ZALEW SZCZECIŃSKI

Jeszcze do niedawna brzegi naszych akwenów były bardzo zaniedbane żeglarsko. Jachty cumowały kątem w portach rybackich, przemysłowych lub jakichś zakamarkach. Kilka lat temu powstała idea Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego. Bez bicia przyznaję, że uważałem całą akcję za koniunkturalną aferkę, cuchnącą na milę prywatą. Teraz muszę publicznie odszczekać własne sądy. Wbrew pesymistycznym opiniom powstało kilka nowych marin, jest gdzie zacumować i już nie trzeba z saperką ganiać po krzakach za potrzebą. Pomijając zmodernizowane gruntownie i rozbudowane porty leżące bezpośrednio przy Szczecinie, na wschodnim brzegu zalewu funkcjonują nowe mariny w Stepnicy, Kamieniu Pomorskim, Wapnicy, Dziwnowie, Wolinie. Świnoujście też postawiło się, że ho, ho, ho! Zachodniopomorskiemu Szlakowi Żeglarskiemu serdecznie życzę „stopy wody”.

 

CHARAKTERYSTYKA AKWENU

Zalew Szczeciński jest rozległym, ale stosunkowo płytkim obszarem wodnym. Trudno określić dokładne granice geograficzne tego akwenu ze względu na zmiany przebiegu linii brzegowej wywołane zmiennymi stanami poziomu wody, a także na liczne rozlewiska i zatoczki określane czasem jako osobne jeziora.

Najczęściej za południową granicę Zalewu przyjmuje się miejsce gdzie leży wyspa Chełminek. Równoleżnikowo zalew rozciąga się na ponad 70 km, natomiast południkowo na około 22 km. Odległości te sprawiają wrażenie ogromnego jeziora, a przy gorszej widoczności lub refrakcji ujemnej nie widać brzegów jak na morzu. Określona w tych granicach powierzchnia polskiej części akwenu wynosi nieco ponad 635 km2, natomiast po wliczeniu przyległych zbiorników, głównie Roztoki Odrzańskiej, Jeziora Dąbskiego i Domiąży czyli ujściowego odcinka Odry osiąga około 900 km2.

Zalew jest utworem lejkowatym rozciągającym się ze wschodu na zachód. Cypel lądowy pod Starym Warpnem oraz płycizny Reptziner Haken i Mielizna Osiecka dzielą zalew na dwie części: Duży Zalew i Kleiness Haff. Naturalny podział zalewu pokrywa się z podziałem politycznym. Przebiega tędy granica wodna między Polską a Niemcami.

Pod względem hydrochemicznym, zachodzi tu mieszanie wody słodkiej pochodzącej z Odry i kilku mniejszych rzeczek z wodą morską. Zalew z otwartym morzem połączony jest trzema cieśninami (rzekami): Peenestrom w części niemieckiej oraz Świną i Dziwną w części polskiej. Ten skomplikowany układ powoduje wypłycanie dna materiałem transportowanym przez rzeki, a także piaskiem morskim niesionym przez cofki bałtyckie. Największe głębokości naturalne (6-8 m) występują na Dużym Zalewie. Wokół brzegów rozciągają się płycizny i mielizny, które wybiegają miejscami na dość znaczne odległości od brzegu. Niektóre z nich mają charakter cokołu lądowego.

 

Głębokości

Typowa mielizna. Zanurzenie widocznych jachtów nie przekracza 1,20 metra a dotykają dna. Foto: Kazimierz Olszanowski

Głębokości nad nimi nie przekraczają na ogół 2 m i na krawędziach opadają zwykle stromo do głębokości 4-6 m. Wzdłuż brzegów Dużego Zalewu i Kleiness Haff na krawędziach mielizn często występują znaczne wypłycenia, przy niskich stanach wód nawet poniżej 0,5 m. Mielizny pod stromymi klifami gęsto usiane są wielkim głazami polodowcowymi często odległymi nawet do kilometra od brzegu.

Miroszewo, głazy pod klifem przy średniej wodzie. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wahania poziomu wody zależą głównie od kierunku i siły wiatru. Przy wiatrach z sektorów południowych woda może opaść o 0,6 m w stosunku do poziomu średniego. Pani, mimo woli pozująca na piaszczystej łasze przy średniej wodzie zanurzyłaby się nieco powyżej kolan, zaś przy wysokiej – wysokiej wodzie fale zalałyby blond fryzurę. Przy tzw. poziomie tysiącletnim (obserwowanym w 1872 roku i osiągającym +3,30 metra nad umowne „0”) dla ilustracji powinno się postawić dwie panie, jedną na drugiej.

Miroszewo, niska woda. Stan – 0.50 m. Foto: Kazimierz Olszanowski

Przy długotrwałych, silnych wiatrach z kierunków od NW do NE poziom wody może podnieść się o około 1 m w ciągu doby.

Nowe Warpno, cofka bałtycka. Stan wody +1,30 m. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na zdjęciu port w Nowym Warpnie zalany wodami cofki bałtyckiej w październiku 2009 roku. W ciągu solidnego, trzydniowego sztormu z N-NW woda podniosła się o ok 1.3 metra. Jeśli dodamy do tego silny wicher, zimny deszcz i gwałtowną falę łamiącą się na krawędziach zalanych nabrzeży mamy obraz mokrego piekła. W takiej sytuacji pozostawienie jachtu nawet starannie przycumowanego do stałej kei równa się jego utracie lub poważnym zniszczeniom burt. Nawet najlepsze odbijacze nie działają, wówczas można awaryjnie zastosować niepływające odbijacze z opon samochodowych. Problem ten nie dotyczy marin wyposażonych w pływające nabrzeża, które wznoszą się wraz ze wzrostem poziomu wody. Bezpiecznym cumowaniem jest również system boja – keja oczywiście jeśli spełnimy kilka warunków.

1. Jacht winien być ustawiony dziobem do fali i kierunku wiatru. Boja musi być solidnie zakotwiczona (warto to sprawdzić przed ewentualnym sztormem).

2. Zapewnimy wystarczającą odległość jachtu od boi, przyjmując zasadę jak przy kotwiczeniu, czyli odległość od pokładu jachtu do dna akwenu w metrach pomnożona przez wartość 3-5.

3. Zakładamy komplet „pancernych” cum z końcami zabezpieczonymi kauszami. Z uchem boi cumę łączymy szeklą lub solidnym karabińczykiem, co zapobiega przecieraniu się miękkiej liny na stalowym uchu. Cum nie należy wybierać „na blachę”. Zakładanie kilku cienkich cum na jednym kierunku pracy jest bez sensu. Nie możemy liczyć na ich współpracę; będą pękać po kolei.

4. Obsługa portu powinna rozważnie luzować i wybierać cumy w czasie  zmiany poziomu wody w porcie.

5. Pozostawianie jachtu na cumie założonej „na biegowo” do boi graniczy z paranoją.

Powyższe uwagi wynikają z wielu obserwacji, kiedy to sporo pięknych jachtów zostało poharatanych tylko dlatego, że ktoś „poszedł na skróty”. Zerwany z cum jacht dewastuje też jachty sąsiednie.
Wysokie wody cofki bałtyckiej potencjalnie zagrażają wszystkim portom w ujściu Odry, natomiast skutków fali i rozkołysu możemy doświadczyć w nowej przystani w Stepnicy i części portu w Trzebieży. Jachty bazujące w basenikach portu Nowe Warpno, obsługa portu w razie zagrożenia zabezpiecza dodatkowymi cumami obkładanymi do kei po drugiej stronie każdego z basenów czyli „na pajączka”. Ta metoda utrzymuje burty w bezpiecznej odległości od nabrzeży.

Podsumowując: 

oprócz niebezpieczeństw i kłopotów cofki bałtyckie przynoszą nadzieję przetrwania dla wszystkich mieszkańców zalewu. Powodują wymianę brudnej wody odrzańskiej na znacznie czystszą, chłodniejszą i nieco zasoloną wodę morską.

 Prądy

Działanie prądów wody najłatwiej zauważyć w wąskich przejściach. Naturalny prąd wynikający ze spływu wód Odry obserwowany jest na odcinku od Szczecina do Chełminka i następnie w cieśninach łączących zalew z morzem. Rzadko kiedy prąd  osiąga prędkość ponad 1 węzeł. Zdecydowanie szybsze mogą być prądy niosące wodę cofki bałtyckiej. Wichury i sztormy powodują powstanie cyrkulacji wodnej o różnym, zależnym od kierunku wiatru przebiegu. Wg badań profesora Robakiewicza przy silnym wietrze z NW prądy biegną wzdłuż zachodniego i wschodniego brzegu w rejon Chełminka. Tam łączą się i wspólnym strumieniem kierują na I Bramę Torową. To zjawisko obserwowałem wielokrotnie w praktyce.


Rozkład prądów przy silnym wietrze z NW

 Już tylko ze względów bezpieczeństwa należy wspomnieć o poziomych ruchach wody spowodowanych przepływem dużego statku w ciasnych miejscach. Nawet wolno płynący statek przepływając przez wąski kanał żeglowny, początkowo wypycha następnie zasysa wodę powodując szybki jej przepływ. Można te zjawiska obserwować zwłaszcza w rejonie Chełminka i południowych główek Kanału Piastowskiego. Żeglując w takich miejscach powinno się nie polegać nadmiernie na samosterze.

Szczególnym miejscem jest rzeka – cieśnina Dziwna. Tam woda płynie raz w dół jak przystało, by za chwilę popłynąć w drugą stronę. Przed podejściem do kei w Wolinie należy upewnić się co do aktualnego kierunku nurtu, co zresztą i tak nie gwarantuje pełnego sukcesu przy podejściu.

Mosty nad wodą budowano z reguły w najwęższych miejscach, tam nurt zawsze przyspiesza, zwłaszcza, że przyczółki i podpory filarów jeszcze bardziej ograniczają swobodny przepływ wody, która chcąc, nie chcąc musi przyspieszyć. Inne przeszkody np główki portowe powodują „zagęszczenie” prądów przybrzeżnych. Tu uwaga: kierunek prądu często jest prostopadły do osi farwateru.

 

Falowanie

Wysokość fali wiatrowej zależy od trzech głównych czynników: siły wiatru, czasu trwania i rozbiegu fali. W lokalnych warunkach Dużego Zalewu najwyższe fale obserwuje się w południowo-wschodniej części na wysokości miejscowości Czarnocin i Kopice. Gnane północno-zachodnim wichrem fale osiągają nawet ponad 2 m wysokości. Maksymalne obserwowane fale przekraczały 2,5 m wysokości. Fale są stosunkowo strome i krótkie, a na krawędziach nawietrznych mielizn powstaje gwałtowny przybój.

Czarnocin. Przybój na krawędzi mielizny ok. 1000 metrów od brzegu. Foto: Kazimierz Olszanowski

Inny rodzaj fal obserwuje się po przejściu statku, często nawet w dużej odległości. Najwyższe, strome fale tworzą statki o niewielkiej długości i stosunkowo silnych maszynach: holowniki, pchacze itp.

Fala wzbudzona rezonansem. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na otwartej wodzie przy nawet niezbyt silnym wietrze można zauważyć strefę gdzie fala wiatrowa wpada w rezonans z falą od statku. W takim miejscu fala osiąga ze dwa razy większą wysokość i spodziewajmy się „wyboistej żeglugi po kocich łbach”, a czasem sowitego dyngusa. Na podobne atrakcje możemy liczyć przy silnym północnym wietrze w cieśninie pomiędzy Chełminkiem a Wysepką Nawigacyjną osłaniającą port w Trzebieży. Tu rezonans następuje w przypadku zderzenia się fal od wiatru z falą odbitą od konstrukcji wysp. Na szczęście niezbyt często serie szczególnie wysokich fal spotyka się na otwartym morzu, to również efekt rezonansu fal powstałych w dwóch różnych ośrodkach falowania nawet znacznie odległych od siebie.

 

Wiatr

Farma wiatraków widocznych na wschodnim brzegu Zatoki Skoszewskiej świadczy o tym, że tu wieje często, a czasem bardzo silnie i faktycznie na brak wiatru przeciętny żeglarz nie może narzekać, chyba, że lubi. Locja Bałtyku podaje, że latem na zalewie przeważają wiatry o prędkości 2-5 m/sek, natomiast flauty nękają nas tylko przez około 4% czasu. Statystycznych danych na temat wiatrów można naczytać się w locjach. W tym miejscu zajmę się nieco wiatrami „prywatnymi”:

  • Wkrótce po wschodzie i zachodzie słońca, szczególnie w ciepłe dni obserwuje się bryzy. Wieją do 2 godzin ale słabo 1-2 st. B.
  • Po zaniku bryzy porannej nastaje cisza i dopiero ok. godziny 10 zaczyna się rozwiewać.
  • Jeśli wieje nad ranem, to będzie wiało solidnie w dzień.
  • W pogodne dni wiatr z reguły wieczorem „siada”.
  • Jeśli wieje słabo z północy, wiatr spadając ze wzgórz wyspy Wolin przyspiesza w odległości około 1 km od brzegu zapewniając szybką jazdę przy lustrzanej wodzie. Podobne zjawiska obserwuje się przy innych zawietrznych, wysokich brzegach, ale na mniejszą skalę.
  • Kilka razy doświadczyłem raptownych „białych szkwałów”. W słoneczny, letni dzień przy niewielkim wiaterku otrzymałem niespodziewane uderzenie wiatru, lustro wody natychmiast pokryło się pianą, widoczność bliska zeru. Kilka minut dramatycznej walki o życie i znowu spokój. W przypadku raptownego wzrostu prędkości wiatru dobrze jest natychmiast stanąć dziobem do wiatru i zredukować powierzchnię ożaglowania. Jeśli miejsce pozwala, najlepiej jest sztormować w baksztagu na samym foku.

Przykazania:

  • Przy wiatrach powyżej 6 stopni Beauforta nie wypływaj, a jeśli już jesteś na wodzie to zmykaj w bezpieczne miejsce.
  • Nie będziesz pływać w nocy, chyba, że dla wprawy i tylko oświetlonymi farwaterami. Z wody sterczą tysiące kołków od sieci, a w nocy naprawdę ich nie widać.
  • Przed wypłynięciem sprawdź jak refują się żagle Twojego jachtu i refuj w miarę potrzeby. Refowanie to nie wstyd. Nelson też refował a został bohaterem narodowym.
  • Zapomnij o prawie drogi dla żaglowca, nie pchaj się pod inne jednostki. Kapitan dużego statku nic nie może zrobić by ominąć Twoją łupinkę.
  • Zbliżając się do krawędzi mielizny pamiętaj, że dolina fali odsłania dno i możesz uszkodzić kadłub lub takielunek.
  • Jeśli nocujesz na płyciźnie pamiętaj, że południowy wiatr może zabrać wodę spod łódki i zostaniesz na piasku jak pomnik. Również fala od dalekiego statku może tobą walnąć o dno. Jeśli stoisz na kotwicy pamiętaj, by mieć pod stępką minimum metr wody, a płetwę sterową i miecz zabezpieczone.
  • Nie pchaj się pod klify w Lubiniu i Miroszewie, bo możesz spotkać się z podwodnymi głazami i zakończyć przedwcześnie rejs. Jeśli już musisz, to do plaży pod klifem w Mieroszewie podchodź z północy lub południa przy samym brzegu. Do plaży pod klifem na wschód od Lubinia nie podchodź bo to teren Wolińskiego Parku Narodowego. Ale płyń spokojnie oznakowanym farwaterem i patrz ile wlezie bo warto.

 

HISTORIA ZALEWU

Pewnikiem, w czasie ciepłego interglacjału pomiędzy zlodowaceniami Riss-Wurm na tereny nad Bałtykiem zapuszczały się wędrujące grupy myśliwych-zbieraczy. Jednak, około 30 tysięcy lat temu nastąpiła szybka zmiana klimatu inicjująca ostatnie zlodowacenie Wurm (Bałtyckie) Napór prawie kilometrowej grubości masy lodu, miażdżącego i ścierającego wszystko na swojej drodze, zatarł wszelkie ślady ich pobytu.

Około 16 000 lat temu lądolód skandynawski zaczął topnieć i wycofywać się z naszych terenów, pozostawiając pasma wzgórz utworzonych z wyciśniętych na powierzchnię starszych skał, pokrytych warstwami materiału skalnego przywleczonego ze Skandynawii lub dna Bałtyku. Krajobraz musiał wyglądać bardzo podobnie do współczesnych świeżych moren na Islandii. 

Świeża morena na Islandii. Foto: Kazimierz Olszanowski

Miliardy ton wody wydobywające się spod lodu tworzyły wielkie rzeki spływające na zachód. W miejscach gdzie prąd wody nieco zwalniał osadzały się grube pokłady glin, piasków i żwiru. Efektem tych procesów są piaszczyste równiny zajęte obecnie przez puszcze; Goleniowską i Wkrzańską. W tym czasie Odra płynęła w kierunku miejsca gdzie aktualnie znajduje się Morze Północne. W pewnym okresie zmieniła koryto płynąc na północ i uchodząc do zagłębienia powstającego Bałtyku w pobliżu wyspy Rugii. Tam jeszcze istnieje ślad prakoryta rzeki. W tym czasie Bałtyk był wielkim, słodkowodnym zbiornikiem zwanym Jeziorem Ancylusowym.

Często na przedpolu lądolodu pozostawały ogromne bryły lodu, który został pogrzebany pod grubą warstwą materiału skalnego przyniesionego przez lądolód z północy. Taka pokrywa izolowała lód od wpływu promieni słonecznych pozwalając mu przetrwać kolejne kilka tysięcy lat. Dopiero około 10 000 lat temu stopniały ostatnie bryły „martwego lodu”. Materiał przykrywający opadł i powstały zagłębienia kotlinowate lub rynny, które po zalaniu wodą przekształciły się w jeziora.

Lądolód pozostawił po sobie mineralną pustynię. Postępujący odpływ wody osuszał kolejne tereny, a hulający wiatr porywał piasek i usypywał z niego wysokie wydmy. Nieśmiało pojawiła się roślinność tworząc powoli osady organiczne: glebę i torfy.

Jeszcze 8000 lat temu, by poleżeć na plaży trzeba by jechać kilkadziesiąt km dalej. Poziom wody w Bałtyku był niższy od obecnego ponad 20 m i suchą nogą można było przejść na Bornholm. Jednak poziom wody systematycznie się podnosił zalewając kolejne obszary suchego lądu. Zalew w tym czasie był płytką laguną zasilaną wodami Odry. Dno laguny położone poniżej poziomu morza tworzyło depresję. Wzbierająca w morzu woda przerwała piaszczystą mierzeję i zamieniła zalew w zatokę morską. Na drodze fal stały dwie wysokie wyspy powstałe z utworów morenowych: Uznam i Wolin. Przez tysiące lat fale pracowicie podmywały ich brzegi, aż utworzyły strome urwiska klifów, a z uzyskanego materiału mierzeje, powoli zamykające zatokę. Wiatry z drobniejszych ziaren piasku zbudowały nadbrzeżne wydmy. Najmłodsze z nich mają tylko 200-300 lat.

 

Od epoki lodowej do teraz, ale króciutko

Drogi czytelniku jeżeli dotychczas uważałeś naszych odległych przodków z epoki kamienia za jaskiniowych matołków, to przy pomocy ich oryginalnych narzędzi postaraj się przeżyć choć kilka dni i nocy w środowisku skraju lodowca, zwłaszcza zimą. Oni sobie jakoś poradzili i zostali naszymi pra, pra, pra… praprzodkami. To oczywiście zdjęcie współczesne z Islandii. Wegetarianie w tych warunkach nie mieli żadnych szans na przeżycie.

Czoło lodowca, współcześnie Islandia. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

Paleolit – pierwsi mieszkańcy

Pierwsi ludzie, w ślad za stadami reniferów pojawili się wkrótce po ustąpieniu lądolodu. Styl życia był bardzo prosty: ludzie polowali na renifery, a czasem padali łupem wilków i innych drapieżników. Pozyskanie pożywienia ułatwiały zdobycze technologiczne głównie wynalazek łuku. Narzędzia i groty krzemienne, takie i podobne do tych na zdjęciu pewnikiem regulowały również stosunki międzyludzkie.

Groty strzał łowców reniferów. Foto: Tadeusz Galiński

Jednak gdy klimat zaczął się ocieplać i pojawiły się lasy, renifery wyemigrowały na północny wschód, łowcy też i na naszych ziemiach skończył się paleolit. Tundra powoli przekształciła się w las, pojawiły się nowe gatunki zwierząt. Szczególnie w ostatniej schyłkowej fazie paleolitu urozmaicano dietę jakże zdrowymi rybami polując na nie przy pomocy rogowych lub kościanych harpunów. 

 

Mezolit – leśni łowcy i zbieracze

Życie w lasach wymagało nowych umiejętności i przystosowań, nad zalew napłynęła nowa ludność określona mianem ludności mezolitycznej. Podstawą gospodarki było łowiectwo, rybołówstwo i zbieractwo. Ludzie żyli w małych grupach, wędrując sezonowo za zwierzyną, znacząc miejsca kilkudniowych biwaków lub trwalszych osad resztkami pozostałymi po obróbce charakterystycznych (bardzo małych i o zgeometryzowanych kształtach) narzędzi krzemiennych. I tak przez kilka tysięcy lat bez większych zmian. Odkryciem ludów mezolitycznych były: łodzie dłubanki, wędkowanie i połów ryb sieciami. Używano też kościanych i rogowych harpunów. Jeden z nich znaleziono w Odrze na wysokości Polic. 

Rogowy harpun łowców mezolitycznych /replika/. Foto: Kazimierz Olszanowski

Oprócz łowiectwa i rybołówstwa podstawą wyżywienia było zbieractwo, zwłaszcza na terenach gdzie był łatwy dostęp do zasobów mięczaków i skorupiaków. Na duńskich wybrzeżach napotyka się tak zwane nadmorskie śmietniska muszlowe będące pozostałościami po konsumpcji małżów. Niektóre zawierają tysiące ton muszli.

 

Neolit i epoka brązu – rolnicy i pasterze

Epokę kamienia kończy neolit, Środkową Europę zaczęły zasiedlać plemiona rolnicze. Podstawą wyżywienia stały się uprawa roślin i hodowla zwierząt. Człowiek nie musiał wędrować za zwierzyną, mógł budować solidniejsze osiedla i obrastać w dobra doczesne. Osady rolnicze powstawały na żyźniejszych ziemiach, natomiast kompleksy nieprzebytych puszcz i bagien stanowiły prawie do końca epoki kamienia enklawy ludności łowiecko-zbierackiej. Rolnictwo zapewniło dostatek żywności i trwały dach nad głową. Zmarłych z reguły kremowano, a prochy składano w popielnicach. 

Urna kultury łużyckiej. Przełom epok brązu i żelaza. Foto: Kazimierz Olszanowski

Nowinki techniczne zwłaszcza rozpowszechnienie brązu ułatwiały pracę, czyniąc ją mniej absorbującą, pozwalając zająć się staranniej prokreacją. Ale wszystko co miłe nie musi się mile kończyć. Neolityczny wyż demograficzny wymagał przygotowania coraz większych terenów pod uprawę, więc wycinano kolejne połacie lasów, zmieniając nieodwracalnie naturalny krajobraz. Ten proceder trwał prawie do chwili obecnej, … prawie, bo w ostatnich latach podjęto próby ponownego zalesiania zwłaszcza słabszych gruntów, a i przyrost naturalny w Europie maleje.

 

Słowianie

Kolejne ludy, nacje i formacje, poprzez epoki brązu, żelaza, starożytność, średniowiecze i czasy nowożytne dbały o prokreację i wylesiały teren, czasami zabawiając się też jego wyludnianiem. Do tego pomocne były bardzo sprawne nautycznie łodzie zwane snekami podobne do tej na zdjęciu. Używali ich kupcy, rybacy i różnych nacji wikingowie.

Replika statku handlowego typu „sneka”. Foto: Kazimierz Olszanowski

Ujście Odry pozostawało na marginesie wielkiej historii, o zamieszkujących je ludach wiemy niewiele, a i to zagmatwane przez „nacjonalistyczny sposób pojmowania dziejów”, typowy dla niedawno minionych lat. I tak; Niemcy wymyślili „odgermanizowanych Germanów”, a Polacy „łużyckich Prasłowian” i „powrót do macierzy”. Wart pałac Paca, wart Pac pałaca.

Skoro już mowa o Słowianach, skąd się wzięli? Lansowane jest przekonanie, że dzicz paskudna, ręcznie kiepskie garnki lepiąca, wywodzi się z jakiegoś zapadłego kąta pomiędzy Wisłą a Chińskim Murem. Dziwne to, bo już do początku IX wieku dzicz owa, w czasie tylko dwóch wieków, zajęła 1/3 Europy od Hamburga po Adriatyk. Pierwszy bezsporny zapis identyfikujący ich znajdujemy w kronice Jordanesa, około 550 roku n.e.

Kariera literacka ujścia Odry rozpoczyna się razem z II tysiącleciem. I jest to debiut w wielkim stylu. W pierwszych dziesięcioleciach po tysięcznym roku wszystkie ludy sąsiadujące z obecnym Pomorzem Zachodnim i Meklemburgią były już ochrzczone i budowały pastwa feudalne. A u nas w najlepsze kwitło pogaństwo, uprawiane przez drobne plemiona. W Europie panowała ówcześnie moda na wyprawy krzyżowe, bo krzewienie prawdziwej wiary wśród pogan jest celem wzniosłym, a i chudą kiesę można nabić przy okazji. Kroniki podają, że warto tu było krzewić i rabować jako, że ziemia mlekiem i miodem płynąca. Bogactwa zaś Wolina niejednemu śniły się po nocach. Tylko kąsek trudny był do ugryzienia i połknięcia.

 

Ostatni poganie

Pomorzanie byli ludem krzepkim, bitnym, umiejącym się bronić a i w budowie fortyfikacji byli dobrzy. Każda z cieśnin łączących zalew z morzem broniona była przez dwa silne grody. I tak Peenestrom broniona przez Wolgast (Wołogoszcz) od strony morza i Usedom (Uznam) od Zalewu. Dziwna przez Kamień i Wolin, natomiast Świna od południa przez Lubin. Na temat grodu północnego nic nie wiemy. Wprawdzie wymieniane są dwa niewielkie, efemeryczne gródki w rejonie Świnoujścia, ale to już czasy późniejsze. Pewnikiem ziemia lub woda chronią pozostałości tego obiektu. Być może budując drogę wodną Świnoujście-Szczecin przy okazji zniszczono ich resztki. Fotografia poniżej przedstawia rekonstrukcję grodu słowiańskiego w Oldenburgu. 

Rekonstrukcja grodu słowiańskiego (Wikipedia)

Trzeba przyznać, że w systemie gospodarczym Pomorzan niebagatelną rolę odgrywał handel, a zwłaszcza jego odmiana, rabunek. Liczne najazdy na tereny położone wzdłuż wybrzeży zachodniego Bałtyku przynosiły spory dochód. „Specjalnością domu” były napaści na bogate klasztory duńskie, porywanie tłustych opatów i przetrzymywanie ich w chlewikach do czasu uiszczenia okupu. Ten system gospodarowania, zwany ówcześnie wikingiem, musiał być dość popularny, zważywszy liczne skargi mieszkańców krajów ościennych. Do naszych czasów zachowały się imiona trzech „przedsiębiorców”; Wyszaka i Domasława ze Szczecina oraz Niedamira z Wolina. Do historii przeszli jednak dzięki pomocy jakiej udzielili w czasie akcji chrystianizacyjnej Ottona z Bambergu, który w 1124 roku, z ramienia Bolesława Krzywoustego chrzcił hurtem Pomorzan.

Wiek XII przyniósł upadek Arkony, największego pogańskiego sanktuarium na wyspie Rugii i definitywny koniec plemiennego bytu Pomorzan. Rozdrobnione, często skłócone plemiona uległy atakom Duńczyków, Polaków i ostatecznie Niemców. Nec Hercules contra plures, co wykłada się w wolnym tłumaczeniu: „i Herkules dupa kiedy wrogów kupa”. Najeźdźcy zhołdowali lokalnych władców, przejmując też kontrolę nad religią.

 

Władztwo Gryfitów

Przez następnych kilka stuleci tereny w różnych konfiguracjach politycznych rządzone przez rodzimą dynastię Gryfitów wchodziły w skład Rzeszy Niemieckiej. Napływ obcego żywiołu, głównie Niemców doprowadził do zupełnej germanizacji ludności. Dawne grody plemienne rozwinęły się w miasta. Część z nich upadła i uległa zapomnieniu. Typowymi statkami były kogi bałtyckie. Ich karierę w handlu morskim spowodował wynalazek steru zawiasowego. Kogi nie były okrętami wojennym, jedynie w razie potrzeby doraźnie przewoziły wojska. Bitwy morskie przypominały utarczki lądowe, walczono białą bronią oraz łukami i kuszami. 

Koga wg średniowiecznej pieczęci (Wikipedia)

Miasta wstąpiły do Hanzy wchodząc tym samym w orbitę europejskiego handlu i bogaciły znacznie. Sprzyjała również stabilna sytuacja polityczna. Wprawdzie sąsiedzi, zwłaszcza pazerna Marchia Brandenburska, głównie na południowych rubieżach, systematycznie wyrywali kawałki terytorium, ale nad Zalewem Szczecińskim panował święty spokój. W międzyczasie w sposób względnie pokojowy dokonano zmiany obowiązującej religii, niszcząc z gorliwością pazernych neofitów, bogate wyposażenie kościołów katolickich, przystosowując je do nowej roli świątyń protestanckich, ascetycznych w formie.

Daleko od ujścia Odry konflikty religijne wywołały wojnę zwaną później trzydziestoletnią. Wprawdzie strony konfliktu gorliwie zapewniały o uszanowaniu neutralności księstwa, ale gdy samofinansujące się armie weszły w jego granice, jeszcze bardziej gorliwie nakładały na ludność karne kontrybucje, rabowały i kradły, przy okazji dodając świeżej krwi do nieco już zaśniedziałej puli genów. Spopularyzowały zawleczony przez marynarzy Kolumba syfilis, prawdziwy bicz boży w następnych wiekach.  Ostatni z Gryfitów Bogusław XIV zmarł bezpotomnie na udar mózgu w 1636 roku, zostawiając księstwo kompletnie zrujnowane. Siedemnastowieczny historyk  zacytował anegdotę powstałą na krótko przed śmiercią księcia i końcem dynastii Gryfitów: 

„Kiedy umierał Bogisław XIV, jego nadworny kaznodzieja wspierał go duchowo. Po różnego rodzaju pociechach stwierdził, że wkrótce zobaczy wszystkich swoich przodków w życiu pozaziemskim, w tym Bogisława X, Wielkiego, którego tak bardzo szanował. Te słowa zachęciły już całkowicie obojętnego księcia i po raz ostatni krzyknął: „Bogisławie, Bogisławie, będziemy szczęśliwi!”. Kiedy duchowny powiedział, że w niebie nie ma picia, książę uprzejmie powiedział: „Och, drogi panie Dokter, bo nie znasz Bugslaffena!”.

Bugslaffen to oczywiście dziadek Bogusława XIV znany obecnie jak Bogusław X Wielki, który słynął z nieco swawolnego trybu życia.

 

Wojna trzydziestoletnia (1618-1648)

Święte Cesarstwo Rzymskie pod władzą Habsburgów w XVII wieku stanowiło konglomerat kilkuset drobnych wasalnych kraików dość zróżnicowanych religijnie. Cesarz wspierał kontrreformację i powołał Ligę Katolicką. Protestanci zrewanżowali się Unią Protestancką. Jak zwykle podłożem konfliktu były interesy i rywalizacja o wpływy. Habsburgowie obsadzili kilka znaczących tronów w ówczesnej Europie i starali się nie dopuszczać do usamodzielnienia się swoich wasali. Władcom drobnych kraików marzyło się wyrwanie spod hegemonii cesarza. Religia mogła pomóc jednej i drugiej stronie. Bezpośrednim pretekstem wybuchu wojny stał się fakt wyrzucenia przez okna zamku na Hradczanach kilkunastu katolickich deputowanych. To wystarczyło by płomień wojny objął znaczne obszary Europy. Armia cesarska pod dowództwem księcia Wallensteina grasowała po wszystkich krajach grabiąc i mordując ludność nie czyniąc większych różnic między katolikami i protestantami, zapuszczając się na wybrzeża Bałtyku.

Unia Protestancka przy pomocy dyplomatycznej katolickiego kardynała Richelieu skłoniła króla szwedzkiego Gustawa Adolfa do przyłączenia się do konfliktu. Armia szwedzka miała działać wyłącznie przeciwko Habsburgom wspierana militarnie i finansowo przez Francuzów pod warunkiem zachowania neutralności względem członków Ligi Katolickiej. Protestanckie kraje północnych Niemiec, nękane przez Wallensteina, same wezwały na pomoc króla Szwecji. Ten wykorzystał sytuację: Habsburgowie byli osłabieni porażkami w walkach w Niderlandach i Włoszech. W lipcu 1630 roku Gustaw Adolf wylądował na terenie Cesarstwa i zmusił księcia Bogusława XIII do zawarcia z nim sojuszu. Szwedzi dysponowali silną dobrze zorganizowaną i wyposażoną armią, która „spuszczona ze smyczy” ruszyła na południe rozbijając w kilku bitwach siły cesarskie. Wkrótce zajęto Pragę i zbliżono się do Wiednia. Armie Gustawa Adolfa i Wallensteina spotkały się w bitwie pod Lutzen w pobliżu Lipska. Armia cesarska została pobita, jednak w bitwie poległ Gustaw Adolf i Szwedzi wycofali się z południowych landów niemieckich.

Od bitwy pod Lutzen karta odwróciła się. Szwedzi zaczęli przegrywać kolejne starcia, zaś katolicy konsolidowali siły pod władzą cesarza. Gdy Wallenstein „zbytnio porósł w piórka” został na zlecenie cesarza zgładzony. Kolejna wielka bitwa pod Nordlingen stanowiła wielki finał wojny. Pokonani Szwedzi wycofali się do Meklemburgii i na Pomorze Zachodnie uwożąc z sobą zrabowane w wielu krajach kosztowności i unikalne zabytki ruchome, zdobiące teraz szacowne szwedzkie instytucje kulturalne i naukowe. W czasie trzydziestu lat wojny władcy wielu kraików niemieckich lekceważąc podziały religijne przechodzili ze strony na stronę w zależności od sytuacji militarnej głównych adwersarzy. Często katolicy i protestanci zawierali sojusze przeciwko innym katolikom i protestantom. Bogiem a prawdą po dwóch pokoleniach pewnie już nikt nie wiedział o co poszło.

Zmagania zakończył pokój Westfalski (pokój w Osnabrück). Szwecji przypadły Pomorze Zachodnie ze Szczecinem, Brandenburgii wschodnia część Pomorza Zachodniego z Kołobrzegiem. Działania wojenne, zawleczone zarazy i syfilis spowodowały śmierć ponad 8 milionów ofiar, jednak wystarczyło tylko kilka lat i Szwedzi zainicjowali nową wojnę znaną w Polsce jako potop szwedzki.

 

Szwedzi i Prusacy

Traktat pokojowy z Osnabruck (1648 r.) potraktował Pomorze Zachodnie jako łup wojenny i podzielił je pomiędzy głównych adwersarzy. Tereny wokół Zalewu Szczecińskiego przejęli Szwedzi i gospodarzyli tu blisko dwieście lat do końca kolejnej wielkiej zawieruchy, tym razem napoleońskiej. W międzyczasie traktując Pomorze jako dogodną bazę wypadową nowi władcy dokonywali najazdów na sąsiadów czyli Polskę i Prusy. Owi sąsiedzi w rewanżu też najeżdżali Pomorze Szwedzkie (”… jak Czarniecki … rzucił się przez morze …”). Prusacy zaś przy każdej okazji skutecznie wyszarpywali kolejne fragmenty terytorium, aż ograniczyli władztwo Szwedów do Stralsundu z najbliższą okolicą Tej najbliższej okolicy Szwedzi strzegli jak oka w głowie, bowiem było to jedyne żeglowne ujście Odry i ten kto nad nim panował pobierał słone cła i inne opłaty.

Galeon „Batavia” (Wikipedia)

Ten stan niezbyt podobał się oszczędnym Prusakom, bo kto to widział żeby Prusak płacił obcym, a i żegluga pod wiatr długim wąskim i usianym mieliznami farwaterem przypominała drogę przez mękę. Często dziesiątki żaglowców, tygodniami czekało na zmianę kierunku wiatru, a koszty rosły. By ograniczyć koszty transportu i zapewnić swobodny ruch budowanej właśnie flocie wojennej zaczęto pogłębiać Świnę oraz budować Świnoujście. Było to przedsięwzięcie długotrwałe i kosztowne, ale nie do końca pomyślne, bo woda szybko nanosiła piasek a i Szwedzi w ramach ochrony monopolu potrafili zatopić w wejściu do portu kilka wyładowanych kamieniami starych statków. Ale Pan Bóg ich pokarał i po upadku Napoleona, król szwedzki, wcześniej znany jako francuski marszałek Bernadotte musiał wraz z poddanymi wynieść się za morze, a nad całym Pomorzem zapanował „Pax Prussiana” i tylko echa dalekich wojen docierały do kraju. Na wszelki wypadek Szczecin pozostawał twierdzą do początku lat osiemdziesiątych dziewiętnastego stulecia.

Oprócz mrowia mniejszych statków, morza i oceany przemierzały galeony podobne do niderlandzkiej „Batavii”. Konstrukcja tak bardzo udana, że użytkowana była przez prawie 200 lat. Duży żaglowiec trzeba było wypełnić odpowiednio dużą ilością ładunku. To już nie te czasy kiedy zawartość kilku czy kilkunastu furek stanowiła cały fracht dla statku. Efektywniejszy był wodny transport śródlądowy realizowany całą gamą barek. W systemie transportowym Odry dominowały odraki vel odrzaki (niem. Oderkahn). W widoku z góry miały kształt prostokąta 4-6 x 20-30 m. Dziobnicę stanowiło dno wygięte do góry, burty były pionowe i równoległe do siebie. Szkielet i wielowarstwowe poszycie drewniane łączono głównie na kołki sosnowe. Napęd stanowił żagiel rozprzowy. Płