Neuersiener See. Kilkaset metrów przed mostem rozciągają się nabrzeża administrowane przez różne podmioty. Cumowanie do pomostów i pali wbitych w dno. Zawsze cumowałem przy ostatnim pomoście na wschodnim brzegu. Na kei prąd i woda pitna. W porcie stacjonuje stary szkuner Seeduwel (rok budowy 1938), utrzymywany jest z opłat za wożenie turystów po Greifswalder Bodden.

Seedorf. Foto: Kazimierz Olszanowski

Znakomite położenie Seedorf przekonało XVIII wiecznych biznesmenów do lokalizacji tutaj stoczni budującej żaglowce. Ówczesna stocznia to tylko plac nad wodą i kilka szopek toteż żadnych śladów nie znalazłem. Ponoć dom z czerwonej cegły stojący przy pobliskiej ulicy należał do stoczni.

 

BAABE

Nieco dalej na wschód zaczyna się kanał biegnący do Selliner See. Na brzegach leży kilka przystani, to port w Baabe. Same miasteczko znajduje się dalej na wschód już na brzegu zatoki morskiej Prorer Wiek aspirując do roli nadmorskiego, plażowego kurortu.
Po wyjściu z Baabe opływamy półwysep Reddevitzer Höft i wchodzimy do kolejnej zatoki. Na jej wschodnim brzegu leży sympatyczny port Gager.

 

GAGER

W głębokiej zatoce, pośród rezerwatu biosfery (Południowa Rugia) ukrywa się mała miejscowość Gager. Pofałdowany ląd pstrzą małe gospodarstwa rolne i domki rybaków, obecnie zamienione na obiekty agroturystyczne, choć tradycje rybackie jeszcze wegetują w okolicy. Nic nie wskazuje na to, że w okolicach Gager król szwedzki Gustaw II Adolf zaczął budować twierdzę i miasto Gustavia. Już nawet coś tam poryto w ziemi, jednak prace posuwały się ospale. Jak po dwóch stuleciach już były jakieś efekty, przyszli Francuzi i szybko, jeszcze nie ukończone dzieło obrócili w niwecz. Gdy w wyniku Kongresu Wiedeńskiego nastali Prusacy wykazali kompletny brak zainteresowania kontynuacją budowy. Na południe od mariny Gager można jeszcze odszukać dowody szeroko zakrojonych prac ziemnych.

Stary szkuner w Gager. Foto: Kazimierz Olszanowski

Dobrze osłonięty port mieści jachty, jednostki rybackie i kilka oldtimerów. Został w ostatnich latach gruntownie zmodernizowany. Większe, głębiej zanurzone jachty powinny sterować tak by główkę falochronu mijać w 1/3 odległości między falochronem a brzegiem lub cumować do zewnętrznej kei.

Polecam świeże ryby prosto z kutra, a dla bardziej leniwych doskonałego, wędzonego łososia serwowanego wprost z wędzarni pobliskiej restauracji. Miłośnicy walki z sadełkiem stracą trochę kalorii spacerując po pobliskich pagórkach półwyspu Moenchgut. Na nasłonecznionych zboczach rosną rzadkie rośliny ciepłolubne.

W Gager znajduje się przystanek linii autobusowej, autobusem za klika euro można pojechać do Bergen auf Rügen stolicy wyspy.

 

THIESSOW

Mała miejscowość niegdyś rybacka teraz z dominującą funkcją wczasowo turystyczną, leży między morzem a boddenem na południowo wschodnim ogonku Rugii. Dostęp do portu od strony boddenu, przez otwartą na południe zatokę i jezioro Zikar. Thiessow w zasadzie jest portem rybackim dysponującym niewielkim basenem jednak położenie w dogodnym miejscu między otwartym morzem a wodami boddenu wabi żeglarzy. Trasa prowadzi farwaterem gęsto obstawionym pławami. Z powodu stromych krawędzi mielizn nie można zbliżać się do linii pław.

Przystań w Thiessow. Foto: Kazimierz Olszanowski

Sama miejscowość nieco rozwleczona wzdłuż głównej drogi oferuje doskonałe warunki plażowania na czystym piasku i niewiele więcej. Na wschód od Thiessow leży pagórkowaty półwysep Thiessowerhaken połączony z lądem jedynie paskiem mierzei. Jego forma sugeruje możliwość istnienia tu starego osadnictwa. Natura wyposażyła to miejsce w doskonałe walory obronne i byłoby dziwnym, jeśli ktoś z nich nie skorzystał.

Zwłaszcza w weekendy, część „żeglarska” portu bywa przepełniona. Dobrze jest obwiesić łódkę wszystkimi posiadanymi odbijaczami i unikać postoju przy kei w pobliżu stacji paliwowej, gdzie tankują swoje kutry rybacy. Z gastronomią w okolicy nie jest najlepiej. Po dłuższych, bezowocnych poszukiwaniach we wsi trafiliśmy na kamping blisko portu gdzie w jakimś barowym baraku można zjeść coś w typie wielkiej improwizacji na temat „mathias mitt brotchen”.

Ruden. Mała wyspa (0,3 km2) przy ujściu Peenestrom, na NW od wybrzeża wyspy Uznam. Położenie Ruden tuż przy wejściu na obszar Greifswalder Bodden i Peenestrom przyczyniło się do wykorzystywania przez wiele wieków jej strategicznego znaczenia. Licząca 2 kilometry długości i niespełna 300 metrów szerokości wyspa ma bardzo dużo indywidualnego uroku. Południowy przylądek wyspy przedłuża wąska mielizna utrwalona wałami z narzutu kamiennego. Od strony wschodniej i północnej na linii brzegu zabudowano piękny, kamienny wał chroniący wyspę przed sztormami z NE. Z lotu ptaka cały układ przypomina szkielet śledzia z wyspą jako czaszką. Port znajduje się od strony wschodniej. Nocowanie na wyspie tylko w porcie: brak wody pitnej, prądu i sanitariatów. Jedynym przejawem troski o żeglarzy są wizyty niewiasty pobierającej opłaty za postój. Śmieci zabieramy ze sobą z wyspy!!!. Poruszanie się po wyspie tylko po wyznaczonych ścieżkach.

Wschodni brzeg Ruden. Foto: Kazimierz Olszanowski

Port na Ruden. Foto: Kazimierz Olszanowski

W sezonie żeglarskim 2017 przystań na Ruden została zamknięta dla żeglarzy, ponoć trwa przygotowanie do modernizacji urządzeń portowych.

Historia – Kalendarium

1254 – Pierwsza wzmianka o „Portus Ruden” na trasie do Stralsund i Greifswald
1581 – wyspa już należała do parafii Kröslin
1630 – miejsce lądowania króla szwedzkiego Gustawa Adolfa na Ruden  w dniu 24 czerwca
1648 – pierwsza stacja pilotowa na pomorskie wody przybrzeżne1649 – właścicielem jest generał Carl Gustaf Wrangel (kłania się „potop szwedzki”)
1810 – francuska okupacja szwedzkiego Pomorza (do 1813-1815, razem w dużą częścią Pomorza wyspa dostaje się po panowanie Prus 1861 – budowa wieży Lootsenwart
1925 – ustanowienie obszaru chronionego „ Peenemünderhaken i Ruden”
1953 – utworzenie punktu obserwacyjnego dla potrzeb wywiadu morskiego.
1961 – rozmieszczenia plutonu Grenzbatallions Sassnitz,
1972 – zamknięcie stacji pilotowej Ruden
1990 – zjednoczenie Niemiec, zamknięcie stacji granicznej.
od 1996 – w małym domku mieści się „Albert Schweitzer Familiewerk”. Czyli coś w rodzaju ośrodka pedagogiki społecznej.

Albert Schweitzer

Był synem alzackiego pastora. Odebrał staranne wykształcenie – studiował teologię i filozofię na Uniwersytecie w Strasburgu i na Sorbonie, a także naukę gry na organach u Karola Marii Widora. Po uzyskaniu doktoratu z filozofii i habilitacji z teologii zdecydował się na rozpoczęcie studiów medycznych, po ukończeniu których wyrzekł się kariery naukowej i koncertowania, by jako lekarz nieść pomoc Afrykańczykom, w założonym w 1913 roku przez siebie i żonę, Helenę Breslau, szpitalu w Lambaréné (obecnie Gabon). W latach 1917–1918 jako obywatel niemiecki został internowany we Francji. W 1924 roku powrócił do Lambaréné i przystąpił do rozbudowy szpitala (m.in. o leprozorium). Odbywał sporadyczne podróże do Europy i USA, dając koncerty, nagrywając płyty i wygłaszając odczyty w celu zdobywania funduszy na utrzymanie szpitala. Jest jednym z najważniejszych badaczy życia i twórczości Jana Sebastiana Bacha. Fundamentalne dzieło Schweitzera, monografia „Jan Sebastian Bach” z 1908 roku, przez cały wiek XX była punktem wyjścia dla kolejnych opracowań i interpretacji dorobku niemieckiego kompozytora. W 1952 roku otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla.

Przyroda. Na tej niewielkiej wysepce, zadeptywanej przez wiele pokoleń ludzi pozostały jeszcze fragmenty naturalnego krajobrazu zwłaszcza w północnej i zachodniej części. Na grzbietach wydm zachował się las, a na zachodnim brzegu skrawki naturalnej plaży. Prawie wszystkie tereny objęto ochroną rezerwatową. Przybrzeżne mielizny są rajem wielu gatunków ptaków, zwłaszcza w okresie migracji. Tu mogą znaleźć odpoczynek i pokarm. Najłatwiej można obserwować je z wysokiej wieży Lootsenwart, obciętej kilkanaście metrów nad ziemią i przystosowanej dla turystów.

Przy odrobinie szczęścia można zobaczyć bieliki krążące nad mieliznami, ogromne stada kormoranów. Uważny obserwator dostrzeże wśród pospolitych mew rzadko spotykane gatunki ptaków morskich, lub siewek szukających w płytkiej wodzie drobnych bezkręgowców. Do tej pory zarejestrowano w tym miejscu 120 gatunków ptaków. Występuje tu ponad 60 zagrożonych gatunków roślin. Przy północnej kei ogrodzono stanowisko jakiejś super rzadkiej rośliny, ja niestety nie zidentyfikowałem jej, choć wielokrotnie próbowałem.

Linia łącząca północny cypel wyspy Ruden z półwyspem Moenchgut jest uznana za granicę między Greifswalder Bodden a Zatoką Pomorską.

 

CIEŚNINA STRELASUND 

Cieśnina Strelasund oddzielająca Rugię od stałego lądu, zaczyna się na wysokości Palmer Ort, południowego cypla Rugii i kończy przy Prohner Wiek, gdzie można skierować się na Kubitzer Bodden, wyjść na otwarte morze lub zapuścić w wewnętrzne wody Rugii. Jest akwenem dobrze osłoniętym przed sztormowymi falami otwartego Bałtyku, zapewnia też bezpieczne kotwicowiska, tu statki mogły oczekiwać na zmianę kierunku wiatru. Brzegi kryją kilka zacisznych porcików ukrytych w małych zatoczkach. Podejścia do nich wyznaczają farwatery.

Do brzegów nie należy zbytnio się zbliżać jako, że zwłaszcza pod klifami dno usiane jest podwodnymi głazami. Z innych przeszkód nawigacyjnych grożą odosobnione mielizny często leżące blisko krawędzi farwateru. Tu powinno się kontrolować kurs z informacjami zawartymi na mapie morskiej. Jest jeszcze przeprawa promowa na Rugię, ale promy dobrze widać więc chyba dmucham na zimne. Na opłotkach Stralsundu trzeba przepłynąć pod zwodzonym mostem prowadzącym na Rugię lub wejść do przystani wewnątrz wyspy Danholm. 

Większe jachty powinny zaczekać raczej na otwarcie mostu i zacumować w dużej marinie u stóp starego miasta. W nocy farwater wyznaczają nabieżniki i kilka świecących pław, jeśli jednak nie mamy szans na „załapanie” się na ostatnie otwarcie mostu w Stralsundzie, bezpieczniej wejść na noc do jednej z kilku marin leżących przy brzegach cieśniny. Boczne trasy wiodą nieoświetlonymi farwaterami między mieliznami.

Płynąc w kierunku Stralsundu opisuję brzegi i porty leżące na stałym lądzie, a w czasie powrotu na wody boddenu, północne wybrzeża Strelasund.

 

STAHLBRODE

Dwie – trzy milki po wejściu do cieśniny przecinamy trasę promu samochodowo-kolejowego Stahlbrode – Glewitz. Przeprawa jest wygodną alternatywą dla często przepełnionych stralsundzkich przepraw mostowych Rügendamm i Rügenbrücke. Prom kursuje od końca marca do końca października. Żeglarze mogą zawinąć do niewielkiego portu Stahlbrode uważając na mielizny przy wejściu. W porcie, jachty o większym zanurzeniu powinny cumować po wewnętrznych stronach bocznych pirsów wyznaczających basen portowy. Różne małe karakany mogą stanąć przy kei ograniczającej stały ląd jako, bowiem jest tu dość płytko (1,4 m) chyba, że w międzyczasie pogłębiono tę część basenu (2012 rok). Stahlbrode jest Mekką wędkarzy polujących na wielkie szczupaki, ponoć złowiono tu sporo olbrzymich sztuk.

 

BRANDSHAGEN

W zaklęśnięciu brzegu Strelasund leży mała przystań. Posiada ukryty w lądzie basenik i pirs w kształcie litery „L” na zewnątrz. Wg map głębokości mieszczą się na izobacie 1.2 m co mnie wystraszyło i powędrowałem tam spacerkiem z pobliskiej mariny w Neuhof (rok 2011). W pływającym inwentarzu przystani stwierdziłem same motorówki w basenie i niedużą żaglówkę przy pirsie L.

Sama miejscowość jest starutka, jej najważniejszy zabytek kościół datowany jest na połowę XIII wieku. Pewnie znacznie starsze jest pobliskie słowiańskie grodzisko plemienia Ranów. Renta położenia przy trakcie Greifswald – Stralsund owocowała odwiedzinami gości chcianych i niepożądanych. Zatrzymywały się tu oddziały duńskie, księstw zachodniopomorskich, szwedzkie, Wallensteina, Napoleona, Ferdynanda von Schill i na koniec Stalina.

Ferdynand von Schill

Jako syn zawodowego oficera kawalerii zgodnie z tradycją rodzinną, już jako nastolatek zaciągnął się do kawalerii. Służył w pułku dragonów stacjonującym w Pasewalku na Pomorzu. W 1793 roku został oficerem i walczył w kilku bitwach w tym pod Auerstadt. W styczniu 1807 roku zorganizował ochotniczy korpus partyzancki. Zasłynął wojną podjazdową przeciwko wojskom napoleońskim. Wziął nawet do niewoli francuskiego generała. Dzielnie stawał w obronie twierdzy Colberg (Kołobrzeg). W uznaniu zasług awansował na dowódcę 2 Branderburskiego Pułku Huzarów. Król Westfalii, prywatnie brat Buonapartego, wyznaczył za jego głowę wysoką nagrodę. W maju 1809 roku von Schill poległ w Stralsundzie. Zwłoki dekapitowano, zaś głowę wywieziono do Holandii zapewne licząc na obiecaną nagrodę. Po dwudziestu latach głowę von Schilla, Prusacy odkupili, wydźwignęli do rangi relikwii narodowej i pochowali pod pomnikiem w Brunszwiku. Stralsund uhonorował bohatera spiżowym monumentem.

Kościół gotycki z pewnością założony na miejscu pierwszego, drewnianego, pamiętającego początki chrystianizacji. Za czasem pobudowano wersję ceglaną w stylu gotyckim. Założeniem była hala trójnawowa z prezbiterium i murowaną wieżą z ryglową nadbudową. Zewnętrzne ściany wzmacniają narożne przypory. Jak na niewielką, prowincjonalną miejscowość wyposażenie i elementy zdobnicze gromadzone w czasie kilku wieków bardzo imponują.

W połowie XVIII gminy żydowskie z Greifswaldu i Stralsundu założyły tu kirkut funkcjonujący do około 1850 roku. Nieco ponad 100 lat później, już za czasów NRD, cmentarz oczyszczono i ozdobiono kamieniem upamiętniającym śmierć sześciu milionów ofiar holocaustu. Z przysłowiową pruską oszczędnością na obelisk wyasygnowano sumę równą obecnie 10 000 euro. Ostrożny, raczej zawyżony szacunek podaje kwotę 0,0017 euro na jednego zamordowanego.

Między wsią a brzegiem Strelasund rozciąga się podmokły las z największą w Niemczech kolonią kormoranów. Do mariny Neuhof jest tylko żabi skok lądem i wodą też.

 

NEUHOF

W osłonie półwyspu Devin, na stałym lądzie leżą blisko siebie dwie przystanie. Pierwsza od wejścia dysponuje pełną gamą usług jednak z reguły obydwie pomijane są przez przepływające mimo jachty ze względu na położenie zbyt bliskie Stralsundu. Z większej przystani (mariny) widać wieże miasta ale długi spacer nie nęci żeglarzy. W ostatnich latach urządzenia zostały gruntownie zmodernizowane a sama marina powiększona o drugi basen przeznaczony dla mniejszych jednostek. Włodarze mariny i okolicznych obiektów turystycznych szczycą się poszanowaniem zasad ekologii i ochrony środowiska. W pobliskich lasach oczywiście w odpowiednim sezonie można nazbierać dorodnych grzybów. Tubylcy jak większość mieszkańców Vorpommern nie przejawiają większego zainteresowania kulinarnym zastosowaniem mykoflory, toteż można bez problemu znaleźć kapitalne okazy. Fotografia poniżej prezentuje okaz bardzo rzadko spotykanego grzyba czyrenia rokitnikowego. Rośnie on na pniu dorodnego rokitnika zdobiącego centrum mariny.

Czyreń rokitnikowy. Foto: Kazimierz Olszanowski

Półwysep Devin. Rezerwat przyrody. W XIX wieku pracowała tu cegielnia zaopatrująca Stralsund w wyroby ceramiczne. Wiek XX zamienił półwysep w poligon Wehrmachtu i później enerdowskiego ZOMO. Ciężkie gąsienicowe pojazdy i materiały wybuchowe skotłowały powierzchnię ziemi wylesiając ją zupełnie, tworząc doły i piaszczyste pagóry. Gleba organiczna wydmuchana przez wiatr zniknęła, zagłębienia wypełniła woda. Stał się cud ludzie pospołu z wiatrem odtworzyli surowy krajobraz schyłku plejstocenu (15 tys. lat wstecz), tylko znacznie cieplejszy. Teren szybko opanowały pionierskie rośliny piaskolubne (szczotlicha siwa, kocanki piaskowe …) i mchy (w tym płonnik cienki, czyli Polytrichum strictum Brid.) – tworząc warunki dla kolejnych zespołów roślinnych. Odnotowano 7 gatunków storczyków, stanowiska bagna zwyczajnego, pierwiosnki lekarskiej i wiele innych. Wśród roślinności fruwa wiele rzadkich gatunków motyli. Rozwój inwazyjnych niepożądanych roślin hamowany jest przez kontrolowany wypas bydła i owiec. Rezerwat można zwiedzać chodząc wyłącznie po wyznaczonych szlakach.

 

DANHOLM (dzielnica Stralsundu)

Wyspa Danholm leży pomiędzy portem Stralsundu a południowym skrajem Rugii, ma długość mniejszą od kilometra i kształt zbliżony do owalu. Właściwie są to dwie równoległe wyspy przedzielone szerokim na kilkadziesiąt metrów kanałem. Przystań zajmuje właśnie ten kanał dostępny dla jachtów tylko od wschodu. Wyjście zachodnie blokuje most. Gospodarują tu dwa kluby. Jeden bogatszy eksploatuje przyzwoite nabrzeża i gromadzi lepsze jachty, drugi znacznie biedniejszy, wręcz ubogi, gospodaruje na resztkach budowli z XIX wieku, pomieszanych z enerdówkiem. Stroma, nieco bałaganiarska skarpa brzegu przedłużona jest labiryntem lichutkich pomostów i kładek, przy których cumują jachty. Ta infrastruktura powstawała niezliczonymi etapami, po prostu jak ktoś miał potrzebę to wbijał w muliste dno kilka kołków i kładł na to jakieś deski czy płyty. Woda, lód i czas są dla tych dzieł nieubłagane. Już od dawna, o ile tylko jestem jachtem w Stralsundzie to tu cumuję. Urzeka mnie ludzka życzliwość i niepowtarzalny klimat tego żywego skansenu. Nie zraża zupełnie nawet szukanie toalety bardzo starannie ukrytej w odległym, mrocznym zakamarku za jakimś warsztatem.

Przy północnym skraju wyspy, już za przeprawami mostowymi funkcjonuje bardziej współczesna czasowo marina. Jednak nigdy tu nie cumowałem jako, że nie przepadam za rozkołysem.

Danholm porośnięty jest starymi drzewami na kształt parku. Tu i tam wychylają się z zieleni skupiska niewielkich budynków lub jakieś wały ziemne kryjące pozostałości XIX-wiecznych fortyfikacji. W kilku budowlach i na placu przed nimi urządzono oddział muzeum żeglugi. Danholm, jak zresztą kilka innych miejsc w Mecklemburg–Vorpommern rości sobie prawa do nazwy „kolebka pruskiej floty wojennej”. Porcik jest mały, nawet chyba zbyt ciasny nawet jak na kolebkę całkiem malutkiej floty. Na południowym cyplu wyspy istnieje hotel reklamujący widok na Strelasund.

Blisko przystani objawia się niespodzianka; między pomnikowymi bukami funkcjonuje pracownia rzeźbiarska na otwartym powietrzu. Przyległy teren zdobią drewniane rzeźby, wielkie, małe i malutkie, część już stanowi wykończone w zamyśle autora dzieła a część jeszcze nie. Między nimi widać stosy drewna i urządzenia wspomagające siły twórców, jakieś kozły do podnoszenia i obracania pni, dźwignie, kliny. Podobnym sprzętem pracował pewnie Wit Stwosz i jego poprzednicy. Nikogo tu nie było co i tak nie powstrzymało mnie przed wejściem i pogapieniem się na rzeźby. Kilka mnie zachwyciło, kilkanaście zrobiło mniejsze wrażenie, inne prezentowały tematykę i styl nawiązujące do pangermańskich mitów i legend. Te ostatnie kojarzyły się z drewnianymi krasnalami ogrodowymi, tylko przedstawiały rogatych wikingów bądź lakierowane zwierzęta bez wyrazu, widocznie artysta zna potrzeby i gusty rynku.

Witacz na wyspie Danholm. Foto: Kazimierz Olszanowski

Z pobliskiego brzegu widać martwe, ale stojące jeszcze rosochate drzewo przerobione na ciekawą formę przestrzenną. Wcześniej nie zauważyłem tego; o gapiowata ślepoto!

W nocy kolejna niespodzianka, przymuszony do wizyty na lądzie, szybko wyskoczyłem na pomost i szparko potruchtałem do kładki na ląd. Cholera jasna, kładki brak. Bez paniki kładka jest na miejscu tylko zalała ją woda. Zdjąłem buty i powolutku szurając stopami po krzywo przybitych śliskich dechach dotarłem do suchego lądu.

Jeśli nasz rejs prowadzi dalej na północ musimy zaczekać na otwarcie mostu Ziegelgraben (między Danholmem a stałym lądem). Most otwierany jest w godzinach: 5;20 , 8;20 , 12;20 , 15;20 , 17;20 , 21;30. Czas otwarcia do 15 minut. Zamknięty most zapewnia prześwit 6 metrów nad wodą. Na odcinku Danholm – Rugia 8 metrów, oczywiście w odniesieniu do średniej wody. Skoro już tu jesteśmy nie wyobrażam sobie, by można było pominąć Stralsund.

 

STRALSUND 

Obszary dzisiejszego Stralsundu zostały po odejściu Germanów w czasie wędrówki ludów zamieszkane głównie przez słowiańskich Obodrytów i Ranów. Na początku ubiegłego tysiąclecia ścierały się tu interesy książąt zachodniopomorskich, rugijskich, władców Danii i margrabiów niemieckich. Zwycięstwo Duńczyków skutkowało rozpowszechnieniem chrześcijaństwa i napływem osadników z głębi Europy oraz grupy Żydów. Epizod słowiański potwierdza nazwa miasta, pochodzi ona od słowa stral (strel) oznaczającego grot strzały. Doskonała renta położenia przy odwiecznym szlaku handlowym i bogate zaplecze surowcowe spowodowało gwałtowny rozwój osady , która już w 1234 roku otrzymała lubeckie prawa miejskie. Po przystąpieniu do Hanzy Stralsund szybko wybił się na pozycję drugiego po Lubece ośrodka handlowego. Monopolistyczny handel przynosił gigantyczne zyski inwestowane m.in. w okazałe nieruchomości prywatne, kościelne i mówiąc językiem współczesnym komunalne. Wiele z nich przetrwało do dnia dzisiejszego.

Dalekosiężny handel wymagał przystosowań organizacyjnych. Kapitanowie stralsundzkich statków, w czasie długich rejsów narażeni na niebezpieczeństwa utraty życia lub majątku, już na początku XV wieku powołali kompanię wzajemnych ubezpieczeń, odległy w czasie prekursor Lloyda. W tym samym czasie kupcy wysyłali towar dzieląc go na mniejsze partie ładowane na kilka statków. Utrata jednego statku równała się utracie tylko części ładunku a to było wliczone w koszty. Na początku XVI wieku rozpoczął się okres upadku Hanzy toteż i Stralsund tracił na znaczeniu. Bardzo szybko mieszkańcy miasta poszukali nowego źródła dochodów przystępując jako jedni z pierwszych w całych Niemczech do Reformacji i uzyskali dostęp do gromadzonych przez wieki aktywów kościoła katolickiego. Ograniczony terytorialnie handel oraz budowa statków pozostały jednak główną gałęzią gospodarki Stralsundu.

Podczas wojny trzydziestoletniej miasto opowiedziało się czynnie po stronie północnych aliantów, zostając w jej wyniku stolicą Pomorza Szwedzkiego przez około 200 lat. Szumny tytuł nie zapobiegł narastającej powoli stagnacji pogłębiającej się dzięki licznym wojnom i wojenkom. W czasie wielkiej wojny północnej, na początku XVIII wieku Stralsund był oblegany przez armię koalicji prusko-duńsko-saskiej liczącą razem około 72 tys żołnierzy. Miasta i wyspy Rugii broniła armia szwedzka dysponująca około 20 tysiącami wojska, dowodzona osobiście przez Karola XII – szwedzkiego króla zabijakę. Miasto poddało się po rozgromieniu garnizonu rugijskiego. Mimo zwycięstwa przeciwników Stralsund pozostał w szwedzkim władaniu. Ta i kolejne wojny zdewastowały infrastrukturę miasta. Szczególną zasługę należy przypisać rujnującym nalotom w czasie drugiej wojny światowej. Armia Czerwona zajęła miasto w ostatnich dniach wojny. Rozpoczął się dziwaczny, smutny okres budowania nowego i rujnowania starego, Życie przesuwało się między blokowiska z wielkiej płyty. Trzydzieści lat temu w czasie mojej pierwszej wizyty w Stralsundzie, nocny spacer po starówce jawił się scenografią z filmu grozy. Od tego czasu, nowe splajtowało, port i zabytkowe centrum miasta zostały pieczołowicie odrestaurowane. Przy każdej wizycie obserwuję ogromny postęp robót, przez ostatnie 25 lat odrestaurowano 2/3 budynków Starego Miasta. W tej beczce miodu czuję łyżkę dziegciu. Hanzeaci zbudowali miasto za własne pieniądze, współcześni włodarze inwestują i remontują głównie za kredyty z zachodu. Jak rzeka forsy wyschnie czy wpływy z turystyki pozwolą na utrzymanie miasta? Stralsund to nie Wenecja, a ona ma kłopoty finansowe mimo swojej sławy i ogromnych wpływów z turystyki.

Zabytki. Mimo wielu pobytów i mnogich godzin przedreptanych brukami wąskich uliczek jeszcze nie udało mi się poukładać Stralsundu w głowie.

Ratusz i kościół św. Mikołaja. Foto: Kazimierz Olszanowski

Nic dziwnego: głowa już stara, a miasto bogate w zabytki jak, mało które w tym rejonie Europy. W obrębie historycznych umocnień ochronie konserwatorskiej podlega ponad czterysta budynków. Patrząc z wysokości mostu Ruggebrucke zauważymy koronkę wież, stromych dachów, las masztów nad mariną i górujący nad portem wyniosły takielunek żaglowca „Gorch Fock”, który tu znalazł przytułek po latach bujania się na morzach całego świata. Pionowe akcenty wykwitają z ławicy zabytkowych kamieniczek wspinających się na łagodny stok wzgórza.

W mrowiu zabytków kilka wzbudza wielkie zainteresowanie swym reprezentacyjnym wyglądem i piękną architekturą, są to:

Kościół Najświętszej Marii Panny, potężny gotycki budynek został zbudowany w XIII wieku (wymieniony w 1298 roku). Wytrwali turyści mogą wdrapać się po 370 stopniach na galerię widokową by podziwiać panoramę miasta i okolicy, widok wynagradza wysiłek pokonania prawie stu metrów w górę.

Kościół Mariacki. Foto: Kazimierz Olszanowski

Kościół św. Ducha, pochodzi z XIII wieku, był zbudowany w czasie gotyku na potrzeby szpitala miejskiego. Początek XVIII wieku przyniósł przebudowę elewacji w stylu barokowym. Mam tu na myśli mało ozdobny barok pruski. Wiedząc że barok był stylem propagowanym przez kontrreformację dziwnym zdaje się jego obecność w kraju wyznawców reformacji. Cóż od czasów obrazoburstwa, czyli dewastacji kościelnych dzieł sztuki przez neofitów nowej religii minęło ponad 200 lat i ludzie się zmienili.

Kościół św. Jakuba, położony nieco dalej od rynku na placyku wciśniętym w labirynt wąskich uliczek. Zbudowany w XIV wieku jako budynek halowy (wszystkie nawy mają równą wysokość) już nawiązuje do schyłku stylu gotyckiego. Kolejne wieki przyniosły zniszczenia spowodowane przez reformację w XVI wieku i bombardowania w czasie II wojny światowej. Obecnie budynek smętnie pełni obowiązki sali koncertowej, wykładowej i mieści okazjonalne ekspozycje.

Kościół św. Mikołaja, patrona żeglarzy jest najstarszym kościołem w Stralsundzie (XIII wiek). Został wzniesiony w układzie bazyliki (nawę główną podpiera konstrukcja niższych naw bocznych) i zaopatrzony w tzw ambit czyli obejście między ołtarzem a wieńcem kaplic. Wkrótce po konsekracji stał się zbyt mało reprezentacyjny, toteż na początku XIV wieku dokonano modernizacji i rozbudowy, budynek uzyskał nową wielką nawę i dwie wieże, wnętrze wzbogacono o chór i 56 ołtarzy. W takiej formie służył możnym obywatelom miasta rajcom i bogatym mieszczanom, aż do czasów reformacji, kiedy to ograbiono go z bogatego wyposażenia i zamazano białą farbą barwne polichromie. Mimo prób spaskudzenia kościoła, jego ogrom i piękna, gotycka architektura plasują go bardzo wysoko w rankingu obiektów ceglanego gotyku.

Gotyckie, strzeliste iglice wież obkurtyzował pożar w XVII wieku. Przekryto je wkrótce na nowo, pierwszą barokowym hełmem śmiesznie małym w stosunku do monumentalnego korpusu i drugą prawie płaskim dachem namiotowym. Pewnie zabrakło kasy lub bogobojności. Mniej, więcej w tym samym czasie doszło do dziwnego zjawiska; wyznawcy religii zreformowanej, którzy jeszcze niedawno „reformowali” bogaty wystój kościołów, nagle zamienili się w koneserów sztuki barokowej. Barok wszak powstał jako oręż kontrreformacji w walce ideologicznej z reformacją. Nie wnikając w szczegóły walki doktryn religijnych zauważymy wiele zabytków barokowych zdobiących kościół św. Mikołaja i fundowanych przez kwiat zreformowanych mieszczan.

Ratusz, unikalny zabytek ceglanego gotyku, ale też i dowód przerostu formy nad treścią. Trzeba przyznać, że jak na pomorskie standardy jest ogromny, dla porównania ratusz w Szczecinie ówczesnej stolicy Pomorza Zachodniego jest dwa razy krótszy i 1,5 raza węższy. Takie zamożne i pyszne miasto jak Stralsund nie mogło zadowolić się tylko kubaturą budynku mieszczącą niezbędne funkcje. Dla uzyskania pożądanego, reprezentacyjnego wyglądu nadmuchano elewacje ażurową attyką usianą ostrymi sterczynami jak łoże madejowe i serią rozet.

Barokowe drzwi w gotyckim portalu. Foto: Kazimierz Olszanowski

Bardzo ciekawym rozwiązaniem jest wewnętrzna galeria umożliwiająca przejście pieszym na sąsiednią ulicę i dojście do bocznych drzwi kościoła św. Mikołaja. Galeria w swym wystroju jest jednak znacznie późniejsza.

Dwór Artusa. Tradycja budowy dworów Artusa powstała w końcu średniowiecza, szczególnie przyjęła się w bogatszych miastach hanzeatyckich. Nazwa wzięła się z legendy o królu Arturze (Artusie). Jak w legendzie śmietanka miejska miała spotykać się przy okrągłym stole demonstrując równość i braterstwo. Taki rodzaj oligarchii demokratycznej lub demokracji oligarchicznej, a zwykła hołota nie miała tu wstępu przez frontowe drzwi. Żeby zostać członkiem, którejś z ław dworu należało wykazać się majątkiem co najmniej równym wartości dużej kamienicy, wysokim urodzeniem, niewzruszoną wiarą i nieskazitelną moralnością. Tylko dlaczego w statucie jednego z dworów figuruje zapis: „nie wolno po pijanemu wrzucać współbiesiadników do ognia”. Chyba coś z tym ogniem się działo skoro gotycki dwór w Stralsundzie spłonął doszczętnie 1680 roku. Obecnie na jego miejscu sterczy stuletnia kamienica, tylko dla tradycji nazwana Dworem Artusa.

Kamienica Wulflama (Wulframa), jej właściciela, burmistrza Bertrama Wulflama szacowano na 16 beczek złota, toteż i chałupę musiał mieć galantą. W najlepszej parceli Starego Rynku w 1358 roku powstało arcydzieło klasyfikowane dzisiaj jako perła północnej odmiany niemieckiego gotyku. Mam jednak wątpliwości, gotyk charakteryzują ostrołuki i twarde, ostre piony. A tu popatrzcie na miękkość linii, prawie zupełny brak czubatych dziur na okna zastąpionych przez otwory miękko półkoliście sklepione. Te widoczne wysoko w szczycie budynku przypominają delikatną koronkę. Sterczyny trójkątnego tympanonu też jakieś przyjazne. Wątpliwości można wyjaśnić na trzy sposoby:

  1. Budowniczy był geniuszem wyprzedzającym swoją epokę tworząc „ciepły” gotyk.
  2. Kamienica była przebudowana znacznie później, gdy ostry gotyk wyszedł z mody.
  3. Ja sam szukam dziury w całym i wybrzydzam.

Żółta kamieniczka obok, miesząca obecnie aptekę, też należała do Wulflamów i też powstała w okresie gotyku, jednak przebudowano ją w stylu barokowym.

Commandantenhus, siedziba szwedzkiego namiestnika, komendanta garnizonu przypomina kamienicę z bardzo wysokim, stromym dachem i trójkątnym tympanonem w elewacji frontowej. W 1748 roku miasto zostało zmuszone nakazem władz królewskich do wybudowania nowego gmachu na miejscu starego, średniowiecznego budynku nie zaspokajającego potrzeb i pozbawionego właściwego splendoru. W połowie XIX wieku już za czasów pruskich Commandantenhus stał się własnością miasta. Okres dwustuletniego panowania Szwedów przypominał herb Pomorza Szwedzkiego na tympanonie, który nagle zniknął beż śladu w latach dwudziestych ubiegłego wieku. Widać mieszkańcy nie darzyli sentymentem takich pamiątek. Obecny herb jest repliką ufundowaną przez króla Szwecji.

Mury obronne. Pomimo obronnego położenia Stralsund otoczono gotyckimi murami obronnymi podziurawionymi dziesięcioma bramami. Z taką ilością bram trudno bronić miasta, ale może tak było i cuda się zdarzają. Mieszkańcy do dzisiaj czczą kilkumiesięczne, nieudane oblężenie miasta przez armię Wallensteina w czasie wojny trzydziestoletniej. Nawet obchodzą w lipcu Dni Wallensteina, choć nikt nie potrafi odpowiedzieć czy genialny strateg ówczesnych czasów osobiście dowodził oblężeniem i czy to była cała jego armia. W mieście zachowały się kawałki murów miejskich i dwie bramy.

Zabytki tej klasy, wyłączając Dwór Artusa i Commandantenhus jako zdecydowanie późniejsze, świadczą o dużym znaczeniu i bogactwie miasta w dobie rozkwitu Hanzy. Współcześnie mając zabytkowej substancji w nadmiarze, cały szereg dawnych budynków zwłaszcza kościelnych przystosowano do nowej funkcji, mieszczą się tu instytucje kulturalne, agendy rządowe, muzea itp.

Kamienica Wulflama. Foto: Kazimierz Olszanowski

W natłoku wielkich budowli zmuszających często do podnoszenia głowy aż do bólu kręgosłupa, wytchnienie dają tajemnicze zakamarki gdzie można przyjrzeć się finezyjnym detalom … i odizolować nieco od ludzi.

Cichy zaułek na starym mieście. Foto: Kazimierz Olszanowski

Jeszcze jeden zaułek. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wzniesienie starego miasta oddziela od terenów portowych kanał, będący pozostałością dawnej fosy (szwedzkiej ?), obecnie obstawiony jachtami, w tym serią pięknych oldtimerów. Na wyspie odciętej kanałem wyróżnia się zabytkowy budynek nawigatora miejskiego oraz kilka takowych spichrzów.

Spichrze na wyspie portowej. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wszystko to zalewają knajpki, knajpeczki takoż inne przybytki uciech kulinarnych. Lokalną gwiazdą tej branży był XIX- wieczny kupiec i handlarz rybami Karl Wiechmann, odkrył on w Stralsundzie nową odmianę śledzia, i w przypływie patriotyzmu lub lizusostwa, za zgodą ówczesnego kanclerza nazwał śledziem Bismarcka. Oryginalny przepis posiada obecnie handlarz rybami Henry Rasmus, który w swojej restauracji od 2003 roku oferuje oryginalnego śledzia Bismarcka.

Ozeaneum. Między zabytkową strukturą portu sterczy nowoczesny gmach Ozeaneum, tu za słoną jak morska woda opłatą można podziwiać wszystko co żyje w morzach i potrafi przetrwać w ogromnych akwariach. Ozeaneum jest częścią Niemieckiego Muzeum Morskiego mieszczącego się w dawnym klasztorze św. Katarzyny.

Po trudach łazęgowania warto spokojnie usiąść na tarasie kawiarni z widokiem na Altefahr leżący na drugim brzegu cieśniny i wygniatać krzesło pijąc kawę, paląc fajkę i podziwiając jachty w marinie, pamiętając, że palenie tytoniu może być przyczyną wielu ciężkich chorób.

Ostatnie spojrzenie. Foto: Kazimierz Olszanowski

Stralsund był naszym najdalszym portem, jednak cieśnina Strelasund ciągnie się znacznie dalej. Zachodni odcinek Strelasund i wewnętrzne wody Rugii będą opisane w kolejnym rozdziale. Póki co trzeba powoli wracać na wschód, czekają na nas wody, wybrzeża i porty północnej i wschodniej części Strelasund aż do Greifswalder Bodden.

Półwysep Drigge. Trzeba opłynąć eksponowany, ale niski, płaski półwysep, prawie oddzielony od Rugii głęboko wciętymi zatokami. Na południowym brzegu leży niewielka osada wyglądająca z wody na kolonię domków letniskowych. Uliczki prostopadłe do brzegu przedłużone są pomostami dla motorówek i niewielkich jachtów o małym zanurzeniu. Zupełny brak zaplecza portowego.

Pola, mokre łąki i kępy drzew kryją ślady domu Bartholda von Krakwitz. W swoim czasie zrobił ogromną karierę zostając w wieku 23 lat generalnym superintendentem księstwa (odpowiednik premiera).

Barthold von Krakwitz (1582-1642)

Luterański teolog i duchowny urodził się w Wittow na Rugii. Studia odbył na uniwersytetach w Magdeburgu, Luneburgu, Greifswaldzie i Szczecinie. Doktorat z teologii uzyskał na uniwersytecie w Rostocku. Przez dwa lata korzystał ze stypendium w Wittenberdze fundowanego przez księcia Filipa Juliusza. W wieku 23 lat został mianowany generalnym superintendentem Księstwa Wołogojskiego. Na tym eksponowanym stanowisku pracował aż do śmierci ostatniego z Gryfitów, kiedy to powrócił na Rugię do rodowej posiadłości na półwyspie Drigge.

 

GUSTOW

W głębi zatoki między dwoma eksponowanymi półwyspami Prosnitz i Drigge drzemie niewielki porcik jachtowy gruntownie rozbudowany w 2010 roku. Sama wieś ma 650 mieszkańców i jest położona nieco ponad kilometr od portu, w pagórkowatej okolicy, w otoczeniu łąk, pól i lasów. Perłą miejscowości jest gotycki kościół zbudowany w XII wieku, wtedy w czasie chrystianizacji postawiono tu niewielką pewnie drewnianą kaplicę z czasem zamienioną na budynek murowany. Podczas prac remontowych w 1935 roku odsłonięto w nim malowidła z 1420 roku przedstawiające krzyż triumfalny i wyjątkową „ Grupę św. Anny” oraz „Pietę” . Na przykościelnym cmentarzu można odszukać niewielki monument przypominający XVI-wiecznego księdza zamordowanego przez pijanych chłopów. 
Zapleczem turystycznym miejscowości i najbliższej okolicy są pola golfowe, stadniny koni , obóz letni, hotel i sieć obiektów agroturystycznych.

Półwysep Prosnitz. Dopływamy do linii wysokiego napięcia zawieszonej wysoko nad wodą. W tym miejscu cieśnina Strelasund jest najwęższa, co wykorzystano niegdyś przy budowie drewnianego mostu na Rugię. Przeprawa była broniona przez fort artyleryjski ulokowany w sąsiedztwie północnego przyczółka na półwyspie Prosnitz. Umocnienie składa się z prostokątnego w obrysie wału ziemnego wzmocnionego narożnymi bastionami i otoczonego prostokątem mokrej fosy zasilanej wodami Strelasund. Fortalicja wymieniana jest w spisie pruskich dzieł obronnych powstałych około 1848 roku, jednak istnieją przesłanki, że może pamiętać czasy szwedzkie a nawet okres wojny trzydziestoletniej. Tak czy owak pełniła rolę wysuniętej reduty twierdzy Stralsund. Obecnie półwysep jest rezerwatem przyrody.

 

PUDDEMIN

O zmroku weszliśmy w wąską zatokę Schornitzer Wiek wcinającą się w Rugię. Mrok szybko zapadł, rzadko ustawione pławy trzeba było wyślepiać przez nocną lornetkę. Po kilku zakrętach zobaczyliśmy światła mariny Puddemin i dobiliśmy do kei.

Nie widziałem żadnego biura, więc poszedłem do pobliskiej restauracji, by dowiedzieć się gdzie można odszukać haffenmeistra i uregulować formalności. Postawna blondyna zapytała w czym może pomóc, zaczem oświadczyła, że to właśnie ona jest poszukiwaną osobą. Była najbardziej cycatym bosmanem jakiego spotkałem w życiu, aż żal, że właśnie zamykała lokal.

Przystań w Puddemin. Foto: Kazimierz Olszanowski

Sam porcik jest mniej wybitny ale spokojny i cichy. Miejscowości Puddemin nie widziałem w najbliższej okolicy, tylko kilka domków letniskowych i kilka rozproszonych światełek na dalszym planie.

 

GLEWITZ

Jeśli jest kawałek wolnej kei można na krótko zatrzymać się w pobliżu przyczółka promowego w Glewitz na Rugii. Przy wiatrach E – SE może panować tu spory rozkołys. Na większe lądowe atrakcje nie można liczyć, jedynie niedaleka „goła” plaża wabi znawców tematu. Przy okazji warto wspomnieć, iż na niemieckich plażach z reguły obowiązuje dość swobodne podejście do ubiorów plażowych. Eksponuje się sporo, choć z reguły są to ekspozycje zbliżone do muzealnych.

Półwysep Zudar. Pagórkowaty półwysep leży pomiędzy Schoritzer Wiek i północną zatoką Greifswalder Bodden, posiada silnie urozmaiconą linię brzegową. Z resztą Rugii połączony jest tylko niespełna kilometrowym przesmykiem. Pagórki wznoszące się ponad 25 metrów nad wodą pozwalają już z daleka zauważyć i rozpoznać półwysep.

Stolicą półwyspu jest malutka miejscowość Zudar. Czasy świetności pamięta datowany na początek XIV wieku gotycki kościół św. Wawrzyńca. W średniowieczu słynął z posiadania cudownego obrazu Maryi przyciągającego rzesze pielgrzymów. Mała koga „Pilgrim” wioząca prawie setkę pielgrzymów rozbiła się w sztormie na brzegach półwyspu. Załoga i pielgrzymi utonęli, cudowny obraz tajemniczo zaginał bez śladu.

W czasie wielkiej wojny północnej (początek XVIII wieku) flota koalicyjna (Prusy, Dania, Saksonia) usiłowała wysadzić tu desant. Szwedzi zgromadzili na półwyspie Zudar znaczne siły i postrzelano sobie bez większych efektów. W kilka dni później wykorzystując mgłę część większych jednostek demonstrowała wzmożoną aktywność zaś armada mniejszych wysadziła desant w zatoce Schornitzer Wiek. Prusy uzyskały przyczółek na Rugii.
Od wschodu wcina się w półwysep długa rozczłonkowana zatoczka zamknięta pasem płycizn. W takich warunkach rozwija się dobrze roślinność wodna dająca schronienie wielkim szczupakom.

Palmer Ort. Jest najbardziej na południe wysuniętym skrawkiem Rugii, podobny w rzucie do trójkątnego czubka wyciągniętego z półwyspu Zudar, został utworzony z piasku naniesionego przez wody. Wschodnia plaża jest zdecydowanie szersza od zachodniej a to dlatego, że pod koniec zimy jest „przeorywana” płytami lodu wyrzucanymi tutaj przez sztormowe fale. Zwały lodu sięgają kilku metrów wysokości i potrafią przetrwać nawet do maja.
Od dawna Palmer Ort stanowił przeszkodę nawigacyjną, rozbijały się tu statki zagnane burzą lub zabłąkane we mgle. Wystarczył niewielki błąd i zamiast wejść w Strelasund sztrandowano na brzegi Palmer Ort. Zwyczajowo na trawersie cypelka przebiega granica między boddenem a cieśniną.