SKAGERRAK

„Już był w ogródku, już witał się z gąską”, te słowa napisał jeden z naszych poetów, jak pamiętam ze szkoły, niestety nie pamiętam, który. Już myślałem, że po „zawieszeniu” na stronie ostatniego rozdziału będzie koniec pisaniny ale nie, mam przecież kolegów, którzy stwierdzili, że muszę „przestać truć dupę i zabrać się do roboty. Byłeś tyle razy w Norwegii to masz o czym pisać”. Argumenty mówiące, że jachtem żaglowym byłem tylko dwa razy na wodach norweskich, a w czasie pozostałych pobytów posiłkowałem się transportem lądowym, samolotem, czy motorówką lubi promem skwitowali. „i co z tego, myślisz, że to zmieniło Norwegię?”. Na takie dictum nie miałem odpowiedzi. Korzystając z solidnego wsparcia mojego pierworodnego syna, który mieszka od kilkunastu lat w Norwegii i jako bystry obserwator nieźle poznał kraj, zacząłem pisać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że pełne opisanie nawet małego kawałka tego kraju przekracza moje możliwości, skupiłem się tylko na kilkunastu poznanych portach południowej Norwegii, od Fredrikstad przy granicy ze Szwecją do Stavanger leżącego nad Morzem Północnym. Kolejne porty leżą mniej więcej o kilka godzin żeglugi od siebie.

Szkic trasy

Skagerrak. Nie należy do Bałtyku, jest częścią Morza Północnego. Trzy odcinki granic największej z Cieśnin Duńskich wyznaczają lądy. Cieśnina Skagerrak położona jest między Danią (Półwysep Jutlandzki i wyspa Nørrejyske Ø (Vendsyssel)  a południowym wybrzeżem Norwegii i kawałkiem Szwecji na północ od latarni morskiej Pater Noster w Szwecji przy granicy z Norwegią. Czwarty odcinek, zachodni, stanowią wody Morza Północnego, jest to tylko kreska na mapie przebiegająca mniej więcej od duńskiego portu Hantsholm do latarni morskiej Lindesnes w Norwegii. W tych granicach długość cieśniny wynosi ok. 300 km, szerokość: od 110 do 130 km, głębokość: do 809 m. Skagerrak łączy Morze Północne z Morzem Bałtyckim poprzez Kattegat, Sund, Wielki Bełt i Mały Bełt. W dnie Skagerraku prawie do wschodniej granicy przebiega końcowy odcinek tzw. Rynny Norweskiej głębokiej w tym miejscu na ponad 800 metrów co odróżnia Skagerrak od innych cieśnin duńskich gdzie głębokości osiągają tylko kilkadziesiąt metrów. Jedynie Kattegat w rejonie granicy ze Skagerrakiem jest zdecydowanie głębszy. Wybrzeża norweskie i szwedzkie charakteryzują, fiordy, wysepki i szkiery, duńskie zaś jest nizinne i piaszczyste,. Temperatura wód powierzchniowych waha się od 1,5–5,0°C w lutym do 15–17°C w sierpniu, zasolenie, zmienne 29–34‰. Prądy morskie: powierzchniowy o prędkości 2–4 km/h płynie do Morza Północnego, głębinowy, bardziej słony, do Kattegatu i obydwu Bełtów.

 

PRZYRODA SKAGERRAKU

Bioróżnorodność Skagerraku determinuje kilka zjawisk hydrologicznych, jedynie śladowo obserwowanych w Bałtyku, są to:

Upwelling przybrzeżny.  Stwierdzany w strefie przybrzeżnej mórz. Powstaje dzięki wiatrom wiejącym długotrwale wzdłuż brzegu. Napór wiatru wymusza odpływanie od brzegu cieplejszych i mniej zasobnych wód powierzchniowych. Zastępuje ją chłodniejsza, zasobniejsza w plankton woda głębinowa. Plankton inicjuje powstanie bogatego łańcucha pokarmowego. Jednym z jego ogniw są pożądane przez nas ryby. Upwelling występuje wzdłuż zachodnich brzegów kontynentów, głównie skutkiem wiatrów wiejących w kierunku równika. Przy polskim wybrzeżu  zjawisko pojawia się najczęściej w przypadku wystąpienia silnych wiatrów z kierunku NE. Na Skagerraku dzięki szczególnemu położeniu geograficznemu, zjawisko upwellingu jest zdecydowanie bardziej widoczne i skutkuje wzrostem różnorodności biologicznej.

Sejsza czyli fala stojąca powstająca głównie w zamkniętych akwenach, małych morzach, zatokach i jeziorach. Przyczyną z reguły jest silny wiatr związany z głębokimi niżami barycznymi, który lokalnie spiętrza wodę, obniżając jej poziom w innych częściach akwenu. Odnotowano przypadki powstania sejszy skutkiem wybuchu wulkanu, ruchów tektonicznych ziemi a nawet upadku meteorytu. Pod wpływem tych czynników powstają zaburzenia równowagi wody. W jednej części zbiornika poziom wody podnosi się, a w drugiej jednocześnie opada. Podobnie jak w lekko kołyszącej się misce pełnej wody. Pod wpływem grawitacji woda dąży do wyrównania poziomów tworząc fale podobne do pływowych. Sejsze mają zazwyczaj od 1 do 3 metrów wysokości, ale bywają i takie, które przekraczają 5 metrów, i mogą wdzierać się nawet setki metrów w głąb lądu. Podobnie jak tsunami powodują śmierć wielu osób i znaczne straty materialne. Na wielu zamkniętych akwenach fale sejszowe rekordowo potrafią uformować się w czasie kilkunastu minut. Na Morzu Północnym i Skagerraku fale osiągają wysokość do 2,20 metra. Na Bałtyku sejsze wiatrowe osiągają wysokość kilkunastu centymetrów i lepiej nie wnikać co będzie jak uderzy duży meteoryt lub nawet malutka asteroida.

Znaczne głębokości, sejsze, upwelling i wyraźnie obserwowane pływy sprzyjają wymianie wód z Morzem Północnym. Pod względem przyrodniczym Skagerrak bardziej klasyfikuje się jako słona zatoka Morza Północnego niż kawałek słonawego Bałtyku. Dzięki czystej wodzie i większemu zasoleniu występują tu gatunki roślin i zwierząt niespotykane w naszym morzu. A te, które żyją w obydwu akwenach osiągają w Skagerraku znacznie większe rozmiary niż ich bałtyccy powinowaci i krewni. Część zwłaszcza bezkręgowców rozmnaża się w Skagerraku, a do nas przynoszą je prądy morskie. Do tych wędrownych gatunków należy duża meduza bełtwa festonowa dość często spotykana na otwartych wodach i nawet w norweskich fiordach.

Bełtwa festonowa. Foto: Kazimierz Olszanowski

Bełtwa festonowa. Czasem w wodzie widać meduzy, takie kłęby pomarańczowej galarety z nitkami macek. Tu trzeba trzymać łapki przy sobie, bełtwy festonowe dysponują parzącym jadem, niebezpiecznym zwłaszcza dla alergików. W przypadku poparzenia jadem meduzy należy zmyć miejsce wodą morską i delikatnie wyszorować piaskiem jeśli jest w pobliżu.

Wyróżniłem powyższy akapit kolorem i wytłuszczeniem czcionki, żeby ostrzec przed tymi meduzami. Rzeczywiście są to paskudne, choć ładne zwierzęta. Posiadają unoszące się w wodzie cienkie, długie nawet na 10 metrów macki zaopatrzone w jadowite kolce. Jad działa nawet po śmierci bełtwy. Meduzy należące do parzydełkowców, jako jedne z pierwszych organizmów wielokomórkowych, pojawiły się kilkaset milionów lat temu. Ich skamieniałe odciski napotyka się w starych skałach w różnych zakątkach Ziemi.

 

HISTORIA SKAGERRAKU

Z tak zwanego mroku dziejów niewiele się wyłania. Wprawdzie odkryto resztki jednostek pływających liczące sobie nawet 5000 lat, czasem archeolodzy wykopują przedmioty mogące mieć związek z żeglugą i handlem morskim. Nieco później już w epoce brązu na gładkich skałach powstawały stosunkowo liczne petroglify przedstawiające ówczesne statki. Liczba wiosłujących ludzików wydrapanych na pokładach jednostek pozwala oszacować ich długość nawet na 20 metrów. Decydujących argumentów z reguły dostarczają zapiski kronikarzy greckich i rzymskich, ale tych prawie zupełnie brak, lub są tak nieprecyzyjne i zagmatwane, że jeszcze dzisiaj nie potrafimy zlokalizować opisywanych miejsc. Przykładem może być wyspa Thule wzmiankowana przez greckiego żeglarza Pyteasza z Massali (Marsylii), który w IV wieku pne. pływał po północnym Atlantyku. Do dzisiaj wiele wysepek leżących między Islandią a bałtycką wyspą Saarema rości sobie prawa do tej nieco mitycznej nazwy. Południowa część Półwyspu Skandynawskiego uważanego wówczas za wyspę, też jest na tej liście.

Bardziej dokładne informacje pojawiły się dopiero w średniowieczu gdy Karol Wielki podbił znaczną część północnych ziem niemieckich, zbliżając się do Skandynawii. W ślad za wojskiem pojawili się księża i zakonnicy, jedyni w tym czasie ludzie, którzy posiedli sztukę pisania i czytania. Duchownym kronikarzom nie zależało na przedstawianiu obiektywnych faktów a raczej dostosowywali je do potrzeb chrześcijańskiego czarnego pijaru. Z tych zapisków wyłania się obraz wielkich, kudłatych dzikusów mordujących wszystko i wszystkich napotkanych na drodze, czyli wikingów. To głównie z przystani położonych nad Skagerrakiem, w ostatnich stuleciach pierwszego tysiąclecia naszej ery, niewielkie eskadry wikińskich okrętów wypuszczały się na rabunek sąsiednich krajów. Wikingowie doskonale wykorzystywali przewagę polegającą na zaskoczeniu. Z czasem, już w okresie feudalizmu organizowano duże floty, które ruszały na podbój odległych krajów. Warunkiem niezbędnym skutecznej działalności wikingów była dobrze opanowana umiejętność żeglugi i posiadanie sprawnych okrętów. Wyróżnia się trzy podstawowe typy:

Drakkar (drakkar), pancernik owych czasów. Do tej klasy zaliczano okręty posiadające minimum 30 par wioseł co pozwoliło oszacować maksymalną długość na 45 metrów. Sagi islandzkie wspominają o dużo większych drakkarach, ale to tylko sagi, bajki spisane ku chwale przodków, prawie 300 lat po wydarzeniach. Drakkary były okrętami, zdolnymi do żeglugi oceanicznej, jak i rzecznej. Wyposażone były w jeden duży (ponad 250 m²) rejowy żagiel. Koszt budowy i utrzymania drakkaru przekraczał możliwości finansowe przeciętnego właściciela (boender), większego gospodarstwa rolnego, który w razie potrzeby musiał zainwestować w statek i obsadzić go załogą. Drakkary, zbudowane z dębu i często bogato zdobione snycerką zazwyczaj należały do jarlów lub królów skandynawskich państewek. Często służyły w celach reprezentacyjnych lub były czymś w rodzaju jednostek flagowych.

Wygięte dziobnice drakkarów zdobiły głowy smoków. Zakładano je w czasie najazdu na inne ziemie. Miały odstraszać bóstwa opiekuńcze mieszkańców atakowanych terenów. W czasie powrotu do domu zdejmowano je, by nie zirytować i obrazić własnych bóstw opiekuńczych.

Sneka (snekkar). najbardziej popularny typ długich łodzi wikingów. Przy długości do 30 metrów i szerokości nieco ponad 5 metrów, posiadała 15-20 par wioseł. Główny napęd stanowił prostokątny żagiel rejowy o powierzchni ok. 130 m2.. W odróżnieniu od królewskich drakkarów na dziobie sneki mocowano skromniejszą rzeźbę przedstawiającą głowę węża. To głównie na snekach Skandynawowie podbili północ Europy, okazjonalnie zapuszczając się na Morze Śródziemne, do Konstantynopola a nawet do wschodnich wybrzeży Ameryki Północnej.

W muzeum wikingów w Oslo eksponowana jest niewielka sneka, straszydłem na dziobie jest głowa węża, zdobiona finezyjnymi płaskorzeźbami. Wykopano ją w kurhanie w miejscowości Tonsberg (farma Oseberg). W czasie konserwacji drewna na dolnych powierzchniach ruchomych desek pokładu odkryto reliefy w drewnie przedstawiające statki. Nikt nie wie w jakim celu je wykonano, prawdopodobnie był to rodzaj średniowiecznego graffiti wydrapanego w wolnej chwili przez kogoś z załogi. Statek nie posiada elementów świadczących o militarnym przeznaczeniu, służył raczej jako coś w rodzaju reprezentacyjnego jachtu. Po wyeksploatowaniu posłużył do tzw. pochówku łodziowego dwóch kobiet. Starsza osiemdziesięcioletnia pochodziła ze Skandynawii, zaś młodsza w chwili śmierci licząca około pięćdziesięciu lat z Bliskiego Wschodu. Uważa się, że starsza mogła być babką Haralda I Pięknowłosego, jednego z królów Norwegii.

Knara (knaar), najmniejszy statek, był „wołem roboczym” w żegludze tego czasu. Przewoził głównie towary. Przy długości do 18 metrów, szerokości około 4,5 metra miał stosunkowo wysokie burty. Był w stanie przewieźć towary o masie nawet do 25 ton. Główny napęd stanowił prostokątny żagiel rejowy. Kilka wioseł na dziobie i rufie służyło jedynie do manewrowania na rzekach i w przystaniach. Nieliczna załoga liczyła tylko 6-8 osób. To głównie dzięki knarrom utrzymywano szlaki handlowe i prowadzono kolonizację nowych terenów. Do budowy używano tańszego i łatwiejszego w obróbce drewna sosnowego. Kadłub poszywano na zakładkę dranicami. Drewniane elementy łączono nitami żelaznymi. W Roskildefjordzie na Zelandii zachował się jedyny znany egzemplarz tego statku. Obecnie zrekonstruowany zdobi Muzeum Łodzi Wikingów w Roskilde, byłej stolicy średniowiecznej Danii. W miejscu zatopienia w Roskildefjord odkryto jeszcze kilka innych, większych jednostek z tego czasu, co może sugerować próbę zablokowania farwateru do stolicy.

Hanza. Po skończeniu się ery wikingów, na morzu pojawiły się większe statki głównie kogi wyposażone w ster zawiasowy i jeden maszt, czasem z dwoma żaglami rejowymi. Długością ustępowały langskipom lecz baryłkowaty kształt, znacznie wyższe burty i stosunkowo duża szerokość pozwalały przewieźć nawet do 300 ton ładunku. Kogi z Hamburga żeglowały na zachód do Wysp Brytyjskich po wyroby manufaktur i kornwalijską cynę oraz na północ do zachodnich wybrzeży Norwegii po ryby, głównie solone śledzie i sztokfisze czyli suszone dorsze. Kogi z Lubeki opanowały żeglugę na całym Bałtyku. Statki hanzeatyckie rzadko żeglowały przez Skagerrak i pozostałe Cieśniny Duńskie, unikając w ten sposób drastycznych opłat celnych egzekwowanych przez Danię. W tym czasie do Danii, oprócz Półwyspu Jutlandzkiego i macierzystych wysp należała cała Skania i południowa część Norwegii. Przez taki kordon nie można było przepłynąć bez opłaty. By nie płacić duńskiego cła hanzeaci połączyli kanałem śródlądowym główne miasta Lubekę oraz Hamburg i żeglowali z Morza Północnego na Bałtyk skutecznie omijając duńskie komory celne. Przez duńskie cieśniny wyprawiała się na Bałtyk konkurencja kupców hanzeatyckich, głównie Holendrzy i Brytyjczycy. Oni płacili niższe cła niż hanzeaci. Zachowały się nieliczne ślady, niepozwalające na prawidłową rekonstrukcję statku tego typu. Wygląd statku znamy głównie dzięki wizerunkom na pieczęciach bądź miniaturom zdobiącym inicjały rękopiśmiennych woluminów. Kilka mniej lub bardziej udanych replik tego statku pływa po europejskich morzach.

Pod koniec średniowiecza pojawiły się większe statki, holki i karaki. Te ostatnie miały nawet trzy maszty i wysokie kasztele na dziobie i rufie. Jednym ze słynniejszych okrętów tego typu była duża karaka „Peter von Danzig” należąca przez kilka lat do mieszczan gdańskich. Karaki były uzbrajane artylerią burtową ale jeszcze w konfliktach wojennych posługiwały się cisowymi łukami. Słynna brytyjska, flagowa karaka „Mary Ross” skutkiem błędów w stateczności, w czasie zwrotu, przewróciła się i zatonęła. Francuzi twierdzą, iż ją zatopili w jednej z licznych bitew. Anglicy wolą przyznać się do błędu przy budowie okrętu, niż przyznać rację tradycyjnemu przeciwnikowi. Została wydobyta kilka lat temu, zakonserwowana i wyeksponowana w muzeum..

Pod koniec średniowiecza, państwa iberyjskie Hiszpania i Portugalia zawładnęły wszystkimi oceanami, spychając Bałtyk do roli zaścianka i walnie przyczyniając się do upadku Hanzy, która upadła ostatecznie w 1668 roku dając pole kupcom holenderskim i brytyjskim. Przez następne sto lat Bałtyk zachodni i środkowy oraz cieśniny duńskie, w tym Skagerrak stały się akwenami militarnej rywalizacji szwedzko-duńskiej. Po stronie duńskiej stawała raczkująca flota rosyjska budowana przez cara Piotra I.

Wojny napoleońskie. W czasie wojen napoleońskich Dania kontrolująca cieśniny duńskie, pozostawała w sojuszu z Francją, jednak po upadku Napoleona Królestwo Duńskie zbankrutowało i swoje domeny w południowej Norwegii musiało częściowo przekazać Szwecji. Norwegia odzyskała niezależność. Skagerrak przestał być duńskim morzem wewnętrznym i skończyły się wpływy z ceł. W cieśninach duńskich pojawiły się oceaniczne żaglowce zmierzające do Göteborga lub na Bałtyk. Po upadku Napoleona żegluga nie mogła być kontrolowana przez nadbrzeżne państwa. Mimo wprowadzenia tego przepisu, odnotowano kilkanaście potyczek morskich. Dopiero jednak w początkach XX wieku doszło do największej bitwy morskiej na Skagerraku.

Bitwa Jutlandzka. Przybliżając kolejne akweny, wśród ciekawostek historycznych, związanych z żeglugą, opisuję króciutko ważniejsze bitwy morskie, które zadziały się w opisywanym rejonie a historia zachowała przebieg starć morskich. Przy zachodniej granicy Skagerraku odbyła się największa bitwa morska I wojny światowej. Ostatnie dziesięciolecia przed wybuchem pierwszej wojny światowej obowiązywała doktryna głosząca, iż przyszłe konflikty rozstrzygnie walna bitwa flot. Dominujące państwa głównie mocarstwa kolonialne, z Wielką Brytanią, posiadającą 50% procent światowego tonażu na czele, rozpoczęły wyścig zbrojeń budując eskadry pancerników, ciężkich krążowników i okrętów osłony.

W połowie wojny na wodach Skagerraku doszło do bitwy znanej jako Bitwa Jutlandzka. Niemcy urządzili zasadzkę. Jako przynętę wysłali eskadrę krążowników pod dowództwem admirała Hippera. Po dwóch godzinach za krążownikami wyszła eskadra pancerników obejmująca wszystkie drednoty floty cesarskiej.

Już 29 maja głównodowodzący flotą brytyjską admirał Jellicoe został powiadomiony przez wywiad o koncentracji floty niemieckiej na redzie Wilhelmshafen. Natychmiast rozkazał wyjść eskadrom w morze, Poszczególne związki taktyczne stacjonowały ówcześnie w Scapa Flow na Orkadach, w Cromarty w północnej Szkocji i w Firth of Forth. Zespoły brytyjskie obrały kurs wschodni, prowadzący w kierunku Skagerraku. Pierwsze na pole bitwy przybyły krążowniki. Niemieckie okręty płynęły wzdłuż zachodnich brzegów Jutlandii w kierunku norweskiego portu Stavanger. Obie floty znalazły się w zasięgu dalekiego strzału, po południu 31 maja. Brytyjska Royal Navy wystawiła 155 okrętów i dwukrotnie przeważała w artylerii (porównując ciężar salwy), Kaiserliche Marine dysponowała w bitwie 99 okrętami.

Bitwę zainaugurowały krążowniki, okazało się, że Niemcy strzelają celniej zaś okręty brytyjskie są gorzej chronione przed pociskami. Jak później tłumaczono skutkiem błędnego systemu opancerzenia. Kilka brytyjskich okrętów szybko zatonęło z prawie całymi załogami. Kolejna faza bitwy związana z przybyciem pancerników, dzięki zapadającemu zmrokowi i mgle zmieniła się w wielki galimatias. Sprzyjał temu kiepski system łączności. Flota niemiecka wycofała się do portów, Brytyjczycy usiłowali zapobiec ucieczce ale pogubili się w ogólnym bałaganie.

 W trakcie bitwy Niemcy zatopili 14 okrętów brytyjskich razem z 6904 marynarzami. Brytyjczycy zrewanżowali się zatopieniem 11 okrętów i 2551 ludzi.. Jak widać straty brytyjskie były znacznie większe. Liczby rannych obydwu stron były zbliżone. Po bitwie wiele uszkodzonych okrętów obydwu stron wycofano z linii i skierowano na naprawę do stoczni. Niemcy ogłosili wielkie zwycięstwo, Brytyjczycy też, ale bez szczególnego entuzjazmu. W wyniku bitwy, pomimo znacznych strat, marynarka brytyjska zachowała gotowość bojową i zdolność do natychmiastowego wyjścia w morze, czego nie można powiedzieć o flocie cesarskiej.

Po pierwszych wieściach na światowych giełdach akcje przedsiębiorstw brytyjskich straciły na wartości. Prawie za bezcen zostały wykupione przez brytyjski rząd. Dopiero wtedy Brytyjczycy ogłosili, że stracili stosunkowo niewielki procent posiadanej floty. W przypadku zdecydowanie mniejszej floty niemieckiej te jedenaście utraconych jednostek bojowych i kilkanaście poważnie uszkodzonych stanowiło znaczącą stratę. Cena brytyjskich akcji wróciła do normalnego poziomu. Dzięki takiej machinacji Wielka Brytania zarobiła prawie 5 mld funtów w złocie, czyli gigantyczną kwotę równą nakładom na budowę całej floty. I wszyscy Brytyjczycy się cieszyli, oprócz krewnych marynarzy spoczywających ze swoimi okrętami na dnie Skagerraku. Obydwie eskadry zatopionych okrętów korodują zgodnie na dnie morskim, przeszkadzając rybakom, ale dając osłonę wielu gatunkom morskich stworzeń.

Bitwa Jutlandzka spowodowała zmianę doktryny wojennej. Kaiser bardzo przywiązany do swoich opancerzonych, dymiących zabawek nie pozwalał im na opuszczenie portów. Żeglugę Ententy od tej chwili miały zwalczać okręty podwodne i trzeba przyznać, że robiły to bardzo skutecznie, a kosztowały zdecydowanie mniej i wymagały mniejszej ilości wykwalifikowanych marynarzy. Ich główną bronią były kosztowne wprawdzie, ale bardzo skuteczne torpedy. Pod koniec I wojny światowej jeden niemiecki, mały U-boot (45 osób załogi) zatopił jednego dnia trzy brytyjskie krążowniki (razem około 5000 osób w załogach). Wg raportu kapitana była szansa na jeszcze większy sukces, bo „Angoli nie brakowało” i było w czym wybierać, ale zabrakło torped. Brytyjczycy przed i na początku wojny zaniedbali rozwój floty podwodnej i metod obrony przed okrętami działającymi pod powierzchnią morza. Ścigacze okrętów podwodnych, sonar, asdic i bomby głębinowe, powszechnie weszły do użycia dopiero w II wojnie światowej. Winston Churchill, ówczesny Pierwszy Lord Admiralicji miał powiedzieć, że broń podwodna jest bronią niegodną gentelmana i nie wyobraża sobie jej użycia przez jakikolwiek kraj cywilizowany. Historia dowiodła, że mylił się bardzo lub miał nieaktualną listę krajów cywilizowanych. Być może maskował w ten sposób niekompetencje admiralicji, która przywiązana do tradycji nie pozwalała na rozwój sztuki wojennej czyli przemysłowego mordowania bliźnich spod wody.

Ujawniła się też poważna słabość pancerników, Mianowicie, sam pancerz a właściwie jego brak w potrzebnych miejscach. Ogromne okręty woziły na pokładach i burtach tysiące ton grubych, pancernych blach chroniących przed pociskami ciężkiej artylerii. Poniżej linii wodnej grubość opancerzenia szybko malała i na głębokości 5-6 metrów nie stanowiła przeszkody dla torped.

W kilkanaście miesięcy po Bitwie Jutlandzkiej jeszcze jeden incydent wojny morskiej na znacznie mniejszą skalę odbył się na wodach graniczących ze Skagerrakiem w pobliżu miejsca Bitwy Jutlandzkiej. Widocznie wojujące strony upodobały sobie akwen. Skutkiem starcia zatonęło kilka okrętów. W ten sposób dno morskie wzbogaciło się o kolejne kilkadziesiąt tysięcy ton przedniej stali. Rdzewiejące wraki chronią narybek przed drapieżnikami i nazywane są żłobkami dorszy.

II wojna. światowa. W czasie II wojny światowej brzegi Danii i Norwegii bardzo szybko opanowali Niemcy i kontrolowali żeglugę na wodach Skagerraku. Szwecja zachowała neutralność i handlowała z obydwiema wojującymi stronami. Obronę przez wrogimi jednostkami nawodnymi miały prowadzić baterie ciężkich dział ulokowane w okolicach Kristiansand w Norwegii i duńskiego portu Hirstholm. Ich duży zasięg pozwalał zablokować cieśninę. To raczej „strachy na Lachy”, bo ogromny zasięg (ponad 50 km) nie gwarantował celności. Nie zachowały się żadne materiały dotyczące bojowego wykorzystania baterii.

Wcześniej, w czasie niemieckiej inwazji na Norwegię (1940 rok, operacja „Weserübung”) bogatą kolekcję złomu na dnie Skagerraku wzbogaciły wraki krążownika „Karlsruhe” zatopionego przez brytyjskie lotnictwo i kilku mniejszych jednostek, w tym wyładowanego żołnierzami frachtowca „Rio de Janeiro” storpedowanego przez polski okręt podwodny ORP „Orzeł”. „Orzeł” zatopił frachtowiec dopiero po ewakuowaniu wojska i załogi przez przybyłe z pomocą norweskie jednostki. Dzięki tej akcji humanitarnej Norwegowie sami przywieźli przyszłych okupantów do własnego kraju. Pewnie w rewanżu w Oslofjordzie Norwegowie salwą torped z ukrytych wyrzutni ladowych zatopili ciężki krążownik „Blucher”atakujący Oslo.

 

POŁUDNIOWA NORWEGIA

Poniższa fotografia doskonale obrazuje Norwegię a zwłaszcza żeglugę  na akwenach  jej południowego wybrzeża. Życie toczy się tu na styku starych granitowych gór i morza. Miejscami to sąsiedztwo jest bardzo bliskie, wręcz niebezpieczne. Trzeba tu żeglować wiele lat, dobrze poznać warunki, by pozwolić sobie na takie ryzyko. Doświadczeni Norwegowie dobrze wiedzą gdzie i kiedy mogą płynąć tylko kilka metrów od pionowej linii brzegowej. My mieszkańcy piaszczystych brzegów nawet tego nie próbujmy. Lity granit jest twardszy niż piasek.

Ryzykowna żegluga. Foto: Kazimierz Olszanowski

Granica. Norwegia nie jest członkiem Unii Europejskiej, między jej terytorium a krajami UE istnieje granica celna, co wiąże się z ograniczeniami w przewozie różnych dóbr materialnych. Miłośnicy dozwolonych prawnie używek (alkohole, wyroby tytoniowe), bardzo drogich w Norwegii, winni przed wyjazdem zapoznać się z przepisami celnymi na stronie WWW lub specjalnie wydawanych ulotkach. Na przejściach lądowych stosunkowo rzadko celnicy kontrolują samochody osobowe, jedynie zarobkowe mikrobusy lub ciężarówki podróżujące do Norwegii często kierowane są „na kanał” lub prześwietlane promieniami Roentgena. Jachty żaglowe traktowane są z pobłażaniem. Są jeszcze działania niewidoczne. W czasie rejsu promem, gdy osoby jadące samochodami przemieszczą się do pomieszczeń dla pasażerów, na pokładach samochodowych operują ekipy z pieskami wyszkolonymi w poszukiwaniu narkotyków. Posiadanie większej ilości narkotyków jest w Norwegii karane obligatoryjnym pozbawieniem wolności.

Krajobrazy. Jeszcze przed pierwszym wyjazdem do Norge starannie przestudiowałem mapę południowej części kraju. Gdzie indziej widać było wybrzeże zębate i poszarpane, a tu gładka glaca zwrócona ku południowi. Rzeczywistość jednak zaskoczyła mnie, brzeg jest bardzo „szorski”. Jeśli połączymy linią najdalej wysunięte w morze końce półwyspów stałego lądu uzyskamy umowną granicę między górzystym lądem a morzem, zresztą dość falistą. Na zewnątrz tej granicy mamy pas o szerokości ze 20 km składający się z cieśnin, przesmyków pomiędzy wysepkami i szkierami różnej wielkości. Wszystko to budują grzbiety górskie pogrążające się w morzu. Do wszystkich fiordów wyznaczających niegdyś doliny górskie uchodzi przynajmniej jedna rzeka lub strumień. Powyżej poziomu morza na koryta rzeczne „nanizane są jak koraliki” długie, wąskie jeziora obramowane stromymi zboczami. W południowej części kraju wszystko czego nie wyrąbał człowiek pokrywają lasy. Powyżej strefy lasów wznoszą się strome, granitowe turnie. Na północy za kręgiem polarnym lub wysoko w górach lasów brak, lub są bardzo mizerne, za to góry, skały i fiordy wręcz majestatyczne.

Północna Norwegia. Foto: Kazimierz Olszanowski

Tu na południu elementy naturalnego krajobrazu już nie są takie wielkie, są zdecydowanie mniejsze ale bardziej przytulne. Wybrzeże też przypomina ostrze piły, z mniejszymi ząbkami. Po drugiej stronie umownej granicy, między ziemią a morzem, w ląd wżynają się wiązki fiordów, często upstrzonych szkierami. Taki sobie „miszmasz” stworzony ręką boską z granitu w różnych kolorach i wody. Brak jasno sprecyzowanej granicy i trudno określić czy mamy do czynienia z wyspą czy ze szkierem. Na własne potrzeby ustaliłem; jak na mapie morskiej widnieje jakaś nazwa to mamy do czynienia z wyspą. Bezimiennych szkierów jest wielokrotnie więcej niż wysp. Głębokości odwzorowują krajobrazy leżące nad powierzchnią wody. Są miejsca gdzie dno zapada się nagle o kilkadziesiąt metrów, by wkrótce wyskoczyć zębatą krawędzią prawie na powierzchnię morza. We fiordach na zachodzie i północy te wyskoki sięgają nawet półtora kilometra. Podwodne skalne ściany, zwłaszcza te zwrócone ku południowemu słońcu, stanowią doskonałe siedlisko dla zwierząt bezkręgowych stanowiących pokaram różnorodnych ryb.

Droga wewnętrzna. Na długich odcinkach między wyspami i szkierami skalistego wybrzeża Norwegii prowadzi tzw. droga wewnętrzna. Ruchy tektoniczne spowodowały spękania Tarczy Fenoskańskiej równoległe do wybrzeża a prostopadłe do kierunku fiordów. Po wycofaniu się lądolodu wypełniła je woda morska tworząc wąskie cieśniny. W większości są głębokie i mało „zaśmiecone” szkierami. Taki układ pozwala na spokojną żeglugę wzdłuż brzegów Półwyspu Skandynawskiego beż wychodzenia na otwarte morze. Żeglując drogą wewnętrzną omija się strefy silnego zafalowania lub rozkołysu. Miejscowe jachty często wykorzystują rutę prowadzącą przez te wody. Jeden z moich kolegów przepłynął tą trasą solo od Larvik do Bergen. Tylko kilka razy, na krótko, wolał lub musiał przejść na otwarte morze na zewnątrz bariery wysepek i szkierów.

Tam gdzie natura nie postarała się należycie muszą interweniować ludzie. W bieżącym 2021 roku rozpoczęto nawet budowę Stad Ship Tunel dla statków, które zamierzają omijać burzliwe wody wokół sterczącego daleko w morze półwyspu Stad. (na północ od Bergen). Planowana budowa ma się zakończyć w 2025/2026 roku. Tunel będzie miał 1.7 km długości, 37 m wysokości i 26.5 m szerokości. Zgodnie z założeniami projektowymi, z tunelu będą mogły korzystać statki o szerokości do 21.5 metra, co pozostawi z każdej burty po 2.5 m wolnej przestrzeni. Parametry tunelu pozwalają na wykorzystanie obiektu przez jachty żaglowe. Pewnie za korzystanie z tunelu będzie obowiązywać niewielka opłata ale tylko do momentu kiedy wpływy z „kopytkowego” zrównoważą koszt budowy.

Skały. Podłoże, fundament tej części Półwyspu Skandynawskiego budują stare, krystaliczne skały tzw. Tarczy Fennoskańskiej będącej jedną z części Grzbietu Kaledońskiego ciągnącego się w poprzek północnego Atlantyku. W południowej Norwegii te skały wychodzą nad powierzchnię ziemi i morza. Są to głównie granity, rzadziej gnejsy, ale można też zauważyć znacznie późniejsze bazalty wypełniające szczeliny w spękanej, pierwotnej, granitowej skale wygładzonej przez lodowiec i przybój. Najbogatszy katalog skał można napotkać na lokalnych starych cmentarzach. Kamienne nagrobki wykazują wielką różnorodność pod względem doboru użytego materiału, trafiają się unikalne rodzaje skał.

Bazalt w granitowej skale. Foto: Kazimierz Olszanowski

Liczące sobie setki milionów a nawet do 1,5 mld lat skały narażone były i w dalszym ciągu są na różne rodzaje erozji. Dzięki ich twardości i odporności erozja postępuje niezwykle powoli. Można jednak bez trudu odszukać jej dowody, czasami przypominające dzieła plastyczne stworzone ręką ludzką.

„Grafika” erozyjna na skałach. Foto: Kazimierz Olszanowski

Gładkie skały na brzegach spokojniejszych fiordów czasami pokryte są rzędami wyrytych znaczków przypominających skandynawskie runy. Tego jednak nie stworzył człowiek a erozja chemiczna wody wsparta okresowo lodem.

„Runy” na skałach. Foto: Kazimierz Olszanowski

Mieszkańcy. Większość, zwłaszcza młodszych Norwegów zna język angielski i nie ma problemów z porozumieniem się. W kraju gdzie obowiązują trzy urzędowe języki i kilkaset dialektów regionalnych jest to umiejętność niezbędna. Wszystkie języki i dialekty są równouprawnione. Oprócz hołubienia komplikacji językowych tutejsi ludzie potrafią też skomplikować sobie życie. W Norwegii lansowane jest przekonanie, że nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Tu podobno nawet są przedszkola „freeluft”, to znaczy, że dzieci przez cały dzień przebywają na dworze, oczywiście odpowiednio ubrane. Patrząc przez okno nie mogę oprzeć się przekonaniu, że jest to rodzaj ludobójstwa. Ale starsi Norwegowie z reguły cieszą się dobrym zdrowiem i niezłą sprawnością fizyczną. Może w czasach ich dzieciństwa metody wychowawcze były inne, a może to po prostu działa. Średnia długość życia należy do najwyższych w Europie; kobiety 84 lata, mężczyźni 78 lat.

Na ulicach norweskich miast rzadko spotyka się osoby z nadwagą co pewnie wynika z aktywności fizycznej zwłaszcza starszego i średniego pokolenia. Może też nie tyją dzięki kiepskiej kuchni niezbyt zachęcającej do obżerania się. Przeważa typ nordycki czyli smukłe, wysokie blondynki. Spotyka się jednak osoby obciążone skutkami niegdysiejszych związków krewniaczych (tzw. chów wsobny). Przyczyną mogła być izolacja niewielkich grupek ludzkich w odległych dolinach, przy braku samochodów trudno było umawiać się na randki z niespokrewnioną dziewczyną mieszkającą w sąsiedniej dolinie odległej o sto lub więcej kilometrów.

Jak w większości krajów skandynawskich tak i w Norwegii mieszkańcy są bardzo życzliwi w stosunku do obcych, zachowują jednak pewien dystans. Stosują zasadę mój dom moją twierdzą. Niedopuszczalne jest odwiedzenie bez zaproszenia kogoś bliskiego, tu nawet wizytę u niedaleko zamieszkałej matki jej własna córka musi zapowiedzieć telefonicznie i zostać zaproszona. Norwegowie są też bardzo uczciwi, choć na dalekiej północy spotkałem się z kilkoma próbami wyłudzenia nienależnej zapłaty, mogli jednak to być emigranci lub gastarbeiterzy z Rosji lub krajów bałtyckich. W odludnych, norweskich osadach ludzie często nie wiedzą gdzie jest klucz od domu. Tu domów, jachtów i samochodów często nie zamyka się.

Od czasów reformacji wiele pokoleń wychowało się na luterańsko-purytańskich zasadach, wg których w rodzinach dominowali mężczyźni, kobiety były im podległe. Pierwszy przełom nastąpił w czasie okupacji niemieckiej. Wiele Norweżek przełamało tradycyjne bariery społeczne i związało się z żołnierzami niemieckimi, co zaowocowało znacznym przyrostem demograficznym. W pierwszej połowie XX wieku stwierdzano też niedobór młodych mężczyzn w wieku rozrodczym, wynikający z zatrudnienia ich w światowej flocie handlowej. W czasie wojny spory kontyngent młodzieży w wieku poborowym zasilił szeregi Waffen SS (dywizja Wiking) i też opuścił kraj. Dziewczyny doszły do wniosku, że z braku rodaków trzeba skorzystać z Niemców, choć są okupantami i wrogami. Z podobnym problemem boryka się aktualnie Gruzja, ponad 80% młodych mężczyzn wyemigrowało z kraju „za chlebem”. W stolicy kraju jeden mężczyzna przypada na siedem kobiet do wzięcia, prawdziwy raj Mahometa..

Słynnych ośrodków „Lebensborn” było w całych Niemczech dziewięć na blisko 90 mln mieszkańców a w Norwegii liczącej 4 mln aż sześć. Po wyzwoleniu, dzieci z mieszanych związków trafiły do specjalnych ochronek często zatrudniających nieodpowiedni pod względem moralnym i psychicznym personel. Dorośli już wychowankowie wystąpili przeciwko rządowi z zarzutami przyzwolenia na szykanowanie, prześladowanie i wykorzystywanie nieletnich przez „wychowawców”. Wszystkie procesy wygrali. Obecnie proces emancypacji kobiet posunął się znacznie dalej. Dorastające panienki kombinują jak mogą, by się usamodzielnić i wyprowadzić spod kurateli rodziców.

Pod względem religijnym traktujemy społeczeństwo norweskie jako monolit luterański. W rzeczywistości jest inaczej, choć luteranie przeważają. W niewielkim miasteczku liczącym około 5 tys mieszkańców funkcjonuje osiem różnych, niezależnych wyznań, nie licząc emigrantów kultywujących swoje religie. Wszystkie miejsca kultów nie przypominają polskich pałaców – kościołów, z reguły wyglądają jak zwykłe domki – szopki wyróżnione jakimś symbolem religijnym.

Wg przybyszów z Polski, norweska klasa średnia jest bardzo pragmatyczna, niewielu Norwegów zajmuje się działaniami nieprzynoszącymi dochodu, np. jakimś hobby, głównie pracuje nad pomnażaniem majątku lub konserwowaniu zdrowia. Jest kilka uznanych stopni zamożności:

  • własny dom,
  • własny dom i hytta nad morzem,
  • własny dom, hytta nad morzem i hytta w górach,
  • własny dom, hytta nad morzem, hytta w górach, apartament w Hiszpanii,
  • to co wymieniłem jako poziom ostatni plus sześciocyfrowe konto w banku.

Po osiągnięciu powyższego możemy oddać się podróżom i rozrywkom, takim bardziej geriatrycznym. To tylko schemat nadrzędny, popularne są działania rozwijające kulturę fizyczną, myślistwo, wędkarstwo, turystykę rowerową. Dominuje uprawianie sportów wodnych i wszechobecne bieganie dla „zdrowotności”. W żadnym, innym kraju nie spotkałem tak wielu sklepów ze sprzętem turystycznym, żeglarskim, łowieckim, wędkarskim i odzieżą sportową, oczywiście w stosunku do liczby mieszkańców. Sklepy są wypełnione bardzo dobrym towarem.

Służba zdrowia. Kolega potrzebował aspiryny cardio, różni się ona od zwykłej głównie zmniejszoną dawką substancji czynnej. Pani farmaceutka zażądała recepty i otrzymała takową podpisaną przez lekarza z tytułami prof. dr hab. med. Niestety po telefonicznej konsultacji z odnośnymi władzami aż w Oslo stwierdziła, że leki cardio może ordynować tylko norweski lekarz. Nawet tłumaczenie, że to tylko aspiryna a sam zainteresowany kształci norweskich lekarzy na uczelni w Polsce nie pomogło. Pozostało jedynie kupić w pobliskim kiosku zwykłą aspirynę i pokroić każdą pastylkę na kilka części. Co kraj to obyczaj, tu w kraju gdzie powszechnym panaceum na wszystkie dolegliwości jest paracetamol i woda mineralna „Viking”, inne leki znajdują się w strefie zakazanej wiedzy tajemnej.

Dlatego osoby wybierające się do Norwegii winny zaopatrzyć się w niezbędny zapas potrzebnych leków. By uniknąć nadgorliwości jakiegoś celnika leki muszą być w oryginalnych opakowaniach.

Języki. W Norwegii obowiązują trzy języki urzędowe (język „Sami” tylko w północnych prowincjach) i ponoć 300 dialektów regionalnych, różnice są czasami stosunkowo duże. Oto przykład, zdanie „śnieg nie pada” piszemy:

  • Ikke (czyt. ikke) sno.  W dialekcie Kristiansand
  • Ikke (czyt. ichsie) snieurri. W dialekcie Setesdal
  • Kristiansand i Setesdal dzieli odległość tylko 50 km, to już wystarczy by zdanie: „żona bawi się z dziećmi” pisać tak;
  • „Kuna leker med barna.” w Kristiansand
  • „Kjaringen ljekkar me bonnane. w Seetesdal

Ponoć w jednej z dolin górskich słowa wymawia się na wdechu co dla nas wydaje się niemożliwe.

Pomniki. Moim zdaniem pomniki wyrażają w jakiś sposób ducha narodu, bądź politykę klas dominujących a często lizusostwo popleczników autorytarnego władcy. Pomniki w Norwegii są inne niż Polsce. Brak tu martyrologii, bohaterstwa i rozmodlenia, nie wspominając nawet o czerwonych gwiazdach, sierpach i młotach, które na szczęście u nas odeszły już do lamusa. Tu pomniki są bardzo na luzie, oddziaływają na zmysły tak jak grupka cycatych syrenek z brązu figlujących na falochronie w Drøbak. Gwoli informacji należy dodać, że one mają wyświecone od głaskania najładniejsze części ciała. Nawet bardzo zasłużony król Fryderyk II, pokryty zielonym grynszpanem sterczy na wysokiej kolumnie na środku rynku twierdzy w Fredrikstad, sokolim wzrokiem patrząc w dal. Kilka lat temu ktoś wlazł na kolumnę, w pokryte zielonkawą patyną dłonie króla włożył różową gitarę elektryczną. I tak pozostało, patriotycznie, lecz z uśmiechem. W różnych zakamarkach napotyka się w większości bardzo proste, naiwne a czasami wyrafinowane rzeźby. Do tego sielskiego obrazu jakoś nie pasują mi zwały granitowego lub brązowego mięsiwa, kłębiące się na cokołach w Oslo. Mięsiwo z brązu jest szczuplejsze, bo materiał droższy. Tłuste czy chude mięcho jest sztuczne i nadęte, dobrze, że zgromadzono toto na kilku hektarach parku Vigelanda. Taki rezerwat rzeźby. To jest dobry pomysł, warty naśladownictwa, może i u nas trzeba znaleźć jakiś rachityczny park i ustawić tam kolekcję z lamusa ozdobioną kilkoma pozłacanymi Leninami lub popiersiami Josipa Wissarionowicza. Ostatnie lata przyniosły u nas mutację nowych pomników, które z pewnością zasługują na włączenie do proponowanej wyżej kolekcji., Dla wnuków, historii i jaj.

Budowa domu. Co kraj to obyczaj, Norwegia jeszcze hołduje starym obyczajom, zwłaszcza w budownictwie. Od pokoleń większość Norwegów mieszka w indywidualnych domach jednorodzinnych budowanych z drewna i solidnie ocieplonych. Chętnych do budowy jest sporo, są nawet duże firmy, które produkują domy na zamówienie. Wszystkie elementy owinięte w folię polietylenową jadą na plac budowy gdzie w kilka dni są montowane. Poważną przeszkodą jest brak poziomych terenów pod zabudowę, wtedy tubylcy radzą sobie inaczej. Budowę domu poprzedza budowa działki budowlanej. Wysadza się część skały na zboczu. Skała pęka na prostopadłościenne bloki, takie mniej, więcej po 1 – 2 tony.

Budowa działki budowlanej . Foto: Kazimierz Olszanowski

Z nich koparką buduje się bez zaprawy mur na dolnej granicy działki, czasami 5-7 m wysoki. Powstałą kieszeń wypełnia nieregularnymi głazami, potem drobniejszymi kamieniami i w końcu drobnym żwirem. Tak powstaje pozioma działka i jednocześnie fundament budynku. Bogatsi przywożą jeszcze trochę żyznej gleby. Na takiej platformie, często zawieszonej bardzo wysoko buduje się standardowy pod względem wielkości, drewniany dom. Oprócz domu mieszkalnego jeszcze garaż i mały budynek gospodarczy. Tu każdy stara się manifestować swoją indywidualność i pomysłowość. Do niedawna, każdy region miał swój indywidualny kolor farby na elewacjach, teraz to już powoli zanika, jednak w kilku okolicach przeważa jeszcze kolor biały. Biała farba była najdroższa i świadczyła o statusie majątkowym właściciela.

Zaprzyjaźniona, polska rodzina kupiła niedawno dom w jednym z norweskich miasteczek. Zajmuje niewielką równinkę tuż pod stromą skałą. Część zbocza też należy do posesji. Granicę działki stanowi głęboki wąwóz, którym kilkoma wodospadami „z pieca na łeb” spada spory potok. Mnie taka lokalizacja i posiadanie własnego wodospadu bardzo oszołomiło, dla przeciętnego Norwega nie jest niczym niezwykłym. Tu jest sporo podobnych przypadków.

Oprócz pojedynczych siedlisk wiele osób, szczególnie w ostatnich latach preferuje mieszkanie w apartamentowcach, nawet zlokalizowanych poza miastami w odludnych miejscach, które dzięki temu przestały być odludne.

Kuchnia narodowa. Norwegia jest dziwnym krajem bez kuchni narodowej. Tubylcy póki, co żywią się głównie parówkami, mrożoną pizzą, gotowaną mdłą rybą czy lepkimi, glejowatymi boulami, które zostały uznane za lokalny rarytas. Moje dotychczasowe spotkania z boulami, tuż po pierwszym kontakcie. ograniczyłem do przyglądania się z się z niesmakiem wielkim, niedopieczonym pączkom nadzianym kawałkami orzechów, rodzynków, migdałów itp. Wszystko jest nieprzyzwoicie słodkie. W dni wolne od pracy wiele osób preferuje kuchnię meksykańską. Słynne tacos w przeróżnych odmianach serwuje się głównie w piątki i soboty. Skład potrawy zależy od sezonowej dostępności produktów i fantazji kucharza.

Ubóstwo kulinarne wynika prawdopodobnie z historii kraju. Do niedawna Norwegia była krajem bardzo mało zasobnym w żywność. Na skalistym półwyspie o surowym klimacie przy braku ziemi nadającej się do uprawy (tylko 4% powierzchni kraju) podstawowymi źródłami pożywienia były pożytki pozyskiwane z morza, jezior, rzek, lasów oraz ubogie rolnictwo ograniczone głównie do hodowli zwierząt. Przez wieki ludzie jedli wszystko co tylko nadawało się do zjedzenia. Stosowano szczególne sposoby konserwacji żywności na długą subpolarną zimę. Zwykła sól kamienna była trudno dostępnym, drogim rarytasem. Z mlekiem nie było większych kłopotów, okresowy nadmiar przetwarzano na trwałe sery. Co ciekawe wiele rodzin bytujących niegdyś w interiorze, dorobiło się różnych zestawów drobnoustrojów powodujących ścinanie laktozy i produkowało różne gatunki doskonałych serów twardych, często różniących się smakiem i wyglądem nawet w sąsiednich gospodarstwach. W wielu rodzinach, nawet mieszkających już w miastach zachowano i przechowuje się próbki starego zaczynu. Ponoć używa się go do domowej produkcji tradycyjnych serów na święta. Kilka takich wyrobów miałem okazję skosztować, były doskonałe.

W przypadku ryb zamiast soli używano wapna lub konserwowano je dzięki suszeniu na wietrze, a nawet częściowemu rozkładowi. Co ciekawe tak konserwowane wyroby jeszcze obecnie można kupić w sklepach. Łosoś konserwowany wapnem po prostu nie jest zbyt smaczny choć da się zjeść. Osobom wrażliwym na paskudny odór odradzam kosztowania zwłaszcza kiszonych śledzi Surströmming.(szwedzka nazwa). Sam, jak tylko dowiedziałem się, że muszę otwierać puszkę w strumyku, bo wtedy mniej śmierdzi, nie odważyłem się na degustację. Puszka pewnie jeszcze teraz tkwi w jakimś zakamarku spiżarni, strumyk nie został skażony.

W popularnych sklepach sprzedaje się też różne wędliny. Wiele wieków tradycji odżywiania się suszoną rybą i szyszkami jak mawiał pan Zagłoba doprowadziło chyba Norwegów do atrofii receptorów smaku. Oni nawet zwykłą szynkę potrafią spaskudzić. Na półce w sklepie wystawiono z dziesięć gatunków szynki: ziołowaskinken, korzennaskinken, domowaskinken, wędzonaskinken…., wszystkie pięknie opakowane próżniowo. Po otwarciu wszystkie ohydnie śmierdzą. Jeśli zapach wywietrzeje, skinken smakują identycznie, czyli są bez smaku z lekką nutą spleśniałych trocin. Za to ceny przyprawiają o zawrót głowy, średnio 350 NOK za kilogram. Nie zauważyłem żadnych supermarketów wielkich sieci europejskich. Podobno tu Lidl zbankrutował, inne międzynarodowe firmy nawet nie próbują wejść na rynek. Bo i po co walczyć z wiatrakami. Przeciętny Norweg woli bardzo drogą, kiepskiej, jakości żywność, ale kupioną w norweskim sklepie, dlatego tu można natrafić na kwiatki, jakich nigdy nie widziałem w Polsce, choćby wiązki totalnie zmaltretowanych szparagów czekających długo na klienta i więdnących pewnie z rozpaczy. W całym kraju dominuje kilka norweskich sieci handlowych, Najpopularniejsze są: Kiwi, Mini, Pris, Rema 1000, Coop, Meny i Joker. W każdym z nich można znaleźć produkty tanie i drogie, jednak najczęściej, jako najtańsze, wskazywane są sklepy sieci Rema 1000, Coop oraz Kiwi. W żadnej sieci nie kupimy smacznego chleba, jedynie coś w rodzaju pieczywa tostowego, czasem barwionego farbką na kolor chleba razowego. Domieszka farby znacznie podnosi cenę pieczywa.

Nawet współcześnie, gdy wzbogacony ropą naftową kraj dysponuje odpowiednią kasą to i tak mieszkańcy preferują kuchnię prostą, wręcz prostacką i oszczędną. Przyzwyczajenia kulinarne trudno zmienić, czego doświadczyli Australijczycy z tubylcami na Nowej Gwinei. Tam w pierwszej fazie likwidacji powszechnego kanibalizmu, importowany corned beef zastąpił w menu bliskich krewnych. Potem broilery wyeliminowały z jadłospisu sąsiadów, a ryby członków odleglejszych plemion. Proces to długi, skomplikowany i mało skuteczny, bo jednak tradycyjna narodowa kuchnia wciąż jeszcze znajduje tam koneserów, jak świadczą raporty misjonarzy. W Norge pewnie będzie podobnie, choć z pewnością nie zjada się tu bliźnich.

Najbardziej szokujące są jednak ceny, z mojego doświadczenia, wynika, że poziom cen jest 3-6 razy wyższy niż w Polsce, w niektórych przypadkach nawet dużo więcej. Kilka cieniutkich plasterków wzmiankowanej wyżej szynki kosztowało ok. 75 złotych (150 NOK). Nasza złotówka w Norwegii formalnie nie istnieje. Szczególnie w miastach portowych i na promach pływających do innych krajów przyjmowane jest euro, ale po złodziejskim kursie. Pociechę stanowi jedynie cena benzyny ok. 7,5o zł/litr. Jak widać jest droższa niż Polsce ale tankując do pełna w Kristiansand można jadąc ekonomicznie dojechać do Katowic. Odwrotnie się nie da choć mamy z górki, paliwa tankowanego w Katowicach zabraknie. Wtedy lepiej uzupełnić zapas jeszcze w Niemczech, bo w Danii benzyna jest droższa.

Sporty wodne. Zastanawiałem się czy w Norwegii jest więcej łodzi czy mieszkańców. Wg tubylców liczba łodzi zbliżona jest do liczby rodzin. Są rodziny nieposiadające wodnego środka transportu, ale też liczne posiadają więcej niż jedną łódź Wszystko to musi znaleźć kawałek kei. Prawie w każdym fiordzie funkcjonuje jakaś marina czy mała przystań. W dużych fiordach nawet kilkanaście. W ostatnich latach Norwegowie przesiadają się na zdecydowanie większe łódki, takie o długości ponad 10 metrów. Małe po prostu wywożą na wysypisko. O skali zjawiska świadczą ogłoszenia w stylu  „ oddam bezpłatnie jacht motorowy lub żaglowy o długości 6-9 metrów”, a także hałda wycofanych z użycia jachtów, kajaków. silników i sprzętu żeglarskiego wysokości około 15 metrów zalegająca na wysypisku odpadów w pobliżu miasteczka Vennesla. Sam chciałem kupić tam za grosze spinaker ale niestety był zamoczony w zenzie i pobrudzony substancjami ropopochodnymi. W innych miejscowościach pewnie są podobne hałdy.

Wędkarstwo. W Norwegii można wędkować w morzu bez żadnych kart wędkarskich i opłat. Drogie stosunkowo licencje i ograniczenia co do liczby złowionych sztuk obowiązują tylko na łososiowych odcinkach rzek. Nie wolno łowić kilku gatunków ryb, mięczaków i skorupiaków objętych ochroną. Są to: koleń pospolity, rekin olbrzymi, lamna śledziowa, molwa niebieska, homar, tuńczyk pospolity, żarłacz jedwabisty, węgorz, wargaczowate, halibut czarny, halibut atlantycki, taszowate, karmazyn. Wiele łownych gatunków posiada minimalne wymiary ochronne. Z jeziorami jest pewien kłopot, część jezior należy do osób prywatnych. Właściciel może nie życzyć sobie, by ktoś wędkował na jego akwenie. Sam z reguły nie odławia dostatecznej ilości ryb w wyniku czego wody są przegęszczone a ryby skarłowaciałe. Dokładne informacje dotyczące wędkarstwa można znaleźć w serwisie www.fdir.no. Niestety sam nie przeczytałem zawartych w portalu treści i mam na sumieniu troszeczkę wykroczeń, głównie połów kilku wargaczy w tym bajecznie kolorowego wargacza tęczaka. Jego samica jest koloru szaro-złotego i tylko kształtem przypomina samca.

Wargacz tęczak, samiec. Foto: Kazimierz Olszanowski

Z rodziny wargaczowatych najpopularniejszy jest wargacz kniazik. Osiąga masę nawet do 2-3 kilogramów. Wargaczowate nie są odławiane przez wędkarzy norweskich. Połykają przynętę bardzo głęboko co kończy się z reguły odcięciem przyponu.

Któregoś dnia widziałem jak młoda Norweżka wędkująca na pływającym pomoście przystani w Sogne złowiła jakiegoś dziwoląga. Nazwała go jakoś tak jak „cierrbrgrum” i była bardzo dumna z połowu. Podobno jak odetnie się trujący łeb i jadowe kolce to ryba jest jadalna i nawet smaczna. Zrozumiałem dystans, jaki przejawiają mieszkający tu Polacy do różnych, norweskich, „wodnych wynalazków”. Gatunków trujących lub wyposażonych w jadowite narządy jest wodach norweskich wiele, dlatego nie można gołą ręką dotykać gatunków nieznanych. Wody norweskie zapewniają na szczęście kilkanaście gatunków bardzo smacznych, oprócz popularnych dorszy, troci, łososi, czarniaków, rdzawców, witlinków i płastug trafiają się paskudne i przerażające z wyglądu żabnice i zębacze. Te ostatnie uznaje się za prawdziwe rarytasy. Największe znaczenie dla wędkarzy ma kilka popularnych gatunków ryb:

Dorsz. Foto: Kazimierz Olszanowski

Dorsz. (Gadus morphua) W południowej Norwegii istnie duża szansa na złowienie dorsza. Ryby te z reguły polują w stadach, szczególnie w pobliżu miejsc gdzie mogą się ukryć, wykorzystując wnęki w podwodnych skałach, duże głazy leżące na dnie czy wraki. W rejonie Kristiansand sezon dorszowy rozpoczyna się wkrótce po zejściu lodów z fiordów, wtedy są najlepsze brania i trwa do zimy. Mimo, że dorsze preferują zimną, do 10 stopni Celsjusza, często nawet latem dobrze biorą w płytszych, cieplejszych zakamarkach fiordów. Na głębszych wodach do 50-60 metrów, połów polega na opukiwaniu dna pilkerem o masie ok. 300 gramów. Dorsz szybko wyholowany z większych głębokości nie zdąży przystosować się do mniejszego ciśnienia wody, wtedy organy wewnętrzne wysuwają się przez paszczę i odbyt. Na płytszych wodach i łowiąc z brzegu spinningujemy. Dorsz jest rybą bardzo smaczną. Wprawdzie niegdyś w Polsce funkcjonowało powiedzenie ; ..jedzcie dorsze, gówno gorsze”, ale to tylko głupawy slogan, Być może wynikający z ówcześnie niskiej ceny tych ryb.

Rdzawiec. (Pollachius pollachius). Jest moją ulubioną, norweską rybą. Oprócz pięknego kształtu i kolorów oraz dużych, czarnych oczu i bardzo smacznego mięsa, rdzawiec podoba mi się ze względu na sposób wędkowania. Bierze w połowie toni wodnej. Bez nudnego pukania pilkerem w dno i bez licznych na kamienistym dnie zaczepów. Żerując w pół toni spotykany jest raczej pojedynczo, przynamniej ja nie zaobserwowałem stad tej ryby. Nawet na ekranie fischfindera pojawiają się głównie pojedyncze osobniki. Czasem można jedynie obserwować kilka, kilkanaście sztuk w sąsiedztwie ławic makreli lub innych niedużych ryb. W fiordach w okolicy Kristiansand większe osobniki polują w pobliżu nasłonecznionych ścian skalnych pionowo wystających z wody. Ryby te najlepiej biorą na sztuczne przynęty, głównie twistery prowadzone faliście. W zależności od głębokości stosuje się ołowiane główki o masie 30-50 gramów. Rdzawiec na haku bardzo ostro walczy.

Czarniak. (Pollachius virens). Jest rybą żyjącą bardziej na północy kraju. W południowej Norwegii jest znacznie mniej liczny i osiąga mniejsze wymiary. Czasami jednak wiecznie głodna drobnica czarniaków potrafi uprzykrzyć wędkowanie. Przeciętnie łowione są jednak egzemplarze w granicach 45-60 cm i do dwóch kilogramów masy. Latem młode osobniki żyją blisko lądu, również na płytkiej wodzie, toteż padają najczęstszym łupem wędkarzy łowiących z brzegu lub pomostów, szczególnie w miejscach przewężeń brzegów, gdzie występują prądy. Czarniaki lubią skaliste i kamieniste siedliska, ale dobrze biorą w toni nad dnem. Do połowu najlepiej stosować metodę spinningową. Niezwykle silna i szybka ryba potrafi doskonale walczyć wywołując wzrost poziomu adrenaliny i emocje u wędkarza.

Molwa. (Molva molva) Podłużna, trochę węgorzokształtna ryba. Największy gatunek w rodzinie wątłuszowatych. Dorasta do znacznych rozmiarów. Średnia  długość odławianych osobników wynosi około metra, a maksymalna dochodzi do dwóch. Rekord Norwegii wynosi około 35 kilogramów (74,5 funta), ale do okazów zaliczana jest ryba ważąca w granicach 20 kilogramów. Molwa preferuje raczej głębokie miejsca, leżące nawet 300 metrów pod powierzchnią morza. Lubi dno kamieniste, rafy, wraki. Występuje w całej Norwegii, ale najlepszymi jej łowiskami są rewiry południowo-zachodnie. Najlepszym sposobem na molwę jest ciężki zestaw z martwą rybką lub filetem (np. śledź, makrela), ale czasem zdarza się złowić ją również na pilkera. Ma dość smaczne mięso. Osobiście nie mam żadnych doświadczeń z tą rybą.

Zębacz. (Anarhichas lupus). Spora ryba wyglądająca jak krzyżówka węgorza i suma. Z paszczy sterczą masywne ale nieco koślawe zęby. To nimi ryba kruszy skorupki małży, by dostać się do mięsa. Skoro radzi sobie z muszlami i pewnie z ludzkimi palcami też, duże osobniki mogą zmiażdżyć dłoń. Zębacze bardzo rzadko łowi się na wędkę, ale jeśli ktoś ma szczęście lub może pecha lepiej uważać. Zębacze żerują między kamieniami na dnie szczególnie u podnóża pionowych skał, lub na skalnych półkach w koloniach mięczaków. Do połowu stosujemy pilkery z atraktorem w postaci kawałka mięsa przegrzebka. Mięso zębacza uznane jest za prawdziwy ale rzadko dostępny przysmak.

Plamiak. Inaczej łupacz. (Melanogrammus aeglefinus).  Ryba gustująca w mulistym dnie, a o ten towar w fiordach raczej trudno. Dość często i masowo jest łowiony przez rybaków brytyjskich przy zachodnich brzegach Morza Północnego. W Norwegii łowiony jest głównie na pilkery z bocznymi trokami. Bierze też z gruntu na krewetki. Należy do ryb watłuszokształtnych, od innych gatunków z tej rodziny wyróżnia go ciemna plamka na wysokości przedniej płetwy grzbietowej. Niestety nigdy nie złowiłem plamiaka, choć byłem świadkiem złowienia tej ryby przez konkurencję.

Makrela. (Scomber scombrus). Tę dorastającą do pół metra rybę znamy dobrze, choć najczęściej mamy kontakt z mniejszymi osobnikami uwędzonymi na złotawy kolor. Jeszcze żywa grasuje po północnej części Atlantyku w ogromnych stadach. W okresie tarła, w połowie lata, zbliża się do brzegów i odławiana jest nawet w Bałtyku. Lokalizację stad makreli w fiordach wskazują stada ptaków polujących na mniejsze okazy, często przy nich można zaobserwować foki. Makrele łowimy na malutkie pilkery i tzw. choinki czyli zestawy z kilkoma bocznymi trokami, z haczykami zaopatrzonymi w delikatne sztuczne przynęty, kolorowe gumki, piórka, kawałki kolorowej folii.

Sposoby wędkowania. Najdogodniej wędkuje się z łodzi motorowej, wyposażonej dodatkowo w silnik elektryczny. Jeśli nie dysponujemy łodzią można wędkować z zewnętrznych pomostów w marinach lub z nadbrzeżnych skał. Wielokrotnie widziałem żeglarzy wędkujących z zakotwiczonych jachtów lub holujących za nimi przynętę. Na polskich wodach jest to zabronione prawnie i zaliczane do zajęć nieetycznych. W zależności od głębokości wody stosuje się trzy podstawowe przynęty. Pilkery przeciętnej wielkości z bocznym trokiem, blachy lub gumki z ciężarkiem ok. 25 – 50 gramów i na krewetki. Łowimy w strefie dennej w miarę potrzeby podnosząc grunt co pewien czas. Krewetki, po obraniu z pancerzyka mają wielkość małego palca a drobnica je połyka, dlatego klasyfikowanie złowionej ryby do drobnicy jest dość umowne, tu osiąga ona masę około kilograma na sztukę i w rejonie Szczecina była by zaliczana do sporych okazów. Mrożone krewetki można kupić w wielu sklepach. Przed przystąpieniem do wędkowania należy wyjmować po kilka z termoizolacyjnej torebki i zaczekać kilka minut, by się nieco rozmroziły co ułatwia zdjęcie pancerzyka.

Z innych morskich zwierząt Norwegowie poławiają i zjadają krewetki, homary i kraby. W małych zatoczkach można nazbierać sporo dorodnych przegrzebków. Wszystkie gatunki posiadają wymiar ochronny.

Zdarza się szczególnie w trakcie wyższego przypływu złowienie homara. Oj, to jest rarytas. Kilka fotek i rarytas został ostrożnie zwodowany. Bo jak takie coś wrzucić żywcem do wrzątku, choć bądź, co bądź w sklepie kosztuje ponad 1000 NOK, a na dodatek jeszcze złowiony okaz był inwalidą. W Norwegii homary są pod ochroną. (niektóre gatunki). Nie wiedząc o tym, tylko przypadkiem nie złamaliśmy prawa, W czasie połowu na krewetkę z dna, życie mogą uprzykrzyć nam wszechobecne małe rybki i masowo wędrujące po dnie rozgwiazdy.

Rozgwiazda. Foto: Kazimierz Olszanowski

Grzybobranie. W lasach południowej Norwegii w czasie sezonu jesiennego można znaleźć duże ilości różnorodnych grzybów. Norwegowie ich nie zbierają, toteż miejscami wstępują obficie. Tubylcy nie mają tradycji grzybobrania zajmują się nim głównie imigranci. Dorodne borowiki rosną nawet w rowach przydrożnych, ale z reguły tam nikt ich nie zbiera ze względu na spaliny. Również starsze okazy pozostawia się „na rozmnożenie”. Zbiera się tylko kilka najsmaczniejszych gatunków, głównie borowiki, rydze, kurki. Nowicjusze zbierają wszystko zgodnie z zasadą „ co w lesie to grzyb, co w wodzie to ryba”. Jednak prędko przyzwyczają się do wybiórczego grzybobrania. W polskich rodzinach zamieszkałych w Norwegii kilkuletnie dzieci potrafią zbierać grzyby. W grzybnych miejscach nawet czterolatek w ciągu godziny potrafi nazbierać koszyk borowików, mimo że wredni rodzice nie pozwalają ścinać większych okazów.

Norweskie grzybobranie. Foto: Konrad Olszanowski

Wspomniałem o prawdziwkach suszonych. Dotychczas myślałem, że Norwegowie gardzą suszonymi grzybami, jednak myliłem się, w lepszych sklepach za kosmiczne ceny można nabyć suszone borowiki importowane z Francji, lecz pochodzące prawdopodobnie z Białorusi. Dziwne to, we własnym kraju mają tego towaru w bród, tylko zebrać i wysuszyć, ale nic nie robią w tym kierunku. Rozważam lenistwo albo brak kreatywności. To drugie bardzo prawdopodobne. Oprócz prawdziwków widziałem w sklepach jeszcze suszone smardze i lejkowce dęte, też z Francji. W Polsce obydwa ostatnie gatunki są pod ochroną.

Polacy w Norwegii. W Norwegii mieszka stosunkowo dużo Polaków. Dość często słychać język polski. W niedużym miasteczku w pobliżu Kristiansand w jednej dzielnicy istnieje ok. 100 domków. W tym nie mniej niż 5 jest zamieszkanych przez polskie rodziny. Mieszkają tu wyłącznie tzw. „biali Polacy”. Są w Norwegii od kilku lat, mają stałą pracę lub niewielki biznes, cieszą się poważaniem. Przyjmują powoli sposób życia Norwegów, choć kultywują polskie tradycje, zwłaszcza religijne i kulinarne.

Do drugiej grupy należą młodzi, „czarni” Polacy. „Czarni”, bo z reguły jeśli pracują to krótko i na czarno. Nie posiadają żadnych umiejętności zawodowych i praca się ich nie ima. Mieszkają po kilku w jakiś norkach. Czasami okresowo pracują, a często zajmują się przemytem lub kradzieżą. Ruch kadrowy w tej grupie jest dość spory. Po kilku miesiącach pobytu wracają do Polski dobrowolnie lub z pewną pomocą policji czy skutkiem nieporozumień wewnątrzklasowych i strachem przed dintojrą. Bardzo łatwo ich odróżnić po wyglądzie i aurze dźwiękowej. Prawie zawsze noszą czapki bejsbolówki z daszkiem. Zaś rdzeń słowotwórczy „kurw..”, we wszystkich deklinacjach i koniugacjach krąży nad bejsbolówkami niczym stado gołębic.

Kolejną wyraźną grupą są „makrele”. To z reguły ludzie w średnim wieku lub nieco starsi. Przyjechali do Norwegii po „koruny”. By możliwie szybko napełnić skarpety pracują na czarno, po kilkanaście godzin dziennie. Kupują najtańszą żywność. Dietę wspomagają makrelami łowionymi w pobliskich portach i przystaniach.

Jest jeszcze jedna grupa, bardziej liczna niż by się wydawało. To kobiety, które poślubiły Norwegów. Jeśli mąż należy do osób średnio zamożnych, panie te w groteskowy sposób stały się rodowitymi Norweżkami. „ z Polakami nie mam nic wspólnego, bo to tylko robole i sprzątaczki… mam torebkę od Gucciego… mój brylant ma 150 karatów… mój samochód…”. Panie te są bardzo sprawne w mowie. W piśmie gorzej. Czasem jednak korzystają z pomocy imigrantów z Europy Środkowej, oczywiście tylko wtedy jak mają potrzeby remontowe w domach lub hyttach. Zatrudniają polskich roboli, oczywiście wyłącznie na czarno, oszukując swojego króla Hakoona i fiskus Jego Wysokości. Byłych rodaków zresztą też, zwykle nie wypłacając pełnej, umówionej sumy. Takie to już …..

 

WYBRANE PORTY POŁUDNIOWEJ NORWEGII

Dla porządku: słowo oznaczające wąską zatokę morską po polsku pisze się „fiord” zaś po norwesku „fjord”. W tekście, gdy słowo dotyczy nazw własnych używam wersji norweskiej. Niezależnie od pisowni każdy fiord czy …fjord kończy się ślepo, by kontynuować rejs trzeba wrócić do wyjścia na otwarte morze.

Odległość od Frederikstad do Oslo wynosi nieco ponad 58 Mm, a to już zbyt duża dawka dzienna jak na turystyczną żeglugę. Dlatego opisałem kilka portów Oslofjordu, w których można zatrzymać się podążając, lub wracając z Oslo. Są to porty Moss, Drammen, Horten, Tonsberg i Drøbak. Leżą stosunkowo blisko siebie ale dają nam możliwość wyboru.

Oslofjord zaczyna się tuż przy granicy ze Szwecją i prowadzi na północ do stolicy kraju Oslo. Jak na fiord jest stosunkowo szerokim i głębokim akwenem. Nieliczne wysepki i szkiery zlokalizowane są poza granicami toru wodnego. Przepływa tędy wiele statków podążających do i z portu w Oslo. Przez całą drogę płyniemy farwaterem. Miejscami występuje rozdzielenie ruchu na dwa kierunki. Zagęszczenie ruchu jednostek jest duże, oprócz wielkich promów pływają zwykłe cargo i mrowie jednostek rekreacyjnych zwłaszcza w weekendy.

Wielki prom w fiordzie. Foto Kazimierz Olszanowski

Płyniemy wzdłuż wschodniego brzegu Oslofjordu, na skarpach ciągną się zabudowania małych osad i niewielkich miasteczek. Okolica z widokiem na morze jest dość gęsto zabudowana. Mieszkańcy w znacznej większości pracują w niedalekim Oslo a tu jedynie mieszkają.

Kotwiczenie. Stara anegdota doskonale obrazuje problemy kotwiczenia w Oslofjordzie i innych wodach norweskich.

Pod koniec XIX wieku jeden z pociotków rosyjskiego cara miał tak wielki talent żeglarski, że już wieku 20 lat uzyskał stopień admirała. Pan admirał na pokładzie dowodzonego pancernika wpłynął do jednego z fiordów norweskich z kurtuazyjną wizytą. Gdy wydał komendę „kotwicę rzuć” rozkaz został natychmiast spełniony, kotwica spadła w kierunku dna, Po wyczerpaniu całego zapasu łańcucha kotwicznego urwała się z 600 metrami tegoż łańcucha i spadła na dno fiordu gdzie spoczywa do chwili obecnej. Pan admirał nie sprawdził głębokości akwenu, która w tym miejscu przekracza 700 metrów.

Kotwiczenie na wodach norweskich jest trudne, miejscami niebezpieczne. Skaliste, gładkie dno ‘nie trzyma” kotwicy, dla odmiany rumowiska skał zalegających dno potrafią uwięzić kotwicę na wieki i trzeba odcinać łańcuch czy linę kotwiczną, by się uwolnić. Zaprzyjaźniony, polski wędkarz mieszkający w Norwegii, na początku każdego sezonu przygotowuje sobie zapas kilku betonowych „prosiaków”, które są tańszym zamiennikiem metalowych kotwic. Radzę unikać kotwiczenia w fiordach i cieśninach lub robić to w bliskim sąsiedztwie zakotwiczonych jachtów tubylczych.

Pływy. Wysokość pływów wynosi przeciętnie 0,5 m. Pływy powodują powstawanie prądów pływowych osiągających prędkość do 3 węzłów, lokalnie nawet więcej.. W czasie własnej obserwacji w marinie Drøbak nad Oslofiordem zauważyłem szybki prąd pływowy, który powodował falisty ruch pływających segmentów pomostu. Na wysokość fali pływowej i prędkość prądów na Skagerraku oddziałuje niedaleka, stosunkowo długa wyspa Wielka Brytania. Skutkiem jej obecności fale pływowe z pełnego Atlantyku dzielą się na dwa nurty, jeden krótszy biegnie Kanałem La Manche, drugi pokonuje dłuższą trasę wokół wysp północnej Szkocji. Różnica drogi powoduje znaczną różnicę czasu w dotarciu fal pływowych na wody Skagerraku. W efekcie tego zjawiska wysokości przypływów i prędkość prądów pływowych charakteryzują się tu odpowiednio mniejszymi wartościami niż przy zachodnich wybrzeżach Wysp Brytyjskich. Nie można jednak lekceważyć zjawisk pływowych zwłaszcza w wąskich cieśninach. Powinno się wykorzystać je planując kolejne odcinki rejsu. Żegluga z prądem pływowym o prędkości nawet 1-3 węzły jest zdecydowanie efektywniejsza.

Przybliżone długości odcinków żeglugi między portami w milach morskich:

  1. Fredrikstad – Moss                     24
  2. Farwater Oslo – Tønsberg         10
  3. Moss – Drøbak                            18
  4. Drøbak – Oslo                             16
  5. Oslo – Drammen                        39
  6. Drammen – Horten                    23
  7. Horten – Larvik                           25
  8. Larvik – Porsgrunn                     26
  9. Porsgrunn – Risør                      36
  10. Risør – Arendal                            23
  11. Arendal – Grimstad                   13
  12. Grimstad – Lillesand                 14
  13. Lillesand – Kristiansand           20
  14. Kristiansand – Mandal             27
  15. Mandal – Hidra                          41
  16. Hidra – Egersund                     26
  17. Egersund – Tananger              38
  18. Tananger – Stavanger             17

Podane długości poszczególnych odcinków trasy nie uwzględniają ewentualnego halsowania. Mając do wyboru trasę dłuższą i krótszą wybierałem bezpieczniejszy wariant.

Jako porty wyjściowe do forsowania Skagerraku najlepiej wybrać szwedzki Göteborg lub duńskie Skagen czy Hirsthals.

  • Göteborg – Fredrikstad      111 Mm
  • Skagen – Arendal                 94 Mm
  • Hirsthals – Kristiansand      82 Mm

Żegluga nocna. Jedynie trasa Oslofjorem do Oslo, podejście z pełnego morza do portów Kristiansand i Stavanger pozwalają na w miarę bezpieczną żeglugę nocną. Pozostałe odcinki wiążą się z poważnym ryzykiem popełnienia błędu nawigacyjnego i kolizji z jakimś szkierem, czy podwodną rafą. Płynąc w nocy wzdłuż południowego brzegu Norwegii należy zachować odległość minimum 3 Mm od skrajów przybrzeżnych wysp. Wtedy z dala od różnych skalnych ozdóbek widzimy większość świateł ustawionych na brzegu i możemy kontrolować swoją pozycję. Pamiętajmy, że elektronika czasem zawodzi. Ponadto prognozy pogody tworzą ludzie dla ludzi i radzę często z nich korzystać, polecam serwis meteorologiczny yr.no.

 

WYBRANE PORTY OSLOFJORDU

FREDRIKSTAD

Podejście. Kilkadziesiąt mil na północ od Göteborga, już po norweskiej stronie granicy widać labirynt wysp, wysepek, szkierów, skał, ledwo, ledwo wystających z morza, czasem nawet kryjących się tuż pod powierzchnią. Za nimi, na stałym lądzie leży spore jak Norwegię miasto poszatkowane ciekami wodnymi, fiordami i pewnie sporą rzeką Glomma jeśli dobrze rozpoznałem charakter tej wody. Pochodzimy od stawy Soestren (59st,07,2342N i 010st.44,2040 E) oczywiście w namiarze bezpiecznego światła kierując się farwaterem w wąską cieśninę między stałym lądem w wyspą Stroemstangen, do jednej z marin w mieście lub przy twierdzy. W 2006 roku w mieście kończył się jeden z etapów Tall Ships Race i nie należy sądzić, że organizatorzy zgromadzili tu setki obcych jachtów, jeśli wejście do portu jest bardzo niebezpieczne.

Mariny Fredrikstad. Foto: Oficjalna strona miasta

Tak do końca nie wiem czy miasto leży już nad Oslofjordem, czy w sąsiednim fiordzie też należącym do Skagerraku, ale w każdym razie bardzo blisko i dla porządku tam je ulokowałem, nie chcąc „mnożyć bytów ponad świadomość”, jak mawiał jeden z moich wykładowców.

Tereny położone między wschodnim brzegiem Oslofjordu a szwedzką granicą są jakieś inne niż reszta południowego wybrzeża. Jak na Norwegię kraj bardzo płaski, miejscami przypominający Wyżynę Ińską upstrzoną tu i tam wychodniami skalnymi, kępami lasów i jeziorami. Funkcjonuje dość gęsta sieć prostawych dróg łączących miejscowości, farmy i obiekty przemysłowe. Widać dużą aktywność gospodarczą. Odnoszę wrażenie, że tylko tu się pracuje zaś w pozostałej, poznanej przeze mnie części kraju odpoczywa. Architektura mijanych domków też nieco inna. Budynki mają inne proporcje brył, są jakieś wyższe. Wszechwładne, gdzie indziej proste, dwuspadowe dachy z wariacjami, tu zastąpiono dachami naczółkowymi, bądź łamanymi, mansardowymi. Nudne trójkąty szczytów złagodzono drewnianymi łukami, okapy podparto kroksztynami Widać jakieś powinowactwo z architekturą XIX-wiecznych bogatszych domków letnich z kurortów południowego pobrzeża Bałtyku. Zestaw kolorów też bogatszy, oprócz lukrów białej farby widać ochrę, zieleń, brąz i żółć.

Miasto. Aglomeracja Fredrikstad/Sarpsborg leży u ujścia rzeki Glomma do morza. Starsza cześć czyli Sarpsborg była we wczesnym średniowieczu miejscem tingów dla południowo-wschodniej Norwegii. Zabudowa miejska została doszczętnie spalona w czasie północnej wojny siedmioletniej. Król Danii Fryderyk II rozkazał zbudować nowe miasto bliżej morza. To jego spiżowy pomnik zdobi rynek twierdzy. W pierwszym etapie na pobliskiej wysepce zbudowano fortyfikacje, które z czasem rozbudowano do postaci silnej twierdzy. W obrysie murów funkcjonowało miasteczko zwane Starym Miastem.

W 1735 roku powstało przedmieście po zachodniej stronie Glomma. Dogodne położenie sprawiło, iż nowy ośrodek szybko rozbudował się i przejął rolę głównej dzielnicy miasta. W drugiej połowie XVIII wieku zabudowa kubaturowa twierdzy spłonęła w wielkim pożarze. Większość budynków na Starym Mieście poszła z dymem”, ale została odbudowana.

W połowie XIX wieku rozwinął się handel i przemysł. Zbudowano kilka parowych tartaków. Eksportowano duże ilości tarcicy. Po zbudowaniu linii kolejowej, port stał się ważnym punktem przeładunku towarów pochodzących z głębokiego zaplecza. Na początku XX wieku rozwinął się przemysł stoczniowy. Funkcjonuje do dzisiaj Frederikstad Mekaniske Verksted.  Aglomeracja liczy około 150 tysięcy mieszkańców.

Twierdza. Czeka nas główna atrakcja turystyczna południowej części pogranicza norwesko – szwedzkiego. Miasto Fredrikstad (ówcześnie Fredriksten) znane było niegdyś z licznych bijatyk wojennych między Norwegami, Szwedami i Duńczykami panującymi w tym czasie nad obecną południową Norwegią. Tu w czasie oblężenia twierdzy zginął od „zabłąkanej” kuli, szwedzki król Karol XII, co spowodowało, że wojowniczy Szwedzi stali się chronicznymi, neutralnymi pacyfistami. Czytaj, robili biznes z obydwoma wojującymi stronami. Współczesne badania zachowanych szczątków króla sugerują, że śmiertelny wystrzał był wykonany z bardzo bliska, wręcz przyłożono lufę do królewskiej czaszki, co wskazuje na morderstwo.

Na początek przejście z centrum miasta Fredrikstad, długim, wiszącym mostem na wyspę do twierdzy. Po spaleniu niedalekiej twierdzy Sarpsborg powstała jako przeciwwaga dla Göteborga w połowie XVII wieku, choć wiele budynków nosi daty późniejsze.

Wały twierdzy. Foto: Kazimierz Olszanowski

System fos oddziela twierdzę od reszty lądu. Nad fosami górują wysokie wały z bastionami, na których ustawiono armaty. Od strony wody (morze?, rzeka Glomma?, jezioro?- zupełnie się w tym gubię) wał jest bardziej stromy i wzmocniony kamiennym murem. U podnóża tego wału rozciąga się nabrzeże portowe, przystań oldtimerów i małych promów. Z wałów widać kilka oddzielnych fortów wspomagających obronę.

Samo miasteczko wojskowe leży w obrębie linii fortyfikacji podkreślonych obwodową ulicą. Część budynków miała przeznaczenie militarne. Między innymi koszary grenadierów, artylerzystów, magazyny sprzętu wojskowego, domy komendanta i oficerów. Pozostałe budynki w większości noszą charakter obiektów cywilnych. Jest jeszcze skromny, biały kościół między kilkoma starymi jesionami i kwadratowy rynek.

Na całym terenie rynku i w sąsiednich uliczkach porozstawiano kramy i stragany, trwa jarmark.

Jarmark na ryneczku. Foto: Kazimierz Olszanowski

Eksponowane towary pochodzą z różnych zakątków świata i różnych epok. Od żarówiastych, plastikowych bubli rodem z Dalekiego Wschodu, poprzez książki, płyty, starą biżuterię, wyroby regionalne, po kolekcje porcelany, wyrobów z kamieni ozdobnych czy zbiory staroci. Widziałem bogaty zbiór kilkuset modeli naparstków, część z nich pamięta jeszcze czasy przed emancypacją kobiet, może nawet XVIII wiek. Dziwny nastrój tu panuje, brak typowego, handlowego napięcia jakie obserwuje się gdzie indziej, w czasie trwania podobnych imprez. Wszechwładnie dominuje duży luz. Nad tym całym biznesem unosi się przesłanie: …”ja mam i pokazuję to, co mam, a Ty, jeśli chcesz to kupisz, a jeśli nie, to i tak będzie dobrze”…. To nie jest handel to jest sport narodowy.

Muzeum wielorybnictwa. Armata przed wejściem zachęciła do odwiedzenia lokalnego muzeum wielorybnictwa. Za jedyne 30 NOK wpełzłem tyłem przez małą, stromą dziurę w murze, do niewielkiej, sklepionej piwnicy. W środku eksponuje się trochę fotografii, jakieś drewniane i żelazne szpeje, kilka kości i ząb kaszalota. Ogólnie mizeria. W Norwegii często widać drogowskazy ze słowem musset np. ryfylkemuseet, naturgeomuseet czy byggdemuseet. W większości przypadków owe -musset  przypominają piwniczkę w Fredrikstad. To też popularny sport narodowy i często klub okolicznych emerytów..

Hwaler. Jakaś czeska nazwa czy co?. Na szczycie wzgórza górującego nad fiordem sprawa się wyjaśniła. Otworzył się nieprawdopodobny widok. Rozległa zatoka zamknięta na horyzoncie paskiem większych wysepek pokryta rzędami małych, bochenkowatych szkierów wygładzonych przez lód, wiatr i wodę. Efekt plastyczny potęgują białe kreseczki przyboju a czasem fontanny spienionej wody dające w kontrze jaskrawego, słonecznego blasku efekt szybkiego ruchu. Toż to wygląda jak wędrujące stado wielorybów!. No tak, wystarczy usunąć z nazwy literę „H” i mamy rozwiązanie problemu egzotycznej nazwy. Cały akwen Hwaler wchodzi w skład parku narodowego.

 

TØNSBERG

Podejście. Port leży nieco na północ od równoleżnika Fredrikstad, stanowi rodzaj zachodniej główki przy wejściu do Oslofjordu. Podejście zaczynamy na południowym krańcu farwateru do Oslo przy stawie Hollenderbaaen. Dalej płyniemy na północ z niewielkim odchyleniem na zachód, między zachodnim skrajem farwateru i wschodnimi brzegami archipelagu składającego się z mrowia wysp, wysepek i szkierów. Należy zachować 1-2 mile odległości od brzegów kolejnych wysp. Na północnym cyplu wyspy Torgersoey w bezpiecznym sektorze stawy wchodzimy w cieśninę między wyspą a południowym cyplem półwyspu Valloey. Północny skraj cieśniny jest płytki i kamienisty. Niebezpieczne mielizny oznaczono czerwonymi pławami. Doskonałymi znakami orientacyjnymi są neogotycka wieża katedry i wieża zamkowa (bez hełmu). Dalej wchodzimy w zatokę Valloebukta i zbliżamy się do mariny w dzielnicy Brygga, leżącej na półwyspie. Masywny falochron zabezpiecza przystań przed falowaniem przy południowych wiatrach. Na brzegach akwenu leży jeszcze kilka innych marin.

Alternatywną możliwość daje trasa wiodąca cieśninami między wyspami archipelagu. Trasa ta wymaga szczególnej uwagi.

Port dzielnicy Brygga. Foto oficjalna strona miasta

Tønsberg, jest jednym z najstarszych miast w Norwegii. Za początek historii miasta uznaje się rok 871. Był wzmiankowany przy okazji opisu bitwy pod Hafrsfjordem, w 872 roku w wyniku, której norweskie rozdrobnione kraiki zostały zjednoczone pod władzą Haralda I Pięknowłosego. Przez kolejne wieki miasto pełniło rolę stolicy kraju, a właściwie głównej siedziby królewskiej. W XIII wieku na pobliskim wzgórzu wzniesiono wielki, silny zamek obronny, ponoć największy w Norwegii. Do naszych czasów zachowały się tylko fundamenty obwodowych murów obronnych i zarys dawnych budowli wchodzących w skład kompleksu zamkowego: kościoła św. Michała z ok.1109 roku, wielkiej hali króla Haakona IV oraz XIII-wiecznego kasztelu obronnego króla Magnusa Prawodawcy. Jedyną mało zniszczoną budowlą jest majestatyczna wieża zamkowa Slottsfjelltarnet, która góruje nad rozległymi pozostałościami średniowiecznego zamku. Została zbudowana w XIX wieku. Obecnie mieści niewielkie muzeum poświęcone historii miasta i zamku Tønsberg.

W XVII i XVIII stuleciu miastem władali Duńczycy i Anglicy. Był to okres intensywnego rozwoju budownictwa okrętowego w mieście. W drugiej połowie XIX wieku mieszkaniec miasta Svend Foyn opatentował pierwszy w Norwegii statek parowy przystosowany do polowań na wieloryby, dzięki czemu miasto stało się ważnym ośrodkiem wielorybnictwa, co nieco dziwi, statki wielorybnicze budowano na południu kraju a wykorzystywano na dalekiej północy. Podobnie znaczna część załóg wielorybniczych pochodziła z południa kraju. Drewno dębowe do budowy też. Było pozyskiwane na południu kraju bowiem na dalekiej północy, ze względu na klimat nawet stare drzewa przypominają patyki. Drewno dębowe z południa kraju charakteryzuje się zwięzłą strukturą drobnych słojów, a co za tym idzie dużą wytrzymałością i odpornością na wodę morską.

Szczególnym statkiem jest wierna replika sneki z epoki wikingów. Oryginał odnaleziono i wykopano w 1903 roku w kurhanie leżącym na gruntach farmy Oseberg w pobliżu miasta. We wczesnym średniowieczu, sprawny jeszcze statek przeciągnięto kilkaset metrów od morza i ustawiono na szczycie niewielkiego wzgórza. Następnie wbudowano komorę grobową dwóch, starszych kobiet. Pozostałą kubaturę wypełniono darami grobowymi i obsypano piaskiem tworząc kurhan. Wyjątkowe warunki gleby pozwoliły na zachowanie znacznej części drewna (prawie 80 %). Oryginalny statek znajduje się w muzeum Wikingów w Oslo. Obecnie uważa się, że starszą z kobiet (80 lat) była Asa, babka króla Haralda Pięknowłosego. Sceptycy uważają, że wykorzystano jedyne kobiece imię zapisane w źródłach z tamtej epoki.

Katedra w Tønsbergu. Została zbudowana z cegły ceramicznej w połowie XIX wieku w stylu neogotyckim. Kościół postawiono w miejscu zniszczonego kościoła pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Część zabytkowego wyposażenia czyli ambona i ołtarz pochodzą z byłego kościoła pod wezwaniem najświętszej Maryi.

Muzeum Ludowe Vestfoldmuseene posiada bogatą ekspozycję dotyczącą tematyki wielorybniczej, oraz liczne artefakty z epoki wikingów pochodzące z okolicznych wykopalisk.

Współcześnie Tønsberg jest przede wszystkim ośrodkiem handlowym, choć wciąż żywe są także tradycje morskie. Ze względu na dogodne położenie przy wejściu do Oslofjordu jest często odwiedzany przez rzesze żeglarzy.

„Saga Oseberg” replika sneki z Osebergu. Foto: Oficjalna strona statku

Koronkowe rzeźby zdobiące stewę dziobową są najlepszym przykładem skandynawskiego stylu „Borre”, który powstał i rozwinął się na brzegach Oslofjordu.

 

MOSS

Podejście. Płyniemy na północ w głąb Oslofjordu. Mając na prawym trawersie światło Tidevan ustawione na niewielkim szkierze, blisko brzegu skręcamy ok. 30 stopni w prawo w głąb zatoczki Verlebukta. Trzeba bardzo uważać, bo ruch promowy jest duży (w szczycie przewozów do 8 jednostek na godzinę). Uwaga na ukrytą płytko pod powierzchnią wody podwójną skałę oznaczoną pławą odosobnionego niebezpieczeństwa. Następnie kierujemy się na światło sektorowe ustawione na krańcu pirsu terminala promowego. Najbezpieczniej jest płynąć między rutą promową a brzegiem wyspy Jeloeya. Przystanie dla jachtów leżą na zachodnim brzegu wyspy chroniącej port przed przeważającymi wiatrami z zachodu. Wyspa powstała dzięki odcięciu eksponowanego półwyspu sztucznym kanałem. Nad nim przebiega otwierany most. Za kanałem też leży kilka małych marin. Po pobycie w Moss można popłynąć wąskim, dobrze oznakowanym farwaterem, pokonać cieśninę między stałym lądem a wyspą i pożeglować dalej w głąb Oslofjordu.

Moss od południa. Foto: Oficjalna strona miasta

Moss, po norwesku znaczy mech. Jest to niewielkie miasteczko z dominującą funkcją przemysłową i transportową (promy do Horten) położone między Oslofjordem a szwedzką granicą. Szczyci się bogatą historią, ale oprócz kilku XIX-wiecznych budynków nie przetrwały żadne zabytki historyczne. Współczesne budowle też nie są niczym szczególnym. Jeśli pokonaliśmy długi odcinek na otwartych wodach Kattegatu i Skagerraku można się tu zatrzymać na noc i solidnie odpocząć.

 

HORTEN

Podejście. Między terminalem Horten a leżącym po wschodniej stronie Oslofjordu miasteczkiem Moss kursują promy samochodowe. Przeprawa trwa do 30 minut i skraca drogę od szwedzkiej granicy do miast południowej Norwegii o ponad 150 km. Od kilku lat linia promowa ma konkurencję w postaci podmorskiego tunelu ale na brak klientów nie narzeka. Przewozi rocznie ponad 1,8 mln pojazdów i 3,5 mln pasażerów. W sezonie letnim w trakcie jednej godziny do portu wchodzą nawet 4 statki i tyleż samo wychodzi. Na podejściu bywa ciasno, Dlatego płynąc z południa bezpieczniej jest przekroczyć rutę promów i podchodzić do mariny zlokalizowanej na północ od terminala promowego. Ta marina jest lepiej osłonięta przed falą i rozkołysem. Druga marina leży na południe od terminala.

Widok Horten. Foto: Oficjalna strona miasta.

Bardzo ładne miasteczko leży na zachodnim brzegu Oslofjordu w hrabstwie Vestfold. Oddzielono tu skutecznie funkcję komunikacji tranzytowej od funkcji mieszkalnej. Miliony samochodów przewożonych przez promy mają swoją obwodnicę i nie zakłócają funkcjonowania cichej osady. Powyższe zdjęcie wskazuję, iż miasteczko jest bardzo malarskie. Nic dziwnego, przez długie lata mieszkał tu światowej sławy malarz Edvard Munch, który niestety nie malował Horten a tylko ludzi, ich przeżycia i obsesje. Norweskie gminy finansowane są między innymi wpływami z podatku od nieruchomości. W sąsiednich, podobnych gminach wpływy te osiągają poziom około 100 mln koron rocznie. Horten wykazuje się poziomem 0,00 korony. Ponoć jest najbiedniejszą gminą w Norwegii. „Okiem turysty” nie można tego zaważyć. Oprócz pięknych widoków, miasto szczyci się długą i ciekawą historią, kilkoma rezerwatami przyrody i bazą Królewskiej Norweskiej Marynarki Wojennej. Główne atrakcje miasteczka to:

Kurhany w Borre. W początkach naszej ery klimat półkuli północnej oziębił się. W strefie subarktycznej zaczęły rozrastać się lodowce wiążąc miliardy ton słodkiej wody. Europa i Azja wysuszyły się. Mieszkańcy stanęli przed widmem braku pożywienia i głodu. Pasterze nomadowie Hunowie i inni ruszyli z Wielkiego Stepu Azjatyckiego na zachód za chlebem. Ze Skandynawii kilka dużych plemion przeprawiło się przez Bałtyk i ruszyło na południe Europy a nawet do Azji Mniejszej. Rozpoczęła się wędrówka ludów, jej uczestnicy wędrowali w poszukiwaniu łupów i nowych miejsc zamieszkania. Skutkiem ustawicznych najazdów wędrujących barbarzyńców i katastrofalnie niskich zbiorów płodów rolnych, ostatecznie upadło dogorywające już Zachodnie Cesarstwo Rzymskie. Ludy pozostałe w Skandynawii utworzyły tzw. kulturę Vendel trwającą do początku ery wikingów. W pobliżu Horten w najstarszym w Norwegii parku narodowym Borre, na ponad 18 ha powierzchni leży skupisko dużych kurhanów grobowych należących do ówczesnej elity władzy. Ich wiek sięga okresu wędrówki ludów. Ponoć pod nasypami grobowców leżą członkowie dynastii Yngling. W tym przypadku zadania uczonych z braku konkretnych dowodów są bardzo podzielone. Kilka kurhanów to pochówki łodziowe. W czasie wykopalisk odkryto tu również przedmioty zdobione maskami mitycznych zwierząt, których wężowate ciała są misternie poplątane, ten sposób zdobienia nosi nazwę stylu Borre. Motyw najczęściej stosowano przy zdobieniu elementów uprzęży końskiej i stew dziobowych statków. (Okręt z Osebergu)

Baza morska. Horten posiada bazę morską Karljohansvern. Większego ruchu na terenach wojskowych, tak na co dzień, nie można zauważyć. W pewnych okresach teren bazy jest otwarty dla turystów. Aktywność przejawia się głównie w koncertach jednej z najlepszych w Europie orkiestr wojskowych. Działa pod nazwą Sjøforsvaret Horten.

W bazie funkcjonuje Królewskie Norweskie Muzeum Marynarki Wojennej. Jest jednym z najstarszych muzeów marynistycznych na świecie. Powstało w 1853 roku. Eksponuje się tu liczne, zabytkowe statki i okręty. Wśród nich HNoMS „Rap, pierwszą na świecie łódź torpedową z 1873 roku.

Horten Bilmuseum, w miasteczku działa muzeum starych samochodów wyprodukowanych w latach 1900-1970. Oprócz samochodów eksponowane są stare kolejki wąskotorowe. Latem muzeum jest otwarte codziennie, poza sezonem tylko w soboty i niedziele, czyli zgodnie z norweskim systemem działalności takich przybytków.

L’Esprit d’Edvard Munch, pod tą egzotyczną nazwą oznaczającą ducha słynnego malarza Edvarda Muncha kryje się najwyżej na północ położona winnica świata. Nie miałem okazji doświadczyć smaku jej produktów, może to i dobrze, winorośl potrzebuje słońca a w Norwegii odczuwa się jego niedostatek, Jeśli światowej sławy malarz wspomagał swoje wizje winem z Horten nic dziwnego, że są takie mroczne i sugestywne. Munch mieszkał nieco na południe od Horten, nawet pobliska plaża Åsgårdstrand nosi jego imię.

Melampyrum nemorosum. Wysoka na kilkadziesiąt centymetrów jednoroczna roślina zielna z rodziny Orobanchaceae. Pochodzi z Europy. W Norwegii występuje jedynie w rezerwacie Reverompa w pobliżu Horten. Wygląda dziwnie, nowe, ząbkowane u nasady liście początkowo są niebieskie, później fioletowe a w miarę wzrostu stają się zielone. Kwiaty żółte, pomarańczowe z plamkami czerwieni. Dziwna roślina jest związana ze starymi, słowiańskimi wierzeniami, pewnie ich echo dotarło też do Skandynawii. Być może jej nazwa pamięta jeszcze czasy wspólnoty indoeuropejskiej. W kręgach kultur słowiańskich nazywana była „Kupała i Mawka”, po przyjęciu chrześcijaństwa nazwę zmieniono na „Iwan i Marija”. W Szwecji „dzień i noc”. Kupała to pogańskie bóstwo czczone w czasie najkrótszej letniej nocy. Mawka jest podobno piękną dziewczyną, nago wałęsającą się nocami po lasach i czyhającą na młodych mężczyzn. Uwaga panowie; Mawki nie rzucają cienia. Roślinę miałem okazję zobaczyć w rezerwacie, Mawki niestety nie, może nie była mną zainteresowana.

Jezioro Borrevannet. Wśród kilku rezerwatów przyrody oprócz słynnego Reverompa gdzie żyje Mawka, wyróżnia się jeden z bardziej znanych norweskich rezerwatów ornitologicznych. Stwierdzono tu obecność 256 gatunków ptaków w tym 110 gatunków lęgowych, a to całkiem dobry wynik jak na tak mały obszar.

 

DRAMMEN

Odwiedzenie Drammen można traktować jako jedną z możliwości w czasie penetracji Oslofjordu. To taki skok w bok, wymagający powrotu do Oslofiordu.

Podejście. W połowie Oslofjordu, na północnym brzegu otwiera się wejście do Drammenfjordu, który przedłużony jest spławną rzeką Dramselva, obecnie zamkniętą kilkoma mostami. Miejscami fiord jest niezbyt szeroki, tylko do kilkudziesięciu metrów. W najwęższym miejscu przegradza go otwierany most. W Drammen nie natrafiłem na typową marinę żeglarską z pływającymi pomostami, Choć funkcjonuje tu kilka klubów żeglarskich, jachty cumują long side do wysokich, portowych kei. (2018 rok) Drammenfjord ma długość około 20 mil (licząc od osi farwateru biegnącego Oslofjordem do Oslo)

Widok na Drammen. Foto: Oficjalna strona miasta.

Drammen to spore, przemysłowe miasto słynne z zakładów papierniczych. Miasto powstało około 200 lat temu, toteż nie należy spodziewać się starszych zabytków architektury. Słynie w Norwegii ze współczesnych budowli inżynierskich:

  1. najdłuższego w kraju mostu mierzącego prawie 2000 metrów opartego na 40 przęsłach
  2. spiralnego tunelu (Spiralen) łączącego centrum miasta leżące nieco nad poziomem morza z drogą na płaskowyżu Bragernesasen wznoszącym się 200 metrów wyżej. Tunel wydrążony w 1961 roku, ma kształt korkociągu składającego się z pięciu zwojów o średnicy nieco ponad 50 metrów i łącznej długości 1650 metrów.

Przyrodniczą ciekawostką miasta jest pobliski, głęboki i bardzo wąski wąwóz przypominający ślad po uderzeniu gigantycznego topora w zbocze góry.

 

DRØBAK

Podejście. Dalsza droga prowadzi na północ przez osłonięte akweny, w głąb Oslofjordu. W takich ciasnych kiszkach, mimo wiatru, fala nie ma szans na rozbudowę. Trzeba jednak bardzo uważać na gwałtowne zmiany prędkości i kierunku wiatru. Rynna fiordu przypomina dyszę, którą wieje dość stabilny wiatr. Jednak mijając wyloty bocznych fiordów i wysepki można liczyć się z niespodziewanymi uderzeniami zmiennego wiatru. Szczególne zawirowania ruchów powietrza pozwalają na spinakerową żeglugę dwóch jachtów idących kontrkursem, każdy z nich płynie fordewindem. Obserwowane zjawisko miało miejsce w rejonie ujścia Drammenfjordu na wysokości miasteczka Drøbak. Według żeglarzy norweskich nie jest to niczym niezwykłym. Drøbak leży u podnóża i na skarpie wschodniego brzegu.

Drøbak z lotu ptaka. Foto: Oficjalna strona miasteczka.

Twierdza Oscarborg. Mniej, więcej w połowie długości Oslofjordu fiord rozgałęzia się na dwa ramiona, zachodnie biegnie w kierunku miasta Drammen, W miejscu gdzie obydwa fiordy się łączą, na skalistych wysepkach w XVII wieku zbudowano twierdzę kontrolującą drogę do Oslo. Właśnie ze względu na twierdzę zatrzymaliśmy się w Drøbak. Sielski Drøbak ma dwa oblicza. Pierwsze to rola sypialni dla pracujących w Oslo bogatszych Norwegów. Drugie bardziej dramatyczne, trąci myszką, na szczęście jest już tylko atrakcją turystyczną i miejscem patriotycznych pielgrzymek. To twierdza Oscarsborg. W XVII wieku ufortyfikowano dwie niewielkie wyspy wystające z wody pośrodku fiordu. Później ulokowano kilka baterii ciężkich dział na wzgórzach nad fiordem, często na prywatnych posesjach.. Wszystko to miało bronić Oslo przed inwazją z morza. Pierwsza i ostatnia okazja nadarzyła się w 1940 roku, kiedy to eskadra hitlerowskich okrętów kierując się szczytnym zamiarem opanowania Oslo wlazła do Oslofiordu. Ciężkie działa obydwu stron postrzelały sobie trochę, jednak bez większych efektów, co wręcz dziwi, bo odległości między stronami na długim odcinku nie przekraczały 1000 metrów. Po kanonadzie eskadra niemiecka podążała dalej. Przyszła jednak kryska na Matyska. Z jednej wysepki wystrzeliły zamaskowane, lądowe wyrzutnie torped. Ciężki krążownik „Blucher” dostał salwę, fiknął kozła i zatonął. Zwiedziliśmy twierdzę, ale cóż twierdza jak twierdza, choć bogato wyposażona w zabytki z kilkuset lat. Jedynie kącik poświęcony bohaterskiej, lecz straceńczej szarży niewielkiego dozorowca atakującego stalową armadę przykuł moją uwagę. Kto wie czy kapitan okręciku nie miał polskich korzeni?. Zauważa się totalny brak złomiarzy; wrak Bluchera i haubice, każda po ok. 50 ton dobrego żelastwa od dziesiątek lat są na swoich miejscach, a nikt ich nie pilnuje.

Do twierdzy kursują małe promy, koszt biletu do twierdzy obejmuje skorzystanie z promów. W oczekiwaniu na prom była okazja usiąść sobie na tarasie kawiarni i podziwiać nieustający spektakl statków, jachtów, motorówek płynących do Oslo. Wszystko na tle wody i górzystych wysp. Miasteczko rozciąga się na stromej skarpie, tu i tam między budynkami sterczą nagie skały. Naturalne skalniaki na posesjach mają tutaj prawie wszyscy. Przedmiotem pożądania jest płaski trawnik często uważany za wskaźnik statusu społecznego. Pewien starszy pan szczyci się tak ze 150 m2 takiego egzotyku. Do uprawy tej grządki kupił kilka spalinowych maszyn bazujących w specjalnym garażu wykutym w skale.

Południowy bastion twierdzy „Oscarborg”. Foto: Kazimierz Olszanowski

W porcie Drøbak stoi skromny drewniany baraczek a w nim mieści się kilka basenów z wodą morską i akwariów. Eksponowana kolekcja prezentuje żywe ryby i bezkręgowce wodne z tych okolic. Zaskoczyła mnie różnorodność zwłaszcza tych ostatnich, tu żyją nawet koralowce.

Pod zamożną skórką New Age można po długich poszukiwaniach znaleźć pamiątki dawnych, biednych czasów, kiedy ludzie skromnie żyli z morza, lasu i kamienistych poletek. Napotyka się niewielkie ciasno skupione domki, wykute w skale lodownie na dary morza lub drewnianą łódź ustawioną w załomie skały i wypełnioną ozdobnymi przedmiotami. Może to już ostatnie refugia starych miejsc i starych ludzi z innej epoki. Są też miejsca wabiące zwłaszcza mężczyzn niezależnie od wieku. Te jednak są eksponowane wszem i wobec, jak grupka figlarnych i pełnych wyrazu syrenek na falochronie w porcie. Trzeba przyznać, iż wdzięku im nie brakuje. Zresztą nie tylko wdzięku….

Syrenki na falochronie w porcie. Foto: Kazimierz Olszanowski.

Z Drøbak na zachodni brzeg można przeprawić się promem odchodzącym z niedalekiego Moss do Horten, bądź podmorskim tunelem długości nieco ponad 8 km co bardzo skraca drogę. W pobliżu miasteczka przebiega autostrada łącząca Oslo z granicą szwedzką.

 

OSLO (wymowa Uszluu)

Podejście. By odwiedzić Oslo, trzeba zagłębić się w Oslofjordzie aż do jego końca. Płyniemy generalnie  na północ, trzymając się bezpiecznie 1-2 kable od wyłażących w morze wysepek i szkierów. A tego paskudztwa aż do końca granic Norwegii nie brakuje. Jeśli mamy zamiar odwiedzić jakiś port, podejście rozpoczynamy dopiero po zidentyfikowaniu oświetlonych staw na podejściu i pław farwateru wyznaczającego drogę. Norweska administracja morska odpowiedzialna za oznakowania nawigacyjne niezbyt rozrzutnie szafuje pieniędzmi podatników i oznakowania są bardzo skromne, nawet bardziej niż skromne. Najczęściej znakami nawigacyjnymi są stawy ustawione na wyspach i szkierach, z reguły posiadają światła sektorowe, dość kiepsko widoczne w słoneczne dni. Znaki nawigacyjne bardzo pomagają miejscowym ale dla obcych wydają się zbyt ogólne. Nic dziwnego Norwegowie mają 40 000 km linii brzegowej, która wymaga choćby nawet podstawowych znaków nawigacyjnych. Jeśli ktoś uważa, że nasze urzędy morskie nie przykładają należytej uwagi do oznakowań farwaterów powinien pożeglować po wodach norweskich, wtedy pewnie odszczeka zarzuty. Kraniec Oslofjordu zajmują nabrzeża przeładunkowe, terminale promowe i masa jednostek rekreacyjnych tłoczących się w kilku dużych marinach.

Fragment portu. Foto: Oficjalna strona miasta

Do pierwszej połowy XVII miasto leżało kilka kilometrów od obecnej lokalizacji. Dopiero po wielkim pożarze w 1627 roku stolicę (wtedy Christiania) odbudowano w miejscu gdzie do dzisiaj funkcjonuje. Jedynym zabytkiem, który przetrwał pożar jest twierdza Akerhus. Pozostałe budynki są stosunkowo nowe i najnowsze jak grupka wieżowców mieszcząca siedziby dużych firm. One powstały dopiero po zapoczątkowaniu eksploatacji gazu i ropy naftowej, w czasach kiedy pojawiła się duża kasa. Dzięki temu Oslo ma kawałek światka wielkomiejskiego, na sposób norweski bardzo sprzyjającego ludziom. Tęczowa mozaika kolorów elewacji wynika pewnie z zimowego znurzenia bielą śniegu. Port leży w pobliżu centrum miasta składa się z kilku pirsów obstawionych statkami towarowymi, promami i średniej wielkości żaglowcami, były tu bryg, brygantyna, kilka gaflowych szkunerów i setki jachtów.

Mały promik przewiózł mnie na drugą stronę Oslofjordu, gdzie na eksponowanym półwyspie mieszczą się cztery muzea morskie i na dodatek jeszcze jedno poświęcone holocaustowi.

Muzeum Thora Heyerdhala. Zwiedzanie muzeów rozpocząłem od muzeum Thora Heyerdhala. Najważniejszymi eksponatami wystawy są tratwy  „Kon-Tiki” z drewna balsa i łódź „Ra II”, zbudowana w Egipcie z łodyg papirusu. Patrona instytucji postrzegam, jako człowieka, który bardzo naciąganą teorię próbował udowodnić w bardzo naciągany sposób. Dodatkowo wkurzała mnie jego poprawność polityczna. W składzie załogi tratwy byli przedstawiciele różnych systemów politycznych i ras, brakowało tylko Azjaty z Dalekiego Wschodu. Czyżby jednak przejaw rasizmu, wszak mieszkańcy tamtych terenów stanowią prawie połowę populacji ludzkiej. Oczywiście Thor nic nie udowodnił, co nie przeszkadzało rodakom uhonorować jego statki w muzeum, trochę innych zabytków też, nawet tych skradzionych z jaskiń rytualnych na Wyspie Wielkanocnej.

Muzeum „Frama”. Wkrótce polazłem do muzeum „Frama”. Zasłużony statek ustawiono w niewielkiej hali. Specjalne pomosty pozwalają zajrzeć przez bulaje do wnętrza kabin załogi i innych pomieszczeń. Mnie jednak bardziej interesowało „wnętrze” człowieka, który był inicjatorem budowy statku, odbył nim kilka rejsów, w tym próbował osiągnąć niezdobyty wówczas biegun północny. Dlatego pozwoliłem sobie skopiować z Wikipedii jego notkę biograficzną.

Fridtjof Wedel-Jarlsberg Nansen. (ur.10 października 1861 w Store Frøen, zm. 13 maja 1930 w Lysaker) – norweski oceanograf, badacz polarny i międzynarodowy działacz społeczny, Komandor Legii Honorowej i laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

Fridtjof Nansen

Urodził się we Froen pod Oslo, gdzie jego rodzice mieli gospodarstwo, którym głównie zajmowała się matka, podczas gdy ojciec był urzędnikiem sądowym. Studiował biologię na Uniwersytecie w Christianii (ówczesna nazwa Oslo), gdzie w 1897 roku został profesorem. Od roku 1898 był członkiem Cesarskiej Rosyjskiej Akademii Nauk.

W 1883 r. zyskał sławę w zawodach narciarskich Husebyrennet, pokonując trasę prawie 800 km z Bergen do Oslo. Był mistrzem Norwegii w biegach narciarskich.

W latach 1887–1888 podjął pierwszą wyprawę na nartach przez Grenlandię, udowadniając , że cała wyspa jest pokryta lodem. Podczas przymusowego zimowania na wyspie, w Godthaab (obecnie Nuuk, stolica Grenlandii), zamieszkał w igloo razem z Inuitami, ucząc się od nich polowania, poznając zwyczaje i sposoby przetrwania w surowym klimacie.

W latach 1893–1896 odbył ekspedycję na Ocean Arktyczny, którą zorganizował na specjalnie zaprojektowanym, przez Colina Archera, statku „Fram” (nazwa pochodzi od norweskiego słowa „naprzód”). Podczas podróży Nansen przeprowadzał liczne badania oceanu. Dotarł wówczas na odległość 300 km od bieguna północnego. Dalej zdecydował wraz z Hjalmarem Johansenem przejść do bieguna, mając do dyspozycji narty i sanie wraz z zaprzęgiem 28 psów, ale nie udało im się osiągnąć celu. Ich droga powrotna prowadziła przez Ziemię Franciszka Józefa, gdzie Nansen spotkał Fredericka Jacksona, który przygotowywał się do zdobycia bieguna na statku „Windward”.

Skończywszy karierę podróżnika pełnił funkcję ambasadora Norwegii; w czasie I wojny światowej pracował w Londynie. Od 1920 roku był pierwszym Wysokim Komisarzem Ligi Narodów do Spraw Uchodźców. Pomógł uchodźcom politycznym wydostać się z Rosji Radzieckiej, a gdy nigdzie nie chciano ich przyjąć, zaczął wydawać specjalne dowody tożsamości (tzw. paszporty nansenowskie), które pełniły rolę dokumentu podróży. Za społeczną pracę i zaangażowanie otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla w roku 1922. Dzięki jego staraniom, w 1924 roku powstało pierwsze na świecie Międzynarodowe Towarzystwo „Aeroarktyka”, które miało za zadanie badać Arktykę z powietrza. W roku 1926 Nansen, jako pierwszy obcokrajowiec, został wybrany przez studentów szkockiego uniwersytetu St. Andrews, Lordem Rektorem.

Mój szacunek do Nansena narodził się dawno temu po przeczytaniu „Fridtjof co z Ciebie wyrośnie” niegdyś słynnej powieści Aliny i Czesława Centkiewiczów. Wg autorów Nansenowi proponowano nawet posadę norweskiego króla, lecz odmówił.

Muzeum wikingów. Byłem tu już kilka razy i jeszcze nie mogę ochłonąć z podziwu dla skandynawskich szkutników. Słynny statek z pochówku łodziowego z Osebergu, w dalszym ciągu wzbudza podziw doskonałością linii kadłuba i finezją ozdób snycerskich. Niestety uczta duchowa trwała krótko, muzeum zamykano wcześniej i do zwiedzania pozostał jedynie skansen morski. Cumował tu „Goya” pierwszy statek, który wyłącznie pod żaglami przepłynął północnym przejściem z Atlantyku na Pacyfik.

Nie wiem co to było. Bardzo blisko od królewskiego pałacu, stałem się widzem jakiejś imprezy historyczno – militarno – muzycznej. A było tak: jezdnią maszerował batalion być może wojska. Wszyscy byli ubrani jednolicie w czarne mundury z lampasami. Pagony, ozdóbki i krój mundurów korespondowały z połową XIX wieku. Rzędy ogromnych orderów przypominały ozdoby Leonida Breżniewa. Na każdej głowie sterczał czarny melonik typu city przybrany skłębionym pióropuszem z czarnych nitek i sznurków. Co zawierały mundury?. Mężczyzn małych i dużych, różnego wzrostu, różnej tuszy i różnych odcieni skóry. Kobiety, ooo! tu był wybór; od tłustej czarnej jak smoła afrykanki z wielkim cycem do malutkich, plaskatych przedstawicielek rasy żółtej. Towarzystwo przy dźwiękach orkiestry społem maszerowało nie przejmując się nadmiernie zachowaniem defiladowego, a przynajmniej równego kroku i swoim miejscem w szeregu. Kilka osób pomyliło szeregi tworząc chwilami formacje trzy lub pięcioosobowe. Za nimi na dwóch wielkich koniach jechały dwie bardzo ładne blondynki, każda z napisem POLITI na bluzie. Pochód zamykały trzy orkiestry ubrane w marynarskie mundury. Tu więcej było „marynarek” niż marynarzy. W zakresie różnorodności grupa biła poprzednią na głowę. Chyba dobierano pozycję w formacji zgodnie z wymogami muzyki. Obok siebie maszerowały dwa klarnety, jeden(a) z czarną czupryną osiągał prawie dwa metry wzrostu, drugi(a) ufarbowany na rudo był(a) z pół metra niższy(a). Obydwie panie miały płaszcze identycznych rozmiarów. Mimo uśmiechów kolejnych blondynek POLITI zgrabnie jadących na koniach nic nie zrozumiałem. Cały czas nurtuje mnie pytanie, co to było?. Sposób stawiania stóp przypominał marsz ludzi dotkniętych poważnym płaskostopiem.

Twierdza Akershus. Budowę twierdzy doskonale widocznej z morza rozpoczęto w ostatnich latach XIII wieku. Już w pierwszych latach następnego stulecia fortyfikacje sprawdziły się w czasie oblężenia. Praktycznie od czasów budowy, aż do II wojny światowej twierdza była wielokrotnie oblegana, głównie w czasie licznych, sąsiedzkich wojen ze Szwecją. Nigdy nie została zdobyta, nawet w 1940 roku w czasie najazdu hitlerowców. Poddał ją rząd kolaborujący z okupantami. W czasie okupacji było tu więzienie gdzie przetrzymywano Norwegów aresztowanych na podstawie tzw. list proskrypcyjnych sporządzonych przez członków  organizacji Vidkuna Quislinga. Tutaj po wojnie wykonano wyrok śmierci na człowieku, który stał się światowym symbolem zbrodniczej kolaboracji z wrogiem. Dzisiaj twierdza mieści muzeum eksponujące militaria i mauzoleum rodziny królewskiej. Rośli żołnierze i żołnierki pełniący warty w obiekcie są członkami Gwardii Królewskiej.

Twierdza Akerhus. Foto: Kazimierz Olszanowski

Miasto ma dwa oblicza: to dzienne, skandynawskie, białe, czyste, zamożne, i to nocne, czarne, brudne, z tabunami śniadych, białych i czarnych dziwek napastujących przechodniów. Część z nich powinna mieć na czole wytatuowany napis „ mam AIDS”. Męską część nocnej populacji reprezentują grupki różnej maści ćpunów i pijaczków łażących, siedzących lub leżących gdzie popadnie.

Wizyta u króla. Niestety życia nocnego nie poznałem, bo wypadało złożyć wizytę gospodarzowi, czyli królowi Haakonowi (czyt. Hookunowi). Król mieszka w niewielkiej, prostej, białej wilii otoczonej ok. dwuhektarową parcelą ogrodzoną zwykłą siatką. Tylko przy bramie wjazdowej postawiono solidniejsze ogrodzenie z kutych prętów. Króla nie było w domu. Wizyta ograniczyła się do popatrzenia co się dzieje za płotem . A nie działo się nic, nawet nie było wartownika, tylko para kosów łaziła po trawniku.

Zaprzyjaźniony Norweg, zapytany: dlaczego stosujecie anachroniczny system władzy w XXI wieku, odparł: „ my swojego króla znamy od lat jako mądrego i porządnego człowieka, który wstydu nam nie przyniesie. Wasz demokratyczny system pozwala na wybór i rządy jakiegoś półgłówka, który wstyd Wam przynosi. Oprócz tego nakłady na utrzymanie króla są dużo niższe niż przeciętnego prezydenta w tzw. krajach demokratycznych. O wyśrubowanych kosztach wyborów nawet nie wspominam a odbywają się co kilka lat. U nas nawet dzieci króla uczą się w państwowych szkołach”.

Park Vigelanda. Z atrakcji miasta pozostał park Vigelanda i spacer po mieście. Norwegowie są bardzo dumni z Vigelanda, ale mnie jakoś stada nadnaturalnej wielkości granitowych „zawodników sumo” lub psychopatów z brązu nie zachwyciły.

„Zawodnicy sumo” płci obojga. Foto: Kazimierz Olszanowski

Zdjęcie poniżej przedstawia fragment scenki rodzajowej. Oczywiście w rodzaju tych, za, które w Polsce otrzymuje się wysoki wyrok i szczere potępienie społeczeństwa. Tu chyba też, bo ślady na rączkach dziecka wskazują na liczne próby udzielenia mu pomocy lub co najmniej okazania współczucia. Twórca rzeźb eksponowanych w parku nie trafił w moje gusty i guściki, trzeba jednak przyznać, że stworzył monumentalne dzieło rzeźbiarskie, niespotykane w tej skali w miastach europejskich.

Paskudna scenka „a feee, ty sadysto!!!”. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na wzgórzu opodal sterczy wysoki falliczny obelisk zbudowany z kłębiących się granitowych cielsk. Tu też widać różnorodność interpretacji. Norwegowie twierdzą, że jest to jeden z przeciętnych penisów w kraju, zaś Norweżki, że jedyny z taką niewzruszoną erekcją.

Oslo ma tylko około 500 tysięcy mieszkańców i tyleż samo samochodów. Dlatego przejazd przez miasto stanowi wyzwanie i raczej nie jest wskazany dla osób nerwowych. Norwegowie, zwłaszcza Norweżki mają opanowaną tylko jedną zasadę ruchu drogowego: „ten z lewej musi ustąpić”. Tak uzbrojone w wiedzę wpychają się na liczne tu ronda powodując zamęt i panikę wśród pozostałych kierowców. Innym „kwiatkiem” jest wymuszenie bezwzględnego pierwszeństwa przy włączaniu się do ruchu nawet z podjazdów do garaży. Święte krowy płci obojga jadące szosą z prędkością 20-30 km na godzinę są tu zjawiskiem normalnym, nawet na autostradzie. Złośliwi obcokrajowcy twierdzą iż starsze Norweżki dla zabicia czasu szydełkują za kierownicą w czasie jazdy samochodem.

Memento. „Janosik”, polski jacht typu Taurus z siedmioosobową załogą, po odwiedzeniu portów Kvagerö i Oslo, wypłynął 15 września wieczorem w morze. Warunki pogodowe były niesprzyjające, panował silny sztorm 9 st B z W. i wysoka fala piętrząca się na całej długości Skagerraku. Ponoć jacht był  widziany następnego dnia rano na południe od wyspy Hvasser. Po czym ślad po nim zaginął. Dopiero po prawie dwóch latach rybacy wytrałowali i wyciągnęli w tym rejonie koło ratunkowe należące do „Janosika”. Izba Morska nie ustaliła przyczyn zatonięcia jachtu, powstały spekulatywne teorie dotyczące kolizji z inną jednostką. Jedno jest pewne „Janosik” nie powinien wychodzić w tak ciężkich warunkach, ale załodze kończyły się urlopy, a do Gdańska jeszcze kawał drogi.

 

POZOSTAŁE PORTY POŁUDNIOWEGO WYBRZEŻA

 

LARVIK

Podejście. Po wyjściu z Oslofiordu, na trawersie ustawionej na szkierze białej stawy Svenner kierujemy się w ogólnym kierunku na zachód, trzymając się kilka mil od postrzępionego lądu. Po zaoczeniu czerwono-białej stawy Stavern możemy zbliżyć się do brzegu i wejść do fiordu Larvik. Po lewej burcie mijamy osadę z widoczną wieżą kościoła i kolejną stawą na wysepce. Port Larvik leży na północnym brzegu fiordu. Wejście do fiordu i portu jest stosukowo bezpieczne, pływają tędy duże promy, a one mają swoje wymagania. Większość przystani żeglarskich zlokalizowano na akwenie przyległym do zachodniego skraju miasta. Są to niewielkie mariny zarządzane przez Larwik Havn. Jest też kilka zarządzanych przez kluby żeglarskie. W jednej z nich mogą cumować tylko jednostki zbudowane z drewna.

Widok miasta z lotu ptaka. Foto: Oficjalna stron miasta.

Dzięki położeniu u ujścia spławnej rzeki i lokalizacji na brzegu bezpiecznego fiordu powstała osada, w której zbudowano dwa ośrodki portowe rozdzielone skalistym półwyspem.

Port Skottebrygga. Był wykorzystywany przez małe statki handlowe, głównie z napędem żaglowym. Tutaj znajdowała się stocznia Colina Archera, słynnego norweskiego architekta morskiego i stoczniowca. Była znana z produkcji bezpiecznych i wytrzymałych statków powszechnie używanych na wodach polarnych. Wśród nich przeważały statki wielorybnicze i pełnomorskie rybackie. Najsławniejszym statkiem, który powstał w tej stoczni, był „Fram”. Wziął on udział w wyprawie Fridtjofa Nansena na biegun północny, następnie w wyprawie Roalda Amundsena na biegun południowy. Zgodnie z życzeniem Nansena kierownika wyprawy na biegun północny Archer przewidując możliwość wmarznięcia statku w lód ukrył stępkę w obrysie kadłuba co miało ułatwić ewentualne uwolnienie „Frama” z lodu i zapobiec zgnieceniu przez napierające pola lodowe. I faktycznie sposób zadziałał, statek uwolniono bez problemu. Jednak w tym rozwiązaniu była mała niedogodność, skutkiem braku oporu zewnętrznej stępki statek kołysał się niemiłosiernie nawet na małej fali. Wg świadectw kolejnych załóg w pełni zasłużył na miano najbardziej „rzygliwego” statku świata.

Port wewnętrzny. W związku z rosnącym ruchem morskim pojawiła się potrzeba budowy dodatkowych miejsc przeładunku, które mogłyby obsługiwać statki parowe. Pierwsze molo portu wewnętrznego zostało zbudowane w 1862 roku, jednak ze względu na wzmożony ruch morski powstało drugie, ukończone w 1876 roku. Port wewnętrzny stał się ważnym węzłem ruchu morskiego. Już po drugiej wojnie światowej w porcie zbudowano terminal promowy, obsługujący tranzyt do portów duńskich.

Hrabiowie Larviku. W roku 1380 Norwegia przystąpiła do unii personalnej z Danią, która trwała 434 lata do 1814 roku. W epoce monarchii absolutnej, w latach 1660–1844, cała władza sprawowana była przez króla duńskiego w Kopenhadze. Ulrik Frederik Gyldenløve został mianowany namiestnikiem norweskim i dziedzicznym hrabią Larviku w 1664 roku. Był nieślubnym synem króla, a hrabstwo Larvik zostało ustanowione w 1671 w celu zapewnienia mu bogactwa i prestiżu. Jako duńskie hrabstwo Larvik znajdował się bliżej dworu duńskiego niż jakiekolwiek inne miasto w Norwegii. Jego kultura, architektura, rzemiosło i tradycje pozostawały pod obcymi wpływami.

Urbanistyka. W 1670 roku celem nowego właściciela miasta był wzrost ekonomiczny.  Hrabia wspomógł ten proces również poprzez dość specyficzną urbanistykę. Podzielił miasto na strefy ekonomiczne. Najbliżej portu w dzielnicy Nanset ulokował zabudowę posesjami najzamożniejszych obywateli, czyli swoich urzędników wyższej rangi, bogatych kupców hurtowników, bankierów, nielicznych przedstawicieli szlachty, itp. W dalszej strefie okalającej poprzednią osiedlili się rzemieślnicy i drobni kupcy. Kolejną zajmowali straganiarze, robotnicy, żeglarze i rybacy. Biedotę i rolników gospodarujących na podmiejskich gruntach ulokował na przedmieściach. Cała społeczność działała zgodnie ze statutem ustanawiającym hrabstwo z 27 lutego 1692 roku. Budynki wszystkich klas budowano z drewna, różniły się standardem.

Spośród wszystkich miast skandynawskich Larvik posiada najwięcej drewnianych domów. W spisie przygotowanym w 1972 roku w związku z kongresem dotyczącym drewnianych miast w Skandynawii, na osiedlach Langestrand i Torstrand zanotowano 1115 drewnianych budynków. Nawet dziś w tych miejscach koncentrują się zabytki drewniane, pochodzące z XVIII i XIX wieku. Mimo, że podczas pożaru miasta w 1884 roku spłonęło wiele budynków wokół rynku i wzdłuż głównych ulic. Na ich miejscu powstały nowe, ceglane domy, przez co miasto zmieniło wygląd.

Znaczenie Larviku wzrosło w 1750 roku ze względu na powstanie tu Fredriksvern, bazy marynarki wojennej. Do 1814 roku Norwegia była pod duńskim panowaniem, kiedy rozpoczął się byt niepodległy, Larvik stopniowo przekształcił się w norweskie miasto średniej wielkości.

Kościół Świętej Trójcy znajduje się na zachodnim obrzeżu miasta. Został wybudowany na zlecenie hrabiego Gyldenløve w 1677 roku. Kościół prawie sto lat później ozdobiono w stylu rokoko, wnętrze zaprojektował Hartvig Jochum Müller. Do dziś jest kościołem parafialnym Larviku. Dzwonnica kościelna została zbudowana jednocześnie ze szpitalem w 1760 roku, zaś plebania wyjątkowo wykonana z kamienia, tak jak sam kościół przynależała do rezydencji hrabiego. Kościół był konsekrowany w 1677 roku, w tym samym czasie skończono też budowę szpitala, gdzie pomoc mogły znaleźć „godne osoby potrzebujące i biedne”. Obydwa budynki należały też do hrabiego.

Kaupang. W pobliżu Larvik nad Viksfjordem leży miasto, którego już nie ma na powierzchni ziemi. Nawet nazwa została zmieniona na Skiringssal. Powstało około 800-roku, a już w X wieku zostało z nieznanych powodów opuszczone. Uznane jest za najstarszy ośrodek miejski w Norwegii. Współczesne wykopaliska odsłoniły zarys osady rzemieślniczo – handlowej liczącej około 1000 mieszkańców. Handlowano między innymi żelazem, steatytem i prawdopodobnie rybami. Steatyt czyli słoniniec jest miękką skałą służącą do wyrobu żaroodpornych naczyń. Uczonych zastanawia fakt pracochłonnego wytwarzania naczyń z kamienia, zamiast łatwych w produkcji naczyń glinianych. Znajdowana na stanowiskach ceramika pochodziła z Niemiec i południowego wybrzeża Bałtyku. W IX wieku przebywający w Norwegii brytyjski mnich, szpieg Ohthern zapisał, że w mieście i okolicy intensywnie leczono, tylko nie podał kto?, kogo?, jak?, dlaczego? i na co?.

 

PORSGRUNN

Na zachód od Oslofjordu leży kolejny, stosunkowo długi i wąski Frierfjord. Na jego brzegach widać kilka osad posiadających przystanie dla jachtów. Nad północną odnogą funkcjonują dwa większe miasta Porsgrunn i Skien. Wąskie akweny nie pozwalają na rozbudowę wysokiej fali toteż można tu spokojnie przeczekać ewentualne ciężkie warunki na otwartym Skagerraku.

Podejście. Podejście rozpoczynamy od światła stawy Langetangen ustawionej na jednej z równoległych długich wysepek. Wchodzimy w najszerszą z cieśnin między nimi. Kierujemy się w stronę miasteczka Brevik leżącego na południowym cyplu stałego lądu. Następnie płyniemy w lewo w wejście do Langensundfjorden, przyjmując kurs na światło Torsberg. W przejściu zaczyna się dobrze oznakowany farwater biegnący do mostu Klaftebru. Przed mostem leży port Porsgrunn z kilkoma rozproszonymi przystaniami. Za mostem otwiera się wejście do długiego, wąskiego fiordu nazywanego czasem „Rzeką Porsgrunn”, która przepływa przez miasto Porsgrunn, aż do śluzy w Skien, gdzie zaczyna się typowy śródlądowy Kanał Telemark prowadzący w głąb kraju do Løveid. Ze względu na liczne mosty podejście do Skien jest utrudnione dla jachtów żaglowych.

Porsgrunn. Foto: Oficjalna strona miasta

Nad krajobrazem miasta dominują, wysoka, biała wieża kościoła i budowle przemysłowe, wszystkie związane są z tutejszą fabryką porcelany.

Fabryka porcelany. Słynna fabryka porcelany, znana z realizacji projektów wybitnych norweskich artystów: Theodora Kittelsena, Ferdinanda Finne’a, Fransa Widerberga oraz Oddy Nerdruma, została założona pod koniec XIX wieku przez norweskiego przedsiębiorcę Johana Jeremiassena. Trzeba przyznać, że właściciel fabryki dokonał doskonałego wyboru zlecając projekty wyrobów dobrym artystom. Kolekcja wyrobów porcelanowych znajduje się w bardzo bogatym muzeum porcelany, które bezwzględnie należy zobaczyć. Warto poświęcić nawet cały dzień, by móc podziwiać ich dzieła. W fabrycznym sklepie można kupić aktualne wyroby, o dziwo stosunkowo niedrogie. Oprócz unikalnych dzieł sztuki fabryka masowo produkuje tzw. białą armaturę, czyli umywalki, i muszle klozetowe itp.

Porcelanowy dach. Kilka lat temu w Porsgrunn oddany został do użytku niezwykły obiekt. To pokryty białą porcelaną kościół, który powstał na miejscu dawnej zabytkowej świątyni, zniszczonej przez ogień. Biały, futurystyczny budynek z ostrą wieżą i jego spiczasty dach widoczne z daleka, wywołując dość nieziemskie wrażenie.

Miasto Skien. Niedalekie miasto leżące nieco wyżej nad „Rzeką Porsgunn”, jest sporo większe od Porsgunn, pod względem liczby mieszkańców, mieści się w pierwszej dziesiątce miast norweskich. Ma bogatą historię, pierwsza osada powstała w czasach wikingów około 1000 lat temu jako faktoria handlowa obsługująca rynek lokalny i zagraniczny. Archeologia potwierdza nawet kontakty z Fryzją. Popularnym towarem handlu były osełki produkowane w niedalekim Eidsborg. Każdy wiking musiał mieć osełkę służącą do ostrzenia narzędzi i broni. Często ich rękojeści były pięknie zdobione, wiele zostało zachowanych w pochówkach szkieletowych, co pozwala sugerować, że właściciele byli bardzo przywiązani uczuciowo do swojego, pożytecznego narzędzia. Oczywiście jeśli założymy przejawy uczuciowości u wikingów.

W okresie chrystianizacji Norwegii na pobliskiej wyspie założono opactwo Gimsøy co sprzyjało rozwojowi ekonomicznemu okolicy. Z tego okresu zachował się romański kościół w Gjerpen (1150 rok). Po wojnach napoleońskich rozwój miasta zahamowała konkurencja ze strony gwałtownie rozwijającej się stolicy Christianii (Oslo)

Kanał Telemark. Rozpoczyna się śluzą w Skien, został zbudowany w połowie XIX wieku i przed rozwojem sieci kolei parowych służył do transportu towarów i pasażerów. Obecnie jest atrakcją turystyczną dostępną jedynie dla małych statków wycieczkowych i jachtów motorowych.

 

RISØR

Podejście. Brzeg jest bardzo poszarpany, miejscami wygląda jak ślady działalności jakiegoś skandynawskiego olbrzyma, który zaczął bałaganiarską rozbiórkę swojej ojczyzny. Od kardynalnej pławy 58 st. 55,3097 N i 009 st. 44,4156 E, żeglujemy w wzdłuż wybrzeża w odległości minimum 3 mil. Kurs 220 st. Po rozpoznaniu stawy Stangholmen kierujemy się na nią w bezpiecznym sektorze światła. Mijamy ją lewą burtą. Za paskiem kilku wysepek widać miasteczko a także przystanie dla motorówek i jachtów żaglowych. Poniższe zdjęcie wskazuje na znaczną przewagę ilościową tych pierwszych.

Marina Risor. Foto: oficjalna strona miasta.

Risør powstał jako mała wioska rybacka. Jednak już w XVI wieku stał się ruchliwym portem i centrum eksportu drewna do Niderlandów. W 1723 roku Risør otrzymał prawa miejskie, dzięki temu już z końcem wieku bazowało tu prawie sto żaglowców handlowych i rybackich. Szybki rozwój trwał do czasu wojen napoleońskich.

W  latach 1807-1814, Dania i podległa jej Norwegia sprzymierzyły się z Francją. Wywołało to reakcję ze strony Brytyjczyków. Marynarka brytyjska wysłała eskadrę okrętów, która zniszczyła flotę norweską, zatopiono nawet norweski okręt flagowy, fregatę HDMS „Najaden”. Po wojnach napoleońskich miasto ogarnął zastój gospodarczy a na dodatek wielki pożar zniszczył prawie całą infrastrukturę miejską, ostało się tylko kilkadziesiąt domów i kościół. Z czasem miasto odbudowano zmieniając urbanistykę, zastosowano siatkę prostych, szerokich ulic chroniących przed rozprzestrzenianiem się pożarów. Zdecydowano pomalować wszystkie budynki białą farbą co miało świadczyć o zamożności mieszkańców. Jednak była to decyzja nieco na wyrost, nie wszystkich było stać na drogą białą farbę. Część mieszkańców na bocznych i tylnych ścianach budynków użyła innych, tańszych kolorów. Miasto weszło w kolejną prosperity. W drugiej połowie XIX wieku w Risør stacjonowało ponad 100 jednostek jednak, był to już „łabędzi śpiew” żaglowców. Parowce mimo, że zdecydowanie droższe, wyparły flotę żaglową z rynku żeglugowego. Zastosowanie stali w budowie statków spowodowało też ograniczenie popytu na drewno okrętowe, podstawowy towar eksportowy miasta.

Kościół w Risør. Jest jednym z dwóch kościołów w mieście. Zbudowany z drewna w 1647 roku w stylu barokowym już po wprowadzeniu reformacji Jak większość z luterańskich kościołów jest bardzo skromnie wyposażony i ozdobiony.

Kościół w Sondeled. Kościół istnieje w pobliskim Sondeled. To bardzo stara świątynia zbudowana w 1150, czyli w okresie chrystianizacji Norwegii. Nawa główna została skonstruowana z obrobionych bloków kamiennych, pozostałe elementy budowli są drewniane. Oczywiście upływ czasu i reformacja wpłynęły na wygląd świątyni.

 

ARENDAL

Podejście. Po wyjściu z Risør żeglujemy kursem185 st. Następnie zmieniamy kurs na 220 st. Na trawersie środka długości wyspy Flostadeya kierujemy się w wąską cieśninę między wyspą Tromoey a stałym lądem. Cieśnina biegnie około 9 Mm w prostej linii KR 240 st, i przypomina ślad po odłamaniu wyspy od stałego lądu. Na jej brzegach leżą malutkie, wąskie fiordy i zatoczki, w których często kotwiczą tubylcze jachty. Przed portem w Arendal nad cieśniną wznosi się wiszący most Trondenbru o długości 400 merów i prześwicie nad średnią wodą około 37 metrów. Zespół marin mieści się w nieco większej zatoczce na północnym brzegu. W mieście funkcjonuje jeszcze kilka innych marin.

Widok Arendal. Foto: Oficjalna strona miasta

Arendal, Jedno z większych miast na południowym wybrzeżu, od zawsze było związane z morzem. W rekordowym 1877 r. rzekomo wyprodukowano tu ponad 500 statków. Taką wartość podaje oficjalna strona miasta, jednak liczba budzi poważne wątpliwości. Stara portowa dzielnica Tyholmen zachwyca drewnianymi domami z XIX wieku, wśród których wyróżnia się ratusz pochodzący z 1812 roku. Miasto ma wielkość przeciętnej stolicy powiatu w zachodniej Polsce. Wciśnięte jest między pionowe ściany czerwonego granitu i zatokę morską. Po drugiej stronie fiordu piętrzy się jakiś półwysep ze stosami malowanych domków.

Fragment miasta. Foto: Kazimierz Olszanowski

W śródmieściu, secesyjne, drewniane kamienice sąsiadują z nowoczesnymi budynkami i jakoś to wszystko razem pasuje. Jednak wyjazd z centrum w kierunku autostrady, wąskim wąwozem między pionową ścianą surowego granitu, sterczącą kilka metrów od pionowej, szklanej ściany biurowca, skojarzył się z dekoracją teatralną. Starałem się zajrzeć za kulisy fasad, jednak piętno sztafażu pozostało. Nad miastem góruje wieża neogotyckiego kościoła z czerwonej cegły, jakich wiele w północnej Polsce i Niemczech. jest to pamiątka niegdysiejszych związków ze Szczecinem. Do wojny były to miasta partnerskie. Cegła na kościół Trinity Church została przywieziona ze Szczecina, zaś szczecińskie chodniki pysznią się granitem z Arendal. Partnerskie kontakty trwały do 1940 roku, kiedy to „tysska trupperna” wsiadła na okręty i przybyła z niezapowiedzianą wizytą. Najeźdźcy zostali przywitani dobrymi minami tylko, że morskimi. Jedna, w charakterze pomnika przypomina o tym światu.

Zaraz obok rozczula przechodniów parka „bullerbynków” z brązu. Dzieci trzymają jakiegoś ptaszka.

Rzeźbka,”dzieci z ptaszkiem”. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wyświecone czuprynki wskazują, że nastrój tej scenki udziela się wielu ludziom. Sądząc ze stopnia wytarcia cokołu, większe zainteresowanie budzi dziewczynka z ptaszkiem niż chłopiec z tymże.

Historia. Już w XVI wieku istniała wieś Arendal, z biegiem lat z czasem przyłączyła inne okoliczne osady. Rozwój zahamowało zbudowanie w 1641 roku przez króla duńskiego Christiana IV, niedalekiego, nowego miasta Kristiansand. Nowe miasto uzyskało od króla przywileje gospodarcze zwłaszcza monopole handlowe. W nowej sytuacji Arendal wprawdzie już posiadający prawa miejskie zaczął podupadać. Pozbawieni środków do życia mieszkańcy i okoliczni chłopi protestowali przeciwko trudnościom. Organizowali liczne bunty. Żyli głównie z przemytu towarów do Danii, na Bałtyk i do Wielkiej Brytanii. Trwało to do 1735 roku, kiedy Arendal otrzymał pełne prawa handlowe. Dotychczasowa polityka monarchii, w połączeniu z nałożeniem przez Duńczyków monopolu na import zboża, spowodowały wielką biedę i głód wśród chłopów w okolicznych okręgach, co doprowadziło do kilku słynnych buntów. W wyniku największego z nich w 1786 roku, król zrezygnował z restrykcyjnej polityki ale przywódcę buntu profilaktycznie osadził dożywotnio w więzieniu. W mieście rozwinęła się żegluga, przemysł stoczniowy i handel drewnem oraz przemysł a także, górnictwo i hutnictwo żelaza. Po wielkim krachu finansowym miasto znalazło się w kryzysie. Jeden z bankierów oszukał klientów i uciekł z kasą, co doprowadziło do bankructw wielu firm i skrajnego bezrobocia. Znaczna część mieszkańców wyemigrowała do USA i osiadła w rejonie Nowego Jorku.

Podczas niemieckiej inwazji na Norwegię 9 kwietnia 1940 roku Arendal został opanowany przez niemiecki kuter torpedowy. Trzeba przyznać, że flota desantowa nie imponowała wielkością a obrońcy zaangażowaniem w obronę miasta.

Arendal słynie z jednej z największych na świecie rafinerii węglika krzemu. Spiek węgla i żelaza nazywany karborundem służy do produkcji materiałów ściernych, ze względu na twardość, która zawiera się pomiędzy twardością diamentu a korundów, czyli szafiru lub rubinu. (9,5 w dziesięciostopniowej skali Mohsa)

Najnowszą atrakcją Arendal jest szklana winda prowadząca prosto z Torvet na położony 60 metrów wyżej punkt widokowy na wzgórzu Fløyheia. Od czasu budowy stała się prawdziwą kością niezgody społeczeństwa stolicy Aust-Agder. Część mieszkańców uważa ją za element przyciągający turystów, inni uważają, że wydanie 100 mln koron na niepotrzebną windę jest niczym nie uzasadnionym marnotrawstwem społecznych pieniędzy. Znakomita cześć społeczeństwa mówiąc kolokwialnie „olewa” temat.

 

GRIMSTAD

Podejście. Wyjście z Arendal jest dość proste i bezpieczne. To pewnie dlatego miasto i port rozrosły się znacznie, podczas gdy pobliskie osady z trudnym podejściem pozostały niewielkie. Z centrum portu wychodzimy prostą cieśniną między wyspami, kierując się na ustawione na sąsiednich wysepkach stawy Nolinuse i Store Torgen. Mijamy je prawą burtą w odległości 1 Mm. Na trawersie Store Torgen zmieniamy kurs na 209 st. I płyniemy nim 3,6 Mm. Podejścia do portu w Grimstad chronią przybrzeżne archipelagi wysepek. Wręcz cały akwen przypomina dobrze ufortyfikowaną twierdzę dodatkowo chronioną przez wysepki i szkiery rozproszone na przedpolu. Kierujemy się na pławę kardynalną ustawioną w pobliżu północnego cypla wysepki Vestre Svertinen, mijamy ją lewa burtą i wchodzimy w cieśninę. Zaczyna się tu farwater oznaczony kilkoma pławami. Na ostatnim odcinku płyniemy kursem N i wchodzimy do jednej z marin. Na akwenie jest jeszcze kilka możliwości wejścia do portu ale opisana ruta jest moim zdaniem najbezpieczniejsza.

Grimstad. Foto: Oficjalna strona miasta

Pierwsze informacje o miejscowości pochodzą z XVII wieku, już wtedy funkcjonowała tu przystań i duża karczma. Przez kolejne stulecia najważniejszym źródłem dochodu mieszkańców był przemyt.

W pobliżu odbyło się kilka awantur morskich. Tu schroniła się przed burzą flota obalonego króla Christiana II. Byłemu królowi ówczesny władca Danii obiecał łaskę ale dożywotnio zamknął go w twierdzy.

Podczas wojen napoleońskich Wielka Brytania zablokowała żeglugę na wodach europejskich w tym norweskich. W 1811 roku. angielski okręt wszedł do portu, by rozprawić się z przemytnikami, łamaczami blokady, jednak został zbrojnie odparty.

Po wojnach napoleońskich Grimstad uzyskało status miasta targowego oraz koncesję na handel i pobór opłat celnych. John Frederik Classen, w oparciu o okoliczne złoża rud żelaza zbudował niewielką hutę co zapoczątkowało rozwój przemysłu. Kilka niewielkich zakładów przemysłowych funkcjonuje w mieście do dzisiaj. W Grimstad mieszka i pracuje wielu Polaków.

Pięknie położony Grimstad, zabudowany białymi budynkami, ponoć jest najbardziej nasłonecznionym miastem w kraju. W końcu XIX wieku w miasteczku i okolicy większość mieszkańców z braku gruntów uprawnych zajęło się rybołówstwem i budową drewnianych statków i łodzi. W mieście funkcjonowało jednocześnie prawie dwieście jednostek. Na potrzeby przemysłu stoczniowego wycięto okoliczne lasy co znacznie przyspieszyło erozję gleby jednak bogate, pobliskie łowiska Skagerraku zapewniły utrzymanie ludności co potwierdza biały kolor farby, którą malowano ściany budynków. Lasy na szczęście odtworzyły się i przywróciły dawny wygląd okolicy.

Ibsenhuset (muzeum Henryka Ibsena). W mieście w budynku starej apteki mieści się muzeum poświęcone Henrykowi Ibsenowi. W styczniu 1844 roku do Grimstad przybył młodociany Henryk Ibsen w celu kształcenia się jako praktykant u farmaceuty. W ciągu kilku lat pobytu w mieście pracował kolejno w dwóch aptekach. Oficjalne, „szkolne” życiorysy podają, iż po całych dniach po pracy zajmował się pisarstwem. W dzień pewnie tak ale z pewnością już w nocy znalazł chwilę czasu i zmajstrował dziecko pannie służącej. Wkrótce porzucił dziecko i jego matkę pozostawiając oboje bez środków do życia, wyjechał do Christianii (Oslo), gdzie otrzymał dyplom prowizora aptekarskiego. Nie pracował w wyuczonym zawodzie, ruszył w świat, gdzie zrobił karierę pisarza i dramaturga. W swojej twórczości ostro piętnował przejawy podwójnej, mieszczańskiej moralności typowej dla klasy średniej w Norwegii i innych krajach europejskich. Porzucania własnych dzieci nie piętnował, a szkoda bo temat znany mu był z autopsji. Akcje kilku jego znanych utworów rozgrywają się na wysepkach w pobliżu Grimstad.

W niedalekim Nørholm przez 34 lata mieszkał inny, słynny pisarz norweski, Knut Hamsun. Widocznie piękna okolica sprzyjała norweskim pisarzom.

 

LILLESAND

Podejście. Z morza widać biały budynek zbudowany na skalistej wysokiej wysepce Saltholm, przed nim patrząc od południa zbudowano  latarnię morską Saltholmen Lighthouse. Wygląda jak biały niewysoki walec przykryty stożkowatym, szarym dachem krytym łupkiem. W dzień trudno odróżnić ją od tła budynku. Cały zespół był zbudowany w 1882 roku. Budynek mieszkalny służył latarnikom do lat pięćdziesiątych XX wieku. Mijamy lewą burtą dużą wyspę Skaneoroya i wchodzimy w cieśninę między jej wschodnim brzegiem i wąską, długą wysepką Langeoya. Za cieśniną leży zatoka portowa Lillesand, mieszcząca między innymi dwie mariny.

Lillesand. Foto: Oficjalna strona miasta

Christian Jensen Lofthuus kilka razy podróżował do Kopenhagi, by królowi duńskiemu przekazać informację o niezadowoleniu mieszkańców z sytuacji ekonomicznej miasta. Król a właściwie regent wysłuchał z uwagą i obiecał ulżyć smutnej doli mieszczan w Lillesand. Obietnicy dotrzymał ale nie tolerując wichrzycieli w 1780 roku kazał pojmać i uwięzić Loftusa. To już kolejny, królewski poddany, który skończył działalność polityczną w murach więziennych. Widocznie królowie duńscy uznawali pobyt w twierdzy za panaceum na wszelkie przejawy niezadowolenia.

W 1821 roku, kiedy Norwegia odzyskała pełną niezależność od korony duńskiej, miasto liczyło zaledwie 300 mieszkańców. Większość pracowała w kilku małych stoczniach i warsztatach szkutniczych. Wkrótce Lillesand zaczęło się rozwijać gospodarczo i demograficznie. Na przełomie wieków flota handlowa liczyła 95 statków. Wkrótce jednak konkurencja ze strony parowców spowodowała poważne trudności ekonomiczne. Żaglowce były niedrogie i można je było budować z lokalnego drewna. Parowce były budowane ze stali, były drogie i wymagały więcej kapitału niż miejscowi armatorzy mogli zebrać. Stocznie zostały zamknięte. Wielu byłych pracowników wyemigrowało do Stanów Zjednoczonych. Nieliczni pozostali mieszkańcy utrzymywali się z rybołówstwa mimo, mimo że główne źródło dochodu, ławice śledzia już nie gromadziły się na tarło w wodach leżących blisko Lillesand.

Polski okręt podwodny ORP „Orzeł”, słynny z brawurowej ucieczki z Tallina, w pobliżu Lillesand zatopił jeden ze statków wiozących niemieckich żołnierzy płynących zająć Norwegię w ramach operacji „Weserübung” (08 04 1940 r.). Po odbyciu kilku rejsów bojowych ORP „Orzeł” nie wrócił z kolejnego, został uznany za utracony z całą załogą. Lokalizacja jego morskiego grobu wciąż pozostaje nieznana. W mieście postawiono pomnik a w miejskim muzeum zorganizowano wystawę poświęconą załodze okrętu.

Z Lillesand możemy popłynąć do dużego portu Kristiansand. Można wybrać i wykorzystać dłuższą trasą zewnętrzną poza pasem wysp i szkierów lub krótszą między wyspami a stałym lądem. Długość dłuższej trasy przez pełne morze wynosi około 20 Mm. Wiele jachtów korzysta z dobrze osłoniętej trasy krótszej mierzącej około 13 Mm.

 

KRISTIANSAND

Podejście. Podchodziliśmy do brzegów Półwyspu Skandynawskiego, morze było spokojne, z NE wiała trójka Beauforta, można było jednak odczuć niewielki rozkołys, pewnie gdzieś niedaleko wieje albo wiało mocniej. Płynąc z duńskiego portu Hirtshals popatrzyłem przed dziób. Na podejściu, ostrymi kłami szkierów wyszczerzyła się na nas Norwegia, horyzont był granatowy, wyżej czarne, gnane wichrem chmury też wyglądały niezbyt gościnnie, zwłaszcza jak chrzciły nas deszczowymi szkwałami. Sceneria groźna i dramatyczna kryjąca kraj piękny, jak pamiętam, zamieszkały przez ludzi. Kristiansand leży w głębi fiordu kilkadziesiąt mil na wschód od umownej granicy między Skagerrakiem a Morzem Północnym. Akwen charakteryzuje się szybkimi zmianami pogody. Gdy pojawiła się ławica ciemnych groźnych chmur, gwałtowny szkwał uderzył od stron lądu i rozpędził chmury, pokazało się słoneczko, niebezpieczeństwo minęło. Można pogapić się na wejście do Kristiansandfiordu. Panuje duży ruch, farwaterem pędzą wielkie promy. Na trawersie stojącej na szkierze latarni morskiej „pływające miasteczka” nieco zwalniają ale jeszcze płyną z prędkością ok. 10 węzłów. Przed wejściem do basenu taki kolos obraca się o 180 stopni i rufą o własnych siłach podchodzi do nabrzeża. Przy samej kei aktywują się cumy magnetyczne a wielki statek zatrzymuje się. Postój trwa około dwóch godzin i statek wypływa w kolejny wahadłowy rejs.

Latarnia morska przy wejściu do zatoki portowej. Foto: Kazimierz Olszanowski

Port. Brzeg ma kształt „łukomoria”, to rosyjskie słowo dobrze oddaje widziany obraz. Nawet mistrz słowa polskiego Julian Tuwim nie potrafił przetłumaczyć tego wprost. Ja nawet nie będę próbował. Owo łukomorie częściowo osłonięte jest skalistą wyspą dzielącą optycznie i funkcjonalnie port na dwie części. Na wschód aż po ujście Otry ciągną się mariny żeglarskie i tereny spacerowe. Strzeże ich XVII-wieczny, kamienny fort Christiansholm Fortress w kształcie rotundy postawionej na wielokątnym kamiennym cokole. Jako fundament wykorzystano skałę wystającą z morza. W pobliżu fortu zachowały się niewielkie, obecnie puste, kamienne pirsy i falochrony wytyczające baseny dla małych jednostek. Miasto powstało w tym samym czasie co fort.

Z fortem sąsiaduje marina żeglarska gdzie powinno się dokonać odprawy granicznej. W bliskiej okolicy miasta jest jeszcze kilkanaście innych marin ale ta jest ponoć najważniejsza.

Żeglarska część portu. Źródło: Foto: Oficjalna strona miasta.

Miasto otacza końcówkę fiordu. Na obrzeżach sporo nowoczesnej architektury przemysłowej. W centrum kilkadziesiąt ulic na siatce kwadratów zabudowanych murowanymi domami. Dzielnica reprezentacyjna to trochę niezbyt wysokich, drewnianych domów z aspiracjami do tradycji, ale przypominających ozdobne szopy. Jest jeszcze duma mieszkańców, czyli nowy budynek opery, tak z grubsza miniatura budynku dworca centralnego w Warszawie, tylko ściany ma przeszklone lustrzanymi szybami, nawisy dachu wyłożone drewnem i ukształtowane faliście. Mnie zachwyciło odbicie w szybach, cumującego opodal, żaglowca „Christian Radich” i zastanowiło dlaczego nie usunięto szkieru wystającego z wody przy nabrzeżu.

Kristiansand położenie ma wspaniałe, zajmuje amfiteatralne zbocza gór z niewielką, centralną równinką. Do głęboko wciętego fiordu uchodzi górska rzeka Otra. Dotychczas miałem wrażenie, że jest to miasto bez indywidualnego charakteru, bo w końcu malownicze położenie nie jest w Norwegii czymś niezwykłym. Poznałem słynne „Kvadraturen”, czyli dzielnicę pochodzącą z początku XX stulecia. Między rzeką a morzem wytyczono kilkadziesiąt ulic, dzieląc teren na identyczne, prostokątne bloki. Wzdłuż ulic pobudowano murowane budynki, dość podobne w wielkości, ale każdy w innym stylu. Poezja eklektyzmu w skali całej dzielnicy. Pomimo usilnych starań nie zauważyłem dwóch podobnych budowli. Sąsiednie domy chyba celowo tak aranżowano, by kontrastowały architektonicznie. Zastanawiałem się nad tym Kvadraturen, co było przyczyną, że zbudowano i z dumą kultywuje się taki dziwoląg?. Norweskie bardzo proste domki, zawieszone niżej i wyżej na skałach, na tle lasu lub wody, czasami pojedynczo a czasami w grupkach tam gdzie tylko teren lub dynamit pozwoliły, są po prostu piękne. A tu klapa zwana Kvadraturen. A może to przyroda dotychczas odwalała za Norwegów całą pracę koncepcyjno urbanistyczną komponując arcydzieła. Jak trafił się kawałek płaski jak stół to się biedaczyska pogubili i nastawiali różności. Ta cała siatka ma jednak niezwykły akcent. Na jednym skrajnym bloku, dla odmiany trapezowym, bo sąsiaduje z ukośnie przebiegającą arterią komunikacyjną istnieje niewielki parczek. Między drzewami poustawiano rzeźby z piasku. Każdej wiosny tworzy się ich kilkanaście. Piasek impregnuje się tak, że mogą w dobrym stanie dotrwać do jesiennych sztormów. Część z nich trąci sponsorowaną kryptoreklamą, ale są też prawdziwe dzieła sztuki. Oczywiście jak dla mnie. Wśród rzeźb króluje zwykła piaskownica. Tu stadka „bullerbynków” z łopatkami cieszą się egzotycznym w Norwegii tworem natury, zwykłym piaskiem. Cóż jesteśmy w Kristiansand, co można zauważyć nawet łopatką. Czyli Kiristiandsand piaskiem słynie. Ale zwykłej gliny nie ma tu nawet na lekarstwo, właściwie to ja jej nie napotkałem. Pytani Norwegowie nawet nie wiedzieli, o co chodzi.

Jeden blok zajmuje parking, inny katedra (chyba luterańska) i niewielki kościółek katolicki. W czasie większych uroczystości nabożeństwa katolickie odbywają się gościnnie w katedrze. Jest to pierwszy krok do ekumenizmu. Parafia katolicka składa się pół na pół z Polaków i Wietnamczyków. „ …Ojcze nasz, któryś jest…”, jak to brzmi po wietnamsku?. Wspólne polsko-wietnamskie nabożeństwa mogą być drugim krokiem ekumenizmu. Jeśli tak, to słowo ekumenizm przy odrobinie wyobraźni brzmi jakby zabawnie, podobnie jak słowo amen, czyli „ciuua” po wietnamsku.

Kvadraturen. Może pogodniejszy dzień nastroił mnie optymistycznie, bo Kvadraturen postrzegłem nie jako eklektyczną zbieraninę eklektycznych budyneczków, lecz jako dziwną wprawdzie, ale ciekawą dzielnicę miasta, nawet z pewnym charakterem. Niektóre budyneczki wyróżniają się oryginalnym zdobnictwem lub nieco frymuśną architekturą i są bardzo sympatyczne. Sądzę, że genezy powstania takiej zabudowy należy szukać w historii tej części Norwegii. Tu nie było żadnych zniszczeń wojennych, dlatego przypuszczam, że założenia urbanistyczne opracowano dla terenu zrujnowanego przez jakąś klęskę żywiołową, być może pożar. Najstarsze budowle Kvadraturen powstały pod koniec XIX wieku. Od tego czasu każdy budynek wykonany z materiałów niepalnych miał szansę dożyć kresu swoich dni w spokoju. Wtedy to zastępowany był innym wybudowanym wedle aktualnej, szybko zmieniającej się mody a cały proces zmian rozkładał się na lata. Taki system funkcjonował do ostatnich dziesięcioleci XX wieku, kiedy to zapewne zrównano z ziemią domki stojące w pasie między miastem a portem i zastąpiono je serią nowoczesnych apartamentowców, obwieszonych tarasami i balkonami. Balkony osłonięte grubymi szybami przypominają terraria, część tarasów przykrywają masywne wspornikowe dachy. Mają one chronić mieszkańców terrariów przed opadami, wyglądają jednak jak popularne w krajach zwrotnikowych łamacze słońca. Tak czy owak prezentują się bardzo egzotycznie na tej „norweskiej, słonecznej Riwierze”.

Wiele małych sklepów, sklepików i butików nie sprzedaje już żadnych artykułów, sprzedają same siebie. Wystawy ozdobione są tabliczkami „til salgs” lub „til rent”. Handel w Kvadraturen podupadł od czasu otwarcia ogromnego centrum handlowego Sorlandparken.

Kościół katolicki na zewnątrz bardzo pasujący do budynków w słynnym Kvadraturen, czyli nie jest podobny stylowo do żadnego innego, wewnątrz przypomina świątynię protestancką, jest oszczędny w formie, jedyną ozdobę tworzą witrażowe okna. Nosi wezwanie św. Ansgara.

Kvadraturen szpecą ewidentnie koszmarne, kanciaste, szare i nudne wieżowce różnych firm w tym budynek hotelu „Radisson”. Poustawiano je wprawdzie na obrzeżach dzielnicy jednak z reguły zamykają perspektywę starych uliczek dominując nad barwną, niewysoką zabudową.

Między miastem a wodą rozciąga się dość wąski, ale długi skwer usiany ogródkami jordanowskimi i akcentami plastycznymi. Są to głównie rzeźby, ale napotyka się mozaiki, fontanny czy po prostu ciekawe głazy. Dziełka sztuki nie niosą żadnych wzniosłych przekazów, mają cieszyć oczy i tyle. Wywołują jednak życzliwe reakcje przechodniów; uszkodzoną nóżkę spiżowej sarny jakieś dobre dusze w miarę potrzeby bandażują taśmą ochronną. Nie dotyczy to nielicznych tutaj drzew, one są torturowane przycinaniem aż do osiągnięcia wyglądu grabi sterczących w niebo konarami zakończonym bułami zrakowaciałej tkanki. W kilku miejscach eksponuje się z pietyzmem kawałki piaszczystej plaży, wszak miasto ma piasek w nazwie. Na jednym z budynków rzuca się w oczy duży napis „Loża Masońska” co raczej zadaje kłam lansowanym przekonaniom o tajności organizacji masońskiej.

Christiansholm Fortress. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na zachód rozciąga się port przemysłowy znaczony sztaplami kontenerów, terminal promowy Color Line i jeszcze dalej chyba port rybacki, ale tam nie byłem. Między kontenerami ukrywa się sympatyczny w formie budynek opery.

Fiskebrygge. Strefę między jednym a drugim ośrodkiem portowym zajmuje urokliwa dzielnica Fiskebrygge (Nabrzeże Rybackie). Wytycza ją sieć kanałów gęsto obstawionych drewnianymi budyneczkami pamiętającymi dawne czasy lub tylko nawiązującymi do tradycyjnej architektury. Kilka mostów i mosteczków jeszcze podkreśla podobieństwa do charakteru odległej Wenecji. Dominują dwa kolory elewacji. W Fiskebrugge uderza dbałość o zachowanie rybackiego charakteru miejsca, eksponuje się fragmenty starych łodzi i statków czy tradycyjny sprzęt używany w żegludze. Śmieszą tylko przejawy nadgorliwości takie jak sterta skrzynek na ryby i kosze do połowu krabów zdobiące nobliwe wejście do siedziby biura notarialnego.

Lewy brzeg Otry to pionowa skała stercząca nad wodą a na niej domki i domeczki. Prawy brzeg jest płaski, zbudowany z utworów morenowych uformowanych w niski półwysep Tangen i litych skał ukrytych pod osadami. Nie jestem jasnowidzem geologicznym, po prostu obejrzałem wykop wykonany pod jakiś podziemny parking i miałem możliwość poznania profilu gruntowego.

Teren zajęty jest przez budynki instytucji i firm, dla, których skala Kvadraturen jest zbyt mała, o braku miejsc parkingowych nie wspomniawszy jak mawiał nieśmiertelny Pawlak. Zabudowa prezentuje pewien standard rozmiarów, solidności nawet dyskretnej nobliwości. Tu i tam napotyka się dopracowane, eleganckie detale, cieszy brak nachalnej kakofonii wizualnej elementów reklamowych. Na małych skwerkach i placykach często między biurowcami urządzono ogródki jordanowskie, tory dla deskorolek itp. miejsca służące młodemu pokoleniu. Pozostałą część półwyspu zajmuje trawiasto granitowy skwer wykorzystywany, na co dzień do spacerów zaś okazjonalnie służy lokalnym imprezom masowym.

Rzeka Otra (Wydra) powyżej miasta Otra ma ze sto metrów szerokości i płynie wartko, ale bez szaleństwa. Po wschodniej stronie widać, szosę, pionowe skały i gdzie nie gdzie domki. Widok urozmaicają plamki klonów, świeci słoneczko i jest fajnie. Na zachodnim brzegu ścieżka biegnie między rzeką a stosunkowo łagodną skarpą porośniętą liściastym lasem. Kilkaset metrów dalej skarpa niepostrzeżenie wypiętrzyła się w kierunku zenitu i zamieniła w dzikie gruzowisko granitowych bloków zaplątanych w sieć korzeni drzew. Rzeka, ten popularny symbol upływającego czasu zupełnie bez emocji szemrała sobie dalej jak gdyby nigdy nic. W jednym miejscu większy strumyk przecina dróżkę, wyskakuje z jakiegoś „głaziastego” wąwozu, komina. Spojrzałem w górę ile tylko sterany życiem kręgosłup pozwolił i nie dostrzegłem końca piętrzących się kaskad huczącej wody. Na odcinku miejskim zachodni brzeg rzeki pełni rolę portu dla tradycyjnych żaglowych stateczków. Jest na co popatrzyć, ciekawe kształty kadłubów, niespotykane gdzie indziej elementy takielunku i wszystko sprawne, zadbane. Na szczęście nie zastosowano połyskujących lakierów, prawdopodobnie zakonserwowano drewno jakimś olejem. Cumując w ujściu rzeki trzeba uważać na silny prąd i skały sterczące z nurtu.

Kannonemusett. Cypel Møvik leżący między Kristiansandfiordem a Skagerrakiem, jak zwykle stanowi kawał granitu. Na nim i w nim Adolf H. zbudował baterię 3 dział kalibru 381 mm. Miało być ich cztery, ale Anglicy zatopili czwarte w czasie transportu morzem. Działa pierwotnie miały być ustawione na Duodde, SE cyplu Bornholmu. Zasięg miał umożliwić szachowanie żeglugi na środkowym Bałtyku. W zasięgu miał być ponoć nawet Kołobrzeg. Po opanowaniu całego Bałtyku działa stały się zbędne i zapadła decyzja o zamontowaniu ich w Norwegii i Danii celem zablokowania wejścia na Skagerrak. Chyba nigdy nie wystrzeliły w warunkach bojowych. Teraz jest to kolejne kannonenmusett. Po wojnie dwa działa zdemontowano zaś trzecie potrzebuje tylko ze 100 kg środka miotającego i pewnie mogłoby wystrzelić. Potężna haubica z bardzo długą lufą obraca się w żelbetowej barbecie o średnicy 15 metrów i głębokiej na jakieś trzy metry. Wszystkie mechanizmy ma sprawne i wszystkiego można dotknąć i jak się da to pokręcić. Pewnie, dlatego nie ma tu prochu czy innego kordytu, ot tak na wszelki wypadek. Niedaleko działa straszy wrak żelbetowego budynku wchodzącego niegdyś w skład baterii. Po wojnie, by zatrzeć jej ślady próbowano go wysadzić, zamiar nie powiódł się i teraz sterczy takie, nadgryzione dynamitem coś.

Haubica kalibru 360 mm. Foto: Kazimierz Olszanowski

Stanowisko dowodzenia. Foto: Kazimierz Olszanowski

Pod działem mieści się ogromny bunkier dla obsługi. Uciekający Niemcy pozostawili wszystko w niezłym stanie i tylko potrzebna jest bieżąca konserwacja. Jak podaje ulotka, haubica ta jest największym w świecie działem lądowym. Ma zasięg ponad 100 km (zasięg skuteczny około 50 km). W rejonie Hirsthals na północy Danii istniała podobna bateria. Obydwie miały możliwość zablokowania wejścia na Bałtyk. To raczej propaganda bo trafić z 50 kilometrów w szybko płynący okręt w zasadzie jest niemożliwe, chyba jakimś fuksem. W bunkrze dla potrzeb turystów funkcjonuje oryginalny węzeł sanitarny z epoki. Skorzystałem z pisuaru, z muszli nie, bo jakoś nie odpowiada mi zbyt intymny związek z Wehrmachtem czy Kriegsmarine, sikać można z pewnym dystansem do historii i świata.

Norwegowie wyznają zasadę „cudzego nie chcemy, swojego nie damy”. Realizacja tego szczytnego hasła wymagała budowy wielu instalacji obronnych chroniących newralgiczne punkty wybrzeża. Oprócz eksponowanych twierdz pobudowano dziesiątki mniejszych punktów oporu. Te dla odmiany są często ukryte i zamaskowane, jako szkiery lub skały. Wpływając farwaterem do Kristiansand można zauważyć kilka ulokowanych w sztucznych grotach na nadmorskich klifach.

Hellewiga. Z Kristiansand udaliśmy się na zachód do Hellewiga, ulubionego miejsca niedzielnych wyjazdów mieszkańców miasta. Właściwie teren leży prawdopodobnie w granicach miasta. Na szkierowatym, skalistym półwyspie urządzono park. Tu wolno grillować na skałach, kąpać się, opalać. Można przenocować w specjalnych szopach. Wyglądają nieco śmiesznie, jak psie budy skrzyżowane z klatkami dla królików, na krótkich palach z wejściami osłoniętymi brezentowymi plandekami, ale jest to doskonały pomysł. Wystarczy mieć karimatę i śpiwór. Często koczują tu całe rodziny lub bezdomne parki spragnione intymnej samotności. Obowiązuje jedynie zakaz trenowania psów myśliwskich, pewnie z czegoś to wynika, niestety nie mogłem ‘rozgryźć” tego problemu. Chyba, że właśnie o gryzienie chodzi.

MS „Nysa” Żeglując wzdłuż norweskich brzegów między Kristiansand a Flekkefiord przepłyniemy nad miejscem spoczynku wraka polskiego, małego drobnicowca ms „Nysa”, Zatonął w silnym sztormie 10 stycznia 1965 roku wraz z całą 18-osobową załogą. Wiał wówczas wiatr o sile 10 stopni w skali Beauforta a fale sięgały do 12,5 metra wysokości. Ms „Nysa” płynął ze szkockiego portu Leith do Oslo z ładunkiem 650 ton złomu w postaci pociętych szyn kolejowych. W dniu katastrofy o 22.33, około 20 mil morskich na południe od Egersund, norweski statek „Berby” zauważył jednostkę nadającą sygnały świetlne SOS, które wkrótce zanikły. Gdy o 22.50 Norwegowie dotarli na miejsce, niczego nie znaleźli. „Nysa” była jedynym statkiem, który wtedy zaginął. 11 stycznia znaleziono resztki szalupy „Nysy”, w następnych dniach m.in. koła ratunkowe i fragmenty kadłuba a w dniach od 14 stycznia do 16 stycznia morze wyrzuciło na wybrzeże Norwegii kolejno zwłoki 7 marynarzy. Izba Morska z braku jakichkolwiek dowodów nie ustaliła przyczyn katastrofy, wskazując jednak prawdopodobną, którą mogło być przesunięcie się źle zasztauowanego ładunku. Ówczesne Ministerstwo Żeglugi z przyczyn propagandowych wymyśliło zderzenie z dryfującą miną pozostałą z drugiej wojny światowej. Wybuchu nie zauważyła załoga statku „Berby”, która widziała czerwone rakiety, sygnały SOS.

 

MANDAL

Podejście, zaczynamy jeszcze na otwartych wodach Skagerraku, kilkanaście mil na wschód od latarni Lindesnes gdzie przebiega granica z Morzem Północnym. Punktem startu jest czerwono-biała stawa ustawiona na wysepce Ryvingen. Mijamy ją prawą burtą w odległości 200-300 metrów trzymając kurs 350 stopni. Kolejny znak nawigacyjny ze światłem sektorowym ustawiono na wysepce Cairn. Płynąc kursem N i patrząc na północ od wysepki  widać niewielką zatoczkę, do której uchodzi rzeka Mandalselva. Centrum miasta Mandal leży na jej zachodnim brzegu. Akwen portowy zamyka żelbetowy most, wdzięcznymi łukami spinający brzegi rzeki.

Mandal, port w ujściu rzeki Mandalselva. Foto: Oficjalna strona miasta.

Mandal leży na najdalej na południe wysuniętym skrawku Norwegii w gminie Lindesnes w hrabstwie (fylke) West Agder. Jest czwartym co do wielkości miastem w Sørlandet oraz centrum administracyjnym gminy.

Wprawdzie jak na Norwegię miasto posiada stosunkowo długą, pisaną historię, prawdopodobnie jest najstarszym miastem dzielnicy Sørlandet. Było wymieniane już w czasach króla Eryka Pomorskiego (XIV wiek). Jednak dwa kataklizmy, głównie wielki pożar 1810 roku, który spopielił doszczętnie miejską zabudowę i bombardowania w czasie II wojny światowej zniszczyły wszystkie stare budowle. Najstarszym budynkiem jest współczesny kościół liczący 200 lat. Podczas II wojny światowej Niemcy zbudowali na równinie w pobliżu miasta duże lotnisko wojskowe. Samoloty tam bazujące strasznie przeszkadzały aliantom, co spowodowało częste bombardowania odwetowe. Bomby lotnicze nie należą do precyzyjnych pocisków toteż ucierpiało głównie miasto.

Po wojnie mieszkańcy zaniechali prób odbudowy zniszczonych zabytków, postawili na nowoczesność. Powstało kilkanaście budowli bardzo ładnych, pasujących do krajobrazu w tym pięknie ukształtowany most nad rzeką. Mimo nowatorskiej architektury mieszkańcy nie zaniedbują tradycji zdobienia elewacji w sposób „jak drzewiej bywało”. W czasie niezbędnych remontów lub wymiany drewnianego szalowania ścian, czego wymaga klimat kraju, z pietyzmem zachowuje się stare ozdoby snycerskie. Dzięki temu zwyczajowi przetrwały zakątki zabudowane domkami wyglądającymi jak kilkadziesiąt a nawet 100 lat temu, gdy panowała inna moda zdobienia elewacji. Jest to zwyczaj rzadko spotykany w Sørlandet i pewnie w reszcie kraju. Najczęściej w czasie kolejnych remontów, by oszczędzić kosztów likwiduje się ozdoby snycerskie.

Architektura. Foto: Kazimierz Olszanowski

Atrakcje:

Plaża. Na zachodnim brzegu zatoczki leży słynna w Norwegii piaszczysta plaża. Ma długość ponad kilometr. W lesie za pasmem niewielkich wydm urządzono bogato wyposażone tereny rekreacyjne.

Podwodna restauracja. Inną wyjątkową atrakcją jest podwodna restauracja. Można siedząc wygodnie spożywać dary boże jednocześnie obserwując przez szklany dach i takowe ściany wszystko co pływa w morzu i być może trafi w końcu do kuchni restauracyjnej i na talerz smakosza. Kuchnia słynie z dań typu frutti di Mare.

Rzeka Mandalselva.  Powyżej miasta rzeka przedziera się przez liczne progi i katarakty. Miłośnicy adrenaliny spływający tędy na pontonach mogą liczyć na sporą dawkę pożądanego hormonu. Wędkarze „biczujący wodę” też, zwłaszcza gdy na haku zaczepi się dorodny łosoś lub troć.

 

HIDRA

Podejście. Wyspa leży po zachodniej stronie wejścia do Flekkefiord. Na trawersie południowego cypla Hidry kręcimy w lewo w kierunku główek portu. Kierujemy się na wieżę sporego białego kościoła dobrze widocznego z wody. Namiar na wejście dubluje światło nawigacyjne ustawione na brzegu. Obydwa punkty nie stanowią typowego nabieżnika choć wyznaczone przez nie kierunki w zasadzie pokrywają się. Cumujemy przy jednym z nabrzeży ciągnących się na północ od kościoła.  Nie stwierdziłem w osadzie żadnych sklepów toteż nie można liczyć na uzupełnienie zaopatrzenia. Pozwoli na to położone niedalekie miasteczko Flekkefjord, gdzie można przycumować do nabrzeża miejskiego.

Przystań na wyspie Hidra. Foto: Oficjalna strona miasta

Wyspa ma ok. 53 km2 i stanowi skondensowaną miniaturkę Norwegii. Granitowe góry, malutkie głęboko sięgające fiordy i zatoczki, jakieś stawy i jeziorka, wszystkie połączone strumykami z morzem. Położona jest w okolicy, gdzie region Sørlandet spotyka się z fiordami Norwegii Zachodniej. Górzysta wyspa przedzielona jest na dwie części naturalnym kanałem, który do niedawna był długim, na skalę wyspy, wcinającym się w ląd fiordem. By ułatwić rybakom żeglugę wąski, lądowy przesmyk przekopano, dzieląc wyspę na dwie części. Góruje nad nią góra Hågåsen będąca doskonałym punktem widokowym na okoliczne wysepki i cieśniny. W pobliżu szczytu leżą pozostałości po baterii nabrzeżnej z czasów wojny.

Osada. Wszędzie stadka szkierów i szkierków. Tu i tam grupki wymuskanych, białych domków. Od czasu pojawienia się domków szkieletowych, Norwegowie muszą, co ok. 20 lat wymieniać deski elewacji. Klimat robi swoje. Kolejne wymiany desek powodują też adaptacje do aktualnej mody. W efekcie nawet stare domki wyglądają jak nowe. Domki, miejscami leżą tak blisko siebie, że musiano zlikwidować narożniki budynków na poziomie parterów, by mogły między nimi zakręcać samochody. Nalot nowych domków, letnich „hytt” należących do przyjezdnych mieszczuchów nie zdołał jeszcze zamaskować resztek starej, biednej Norwegii, tej sprzed początków boomu paliwowego. Tu w pełni funkcjonują stare nabrzeża wykonane z drewna i głazów, czyli materiałów łatwo dostępnych i stosunkowo tanich. Chce się usiąść na ich skraju pogapić się na okolicę i pomajtać nogami nad wodą. Nowoczesne, pływające nabrzeża marin nie dają takiej przyjemności, są obce i szorstkim betonem drapią w siedzenie. Tu jeszcze w użyciu są drewniane szopy rybaków i poławiaczy krabów. Wypasione jachty przemieszane z dziwnymi, starymi pływadełkami. Wypiliśmy niezłą kawę w samoobsługowej kawiarni. Cały lokal to ekspress pod daszkiem, kilka stolików i pudełko na należność. Jeszcze kosz na zużyte jednorazowe filiżanki.

Kościół na wyspie. Foto: Kazimierz Olszanowski

Kościół. Niekwestionowaną perłą architektoniczną Hidry jest stosunkowo duży i jak na Norwegię ozdobny kościół. Został w XVIII wieku zbudowany na przybrzeżnym szkierze. Z materiału uzyskanego z wyrównania wierzchołka szkieru usypano niewielką groblę umożliwiającą dojście. Koło kościoła widać kilkanaście nagrobków i krzyży. Raczej są to pochówki symboliczne, upamiętniające ludzi zaginionych na morzu lub zasłużonych dla wyspy. Bardzo mało tu miejsca na regularny cmentarz a wykucie grobu w litym granicie mogło stanowić spory problem.

Kamping. Wieczorem znaleźliśmy się w niewielkiej dolince, gdzie stało kilka malutkich domków z dachami porośniętymi trawą i wrzosem. Nie napotkaliśmy żywej duszy, tylko na desce widoczny był numer telefonu. Skorzystaliśmy z niego, pojawił się sympatyczny pan, wskazał nam domek, skasował należność i odjechał.

Refleksja. Widziałem wiele pięknych miejsc w bogatej pod tym względem Norwegii ale Hidra wyjątkowo zachwyciła mnie urokiem i szczególnym klimatem życia. W czasie sjesty kawowej norwescy turyści siedzący przy sąsiednim stoliku, słysząc naszą rozmowę zastanawiali się jaką nację reprezentujemy i jakim cudem odnaleźliśmy Hidrę. Raczej nie uwierzyli naszej odpowiedzi, że wiedzę o wyspie posiedliśmy w czasie szkolnej nauki.

 

EGERSUND

Podejście rozpoczynamy przy wyspie Skarvoeya, powinno się minąć ją lewą burtą w odległości nie mniejszej niż 0,5 Mm. Dalej należy kierować się na oświetloną stawę Vibberoden. Powinno się minąć ją lewą burta w bezpiecznej odległości. Na trawersie wyraźnego przewężenia fiordu zaczyna się zabudowa Egersund. W centrum otwiera się wąskie wejście do bocznego fiordu, gdzie można przycumować do pływających pomostów z Y-bomami. Północna część akwenu miejscami jest płytka, głębokości lokalnie nie przekraczają dwóch metrów zwłaszcza wzdłuż brzegów leżących po północnej stronie fiordu. Raczej nie pchajmy się tam.

Marina w Egersund. Foto: Oficjalna strona miasta.

Miasto. Jadąc autostradą na zachód od Kristiansand do Stavanger widać drogowskazy z nazwą Eigersund. Dopiero przed samym skrętem na południe, ku morzu pojawia się nazwa Egersund. To efekt obowiązywania różnych dialektów lokalnych.

W epoce dominacji floty żaglowej Egersund położony nad spokojną, wąską cieśniną znalazł sprzyjające warunki rozwoju. Dwa wyjścia z portu  pozwalały na żeglugę statków żaglowych na otwarte wody bez długiego oczekiwania na zmianę kierunku niesprzyjającego wiatru. Gdy jedno wyjście blokował niekorzystny wiatr można było wyjść fordewindem dzięki drugiemu wyjściu. Dodatkowym atutem jest bliskość ciepłych wód Golfsztromu, cieśnina i wody portowe nie zamarzają a jeśli nawet to bardzo rzadko i na krótko. Nawet na dalekiej północy zamarzają jednie miejsca ujścia rzek niosących słodką wodę, która zamarza przy wyższej temperaturze niż morska.

Historia. Ludzie pojawili się w okolicy jeszcze w środkowej epoce kamienia, pozostały po nich narzędzia krzemienne i kościane. Z przełomu epok brązu i żelaza zachował się w dobrym stanie kamienny krąg Stoplesteinan. Datowanie jest niepewne, budowla może być dużo młodsza, to jednak tylko domniemanie, jak dotychczas nikt nie znalazł daty wyrytej na kamieniu. Moda na podobne budowle zapanowała około 5 tys. lat temu i obowiązywała z przerwami w Północnej Europie do schyłku okresu wikingów. Kamienny krąg znajduje się bezpośrednio nad Skårabrekkå na obrzeżach centrum Egersund. Nordyckie słowo Skårabrekkå oznacza osiedle zabudowane kamiennymi chatami. Kojarzy się z opuszczoną neolityczną osadą łowców wielorybów Skara Brae na Orkadach. Dokładnie i w całości przebadaną przez archeologów jeszcze w latach trzydziestych XX wieku.

Z początkiem II tysiąclecia naszej ery Egersund posiadał już spory kościół mariacki. Chrześcijaństwo w Skandynawii rozwijało się powoli, równolegle funkcjonowały stare pogańskie kulty. Ponoć nawet na honorowym miejscu przed budynkiem kościoła istniał ołtarz przeznaczony do składania ofiar Odynowi, Thorowi i innym pogańskim bóstwom. Dopiero z końcem XIV wieku kościół katolicki i chrześcijańscy monarchowie społem zlikwidowali relikty pogańskie. W Polsce trwało to nieco dłużej.

W XIX wieku Egersund dotknęła seria dużych pożarów unicestwiających zabudowę. Po ostatnim w 1862 roku miasto otrzymało nową siatkę bardzo szerokich jak na niewielką miejscowość ulic, co miało zapobiegać rozprzestrzenianiu się ognia. Ten system zadziałał, większość domów buduje się z drewna a dużych pożarów nie odnotowano.

Porcelana. W 1847 roku Johan Feyer założył firmę A/S Egersunds Fayancefabriks Co, produkującą ceramikę, użytkową i ozdobną, fabryka stała się głównym pracodawcą miasta. Firmę zamknięto w 1979 roku, pozostało po niej jedynie Egersund Fayancemuseum, muzeum ceramiki glazurowanej i porcelany wykonanej przez Egersund Fayancefabrik w latach 1847-1979. Zgromadzono tu wiele różnorodnych eksponatów, część z nich zwłaszcza ozdobne talerze zachwycają swoją urodą.

II wojna. Egersund położony na koniuszku Półwyspu Skandynawskiego charakteryzował się strategicznym położeniem, okręty stacjonujące w porcie mogły kontrolować znaczną część Skagerraku i wschodnich wód Morza Północnego. Samoloty stacjonujące na dużym lotnisku w niedalekim Stavanger zapewniały rozpoznanie i wsparcie lotnicze. W mieście znajdowała się lądowa stacja telegraficzna.

W kwietniu 1940 roku. wojska niemieckie zaatakowały Norwegię, zajęły Egersund i zniszczyły stację telegraficzną, przerywając łączność kablową kraju z Wielką Brytanią. Niemcy zbudowali w okolicy dwa duże obozy pracy przymusowej zatrudniające jeńców wojennych. Taka koncentracja taniej siły roboczej musiała być spowodowana poważnymi potrzebami budowlanymi lub wydobywczymi. Obecnie trudno zauważyć większe ślady ich działań. Okupacja trwała do końca wojny.

Zabytki. W centrum Egersund znajdują się jedne z najlepiej zachowanych drewnianych budynków w Norwegii. Są one zbudowane w stylu późnego empaire (czasy napoleońskie), większość budynków posiada status budowli zabytkowych i znajduje się pod ochroną prawa.

Magma Geopark. W pobliżu granic miasta leży park geologiczny „Magma Geopark UNESCO”. Na terenie: parku można napotkać wiele różnych skał zbudowanych z całej gamy minerałów. Najsłynniejszą jednak jest unikalna formacja skalna Trollpikken o długości 12 metrów, stercząca z pionowej ściany klifu. Powstała w epoce lodowcowej kiedy to napór lodu zdewastował ścianę skalną. Wielkie głazy osunęły się niżej i tak pozostały do chwili obecnej, jeden z długich głazów uwiązł w skałach jednym końcem a drugim sterczy nad wąwozem. Turyści, panowie twierdzą, że wygląda jak banan zaś panie nieco zażenowane dopatrują się pewnie czegoś innego. Trollpikken zbudowany jest z kryształów anortozytu popularnej w parku skały magmowej składającej się głównie z plagioklazu. Ten rodzaj skały powstał na głębokości 10-20 km pod powierzchnią ziemi, został utworzony przez wystygnięcie i utwardzenie się magmy (stopionej lawy), około 1,5 miliarda lat temu. Stygnięcie magmy odbywało się powoli co pozwoliło na uformowanie się i wzrost dużych kryształów. W czasie lądowania Apollo 13 znaleziono anortozyt na powierzchni księżyca. Co potwierdza teorię iż księżyc jest kawałkiem ziemskiego globu oderwanym i w wysłanym w przestrzeń kosmiczną skutkiem kolizji z planetą Thea około 4 mld lat temu.

 

TANANGER

Port schronienia. Jako najlepszy i najgłębszy port na północ od Egersund, Tananger wcześnie zyskał dobrą reputację wśród marynarzy. Nie wiadomo ile statków przetrwało dzięki temu, że udało się im schronić w bezpiecznej zatoce portowej. Wielu jednostkom nie udało się dotrzeć do portu, rozbijały się na szkierach lub sztrandowały na kamienistej plaży na odcinku między Egersund i Tananger. Wiele dotarło do portu i ocalało, w wybitnie sztormowym 1865 roku prawie 4000 żeglarzy i pasażerów znalazło tu ocalenie.

Podejście. Z Egersund można pożeglować na południe i wrócić na otwarte morze. Zalecam jednak udać się w kierunku na północ, dalej po przejściu mostu ominąć wyspę Soere Eigeroeya lewą burtą i pożeglować na zachód osłoniętą trasą wewnętrzną. Wychodzimy na wody gdzie występują prądy pływowe o prędkościach nawet lokalnie 4-5 węzłów. Planując ten odcinek rejsu należy zapoznać się z tablicami pływów. Płyniemy wzdłuż brzegu Półwyspu Skandynawskiego na odcinku gdzie jest mało większych portów mogących pełnić rolę łatwo dostępnego portu schronienia w czasie silnego wiatru i wysokiego stanu morza. W osłoniętych zatoczkach leżą niewielkie, płytkie przystanie „wiejskie” gdzie można się schronić, ale ja nie miałem okazji ich poznać. Jedynym bezpiecznym portem jest Tananger. Podejście rozpoczynamy z rejonu wysepek Flatholmen. Prawą burtą mijamy sterczące w morze cyple. Prowadzeni przez bezpieczny sektor światła Tananger wchodzimy w sporą zatokę Risavika dodatkowo osłoniętą prostopadłym falochronem. Funkcjonują tu dwie przystanie: jedna w głębi zatoczki tworzonej przez falochron i brzeg, druga w południowym krańcu zatoki w specjalnym basenie wykutym w skałach podłoża. Polecam postój w przystani zachodniej osłoniętej lądem i falochronem.

Tananger, przystań zachodnia. Foto: Oficjalna strona miasta

Tananger leży około 10 kilometrów od dużego miasta Stavanger stolicy regionu, od którego oddziela je dość szeroki Hafrsfjorden i kawałki lądu. Nie wiem czy przedstawiony powyżej opis zatoki jest aktualny. Już kilka lat temu planowano budowę tu terminala kontenerowego, a to z reguły zmienia geografię. Osada nie posiada szczególnych atrakcji turystycznych.

Harald Pięknowłosy  postanowił zjednoczyć Norwegię pod swoim berłem. W roku 890 wyruszył przeciwko koalicji drobnych władców panującym nad znaczną częścią kraju. Wyruszył z flotą około trzydziestu okrętów przeciwko podobnej flocie koalicjantów. Do spotkania doszło w głębi Hafrsfjordu na zachód od Stavanger. Harald ustawił swoją flotę w szereg z flagowym okrętem w centrum. Okręty były powiązane linami co znacznie utrudniało atak przeciwnika i w zasadzie uniemożliwiało jakkolwiek manewrowość eskadry. Rozpoczęła się bitwa, oszczepy i strzały z łuków miotano między okrętami, a na ich dziobach walczyło po kilku zbrojnych z każdej załogi. Siłami drobnych, dzielnicowych władców dowodził Thorir Haklang. Celem działania było wdarcie się na pokład wrogiego okrętu i wybicie załogi. Bitwa Hafrsfjordzie miała schematyczny przebieg. Przez długi czas nie było widać rozstrzygnięcia, dopiero gdy z rąk jednego z berserków Haralda zginął dowódca koalicjantów, ich okręty poszły w rozsypkę i próbowały uciekać. Załogi powiązanych linami okrętów królewskich, zajęte mordowaniem załóg na zdobytych pryzach nie mogły ścigać uciekinierów. Stawką konfliktu była Norwegia, albo zjednoczona pod twardą ręką Haralda i jego urzędników, albo wolna od jedynowładcy i surowych królewskich praw. Bitwa przesądziła o panowaniu króla Haralda I Pięknowłosego nad całą Norwegią.

Homary. Miasto słynie z homarów i krabów. Pierwszy znany nam eksport homarów z Tananger miał miejsce, kiedy holenderski szyper Bernt Martens wywiózł stąd w 1672 roku całookrętowy ładunek żywych osobników. Wkrótce po homary przypływało w sezonie połowowym po kilkanaście statków z Holandii i Wielkiej Brytanii. Eksportowano corocznie ponad 100 tysięcy tych skorupiaków, a wtedy homary dorastały do zdecydowanie większych rozmiarów niż obecnie. Tananger wyrósł na norweską stolicę homarów. Do dzisiaj w lokalnej restauracji serwuje się dania z tych skorupiaków. Niestety homar pieczony w masełku jest bardzo drogi, prawie 1000 NOK, czyli około 500 PLN za porcję..

Zęby Hitlera. Pod koniec wojny Hitler spodziewał się, że alianci wysadzą desant na wybrzeżach europejskich. Dzięki brytyjskiej dezinformacji i skomplikowanej grze wywiadów sądził, że zaatakowane będzie wybrzeże norweskie. Idealne dla operacji desantowych jest wybrzeże między Egersund a Stavanger. Niskie brzegi, płaskie pokryte małymi otoczakami plaże pozwalały na desant piechoty i prosty dowóz czołgów, artylerii czy zaopatrzenia. Na wszelki wypadek w ramach budowy Wału Atlantyckiego Niemcy ufortyfikowali brzeg morza. Kilometrami ciągną się pasy stalowych i żelbetowych przeszkód przeciwczołgowych wystających z ziemi. Norwegowie nazwali je „zębami Hitlera”.

Latarnia Kvassheim tyr  została zbudowana w 1912 roku. Składa się z dwupiętrowego, budynku i 12-metrowej wieży. Jej trzon i galeria obserwacyjna znajdują się na dachu. Budynek jest pomalowany na biało, latarnia na biało w czerwone poziome pasy. W 2003 r., latarnię zamknięto. W budynku znajduje się obecnie kawiarnia i małe muzeum. Latarnia morska w sezonie letnim od końca czerwca do końca września jest otwarta codziennie. Poza sezonem tylko w niedziele i święta.

 

STAVANGER

Podejście. Po wyjściu z Tananger płyniemy wzdłuż brzegu w ogólnym kierunku na północ. Na trawersie stawy Bragen zmieniamy kurs o 90 stopni w prawo i wchodzimy na wody Byfjorden osłonięte przed silnymi wiatrami i falą z zachodu. Robi się ciasno, trzeba pilnować farwateru. Na prawym brzegu rozciąga się miasto Stavanger. Na akwenie odbywa się spory ruch, często manewrują tu duże promy. Przed i za wiszącym mostem (droga E-9) łączącym stały ląd z małą wysepką leży duża marina, kilka mniejszych też funkcjonuje w pobliżu. Załogi jachtów motorowych zainteresuje marina leżąca w wąskim fiordzie nieco na południe od mostu wiszącego. Wejście do niej blokuje stały most dysponujący prześwitem około 7 metrów nad lustrem wody. Większość jachtów motorowych przechodzi pod nim bez kłopotu.

Port w Stavanger. Foto: Oficjalna strona miasta

Klimat. Miasto jest położone na półwyspie na południowo-zachodnim wybrzeżu Norwegii, w strefie wpływu Golfstromu. Panuje tu klimat umiarkowany, ciepły, morski. Jest on łagodny, wietrzny, a średnie miesięczne temperatury są powyżej zera, z opadami ok. 1200 mm rocznie.(w Szczecinie ok. 650 mm). Opady koncentrują się w miesiącach zimowych. Lata są tu przyjemne, a na kawałkach terenów nizinnych dookoła Stavanger okres wegetacji roślin trwa najdłużej w całej Norwegii.

Niezbyt odległe Bergen szczyci się posiadaniem norweskiego rekordu opadów, tam pada prawie codziennie (średnio 290 dni w roku). Nawet czereśniowe sady przykrywa się folią, by dojrzewające owoce nie popękały od deszczu. Drewniane domki mieszkalne na czas budowy osłania się również namiotami foliowymi.

Miasto leży poza granicami Skagerraku już na wybrzeżu Morza Północnego, opisałem je jednak, jako że nie wypada kończyć opisu trasy w jakiejś małej dziupli ukrytej między skałami i co ważniejsze do Stavanger dzięki światłom nawigacyjnym można wejść nawet w nocy.

Góry tu jakieś inne niż za przełęczą na wschodzie w okolicach Kristiansand. Zamiast zalesionych grzbietów, wokół widać wysokie, izolowane kopy szarego granitu. Jedna z gór ozdobiona charakterystycznym rowkiem dzielącym wierzchołek na dwie wypukłe części, kojarzy się z zadkiem ogromnego trolla w obsceniczny sposób urągającego niebiosom. Lasy tylko u podnóża, zaś wyżej jedynie plamki krzewiastych drzewek. Brak typowego piętra łąk górskich, bo powyżej lasów zaczyna się cholerna stromizna. Wszystkie kawałki względnie poziomej ziemi, zwłaszcza na dnie dolin, wykorzystywane są, jako pastwiska owiec, krów a nawet koni.

W miejscu nieco wypłaszczonym leży miasto. Ładne ono, choć trochę postrzępione przez malutkie fiordy, wysepki i cieśniny między wyspami. Domki o ciekawej architekturze, takie na miarę. Kilka większych „szklanych domów” nie narzuca się zbytnio i jakoś rozmywa się w krajobrazie.

Portowa XIX-wieczna zabudowa wg tradycji hanzeatyckich. Foto: Kazimierz Olszanowski

Zwraca uwagę sylwetka wielkiego, kamiennego kościoła. Stavanger leży przy wejściu do fiordu, a właściwie zespołu fiordów. Niektóre z nich wcinają się po 100 km w głąb lądu. W granicach miasta niebieszczy się kilka nawet sporych jezior otoczonych zielenią. Mnie zauroczyło stare miasto, położone na niewielkim półwyspie otoczonym pasem nabrzeży. W centrum półwyspu wznosi się stromy, skalisty pagór zwieńczony kamienną wieżą. Kiedyś pełniła funkcje obronne, potem była strażnicą p.poż, teraz jest punktem widokowym.

Staromiejska uliczka. Foto: Kazimierz Olszanowski

Między pagórem a nabrzeżami rozciąga się siatka wąskich uliczek obramowanych stylowymi, starymi domkami z XVIII i XIX wieku. Większość zbudowano z drewna, toteż nie dziwi, że pożary pochłaniały całe dzielnice lub miasta. Partery domków zajmują często knajpki, bistra, czasem jakieś punkty usługowe i biura. Budynki bogatych kupców zajmujące pas między zabudową starówki a nabrzeżem ustawiono ścianami szczytowymi do linii zabudowy. Niegdyś mieściły kupieckie rezydencje, kantory handlowe i na zapleczu składy towarów. Obecnie na parterach budynków funkcjonują liczne restauracje i kawiarnie.

Do jednej z większych knajpek zaprosiłem kolegów na piwo. Przy rachunku mały szok: za trzy piwa 120 zł. Nic dziwnego, że publiczne, „zakrapiane” imprezy w Norwegii zaczynają się lekko przed północą. Wcześniej każdy wstępnie zaprawi się we własnym domu, bimbrem własnej produkcji, bo tak jest taniej. Wracając do knajpki; podobno miała charakter hiszpański, ale z obsługą śniadą jak mleczna czekolada, stoliki blaszane i czyste jak w bufecie na dworcu w Wysokiej Kamieńskiej w latach 60-dziesiątych XX wieku. A nawet gorzej, bo nasz był obsrany przez ptaki, co nie wywołało żadnej aktywności śniadych kelnerów. Jeszcze ryk głośników dwa metry od naszego stolika i mamy nastrój. Pogadać się nie dało, więc obserwowałem marynarzy floty wojennej Jego Wysokości Króla Hakoona. Faceci z większą ilością gwiazdek na pagonach byli jacyś mydłkowaci, siedzieli przy stolikach sącząc jak panienki wielokolorową, warstwową masę z wysokich kieliszków. Pozostała część marynarzy, z paskami na pagonach była zdecydowanie bardziej atrakcyjna. Opięte tu i tam granatowe mundurki, a ponad nimi świeże, ładne buzie i jasne warkocze. One piły piwo. Znak czasu czy co?. Wszystkie dziewczyny należały do załogi okrętu „Harald Pięknowłosy”. (norw. Harald I Hårfagre, 855–933 – król Norwegii z dynastii Ynglingów.) Jednak, jeśli obserwowana „seksmisja” będzie trwała dłużej, pewnie nazwa okrętu zostanie zmieniona na „Haraldka Jasnowłosa”. Nazwa „Harald Pięknowłosy” nie musi oznaczać nazwy okrętu, może być nazwą np. szkoły oficerskiej.

Historia. Historia miasta doskonale wpisuje się w schemat dotyczący większości miast w północnej Europie. Są jednak pewne cechy indywidualne. W ostatnim tysiącleciu Stavanger oscylował na przemian między hossą i bessą. Wielokrotnie upadał gospodarczo, by wkrótce zasłużyć na miano stolicy czegoś tam. Kolejno był nazywany stolicą soli, administracji kościelnej, śledzi, szprotów, konserw rybnych a ostatnio ropy naftowej i Europejskiej Stolicy Kultury (2008 r.)

Miasto Stavanger uzyskało prawa miejskie w XII wieku, w tym czasie było już ważnym ośrodkiem w regionie, skoro w 1125 ukończono budowę romańskiej katedry a nieco wcześniej papież konsekrował biskupa. Katedrę zbudował biskup Reinald w Winchesteru. Miasto doskonale funkcjonowało dzięki dogodnemu położeniu na szlaku między portami hanzeatyckimi a śledzionośnymi akwenami zachodniej Norwegii. Tu kogi przywoziły w beczkach sól kamienną z Luneburga a zabierały beczki z solonymi śledziami. Sielanka trwała do czasów reformacji, w 1536 roku doszło do znacznego spadku znaczenia Hanzy. Skończył się handel zaś administrację kościelną przeniesiono do nowego miasta Kristiansand. Na początku XIX wieku z pomocą dla nielicznych mieszkańców przypłynęły bogate ławice śledzi ponownie ratując gospodarkę miasta. Następnie przez długi okres najważniejszymi gałęziami przemysłu miasta były: żegluga, budownictwo stoczniowe i produkcja konserw rybnych. W 1969 r. rozpoczął się nowy boom, związany z odkryciem złóż ropy naftowej, Stavanger stał się stolicą przemysłu naftowego.

Katedra św. Swithuna. Stavanger domkirke została wybudowana w 1125 roku przez angielskiego biskupa Reinalda w anglo-normandzkim stylu romańskim. Jest najstarszą katedrą Norwegii. Patron katedry św. Swithun był jednym z biskupów katedry w Winchester, dlatego przyjmuje się, że biskup Reinald pochodził z tego miasta. Po wielkim pożarze miasta, pod koniec XIII wieku budynek był znacznie uszkodzony. W czasie remontu dodano nowy chór w stylu gotyckim ze sklepieniem krzyżowym. Ten stan trwał do połowy XIX wieku kiedy zdecydowano o otynkowaniu kamiennych ścian, co znacznie spaprało unikalny średniowieczny wygląd budynku. Długotrwała restauracja katedry dokonana w XX weku przez Gerharda Fischera przywróciła pierwotny stan zabytku. Między innymi skuto dziewiętnastowieczne tynki. W 1999 roku przeprowadzono kolejną renowację osiągając stan najbardziej zbliżony do średniowiecznego wyglądu obiektu. Dzięki temu katedra jest jedną z niewielu skandynawskich katedr, które szczycą się zachowaną romańską bryłą.

Katedra romańska p.w. św. Swithuna. Foto: Kazimierz Olszanowski

Okolice.  Stavanger jest doskonałym punktem wypadowym do Preikestolen i Kierabolten, słynnych, unikalnych atrakcji pobliskiego Lisefjordu i Norwegii. Skoro dotarliśmy aż tu, to bezwzględnie trzeba je zobaczyć.

 

To już koniec ostatniego rozdziału www.zalew.org

DZIĘKUJĘ

Kazimierz Olszanowski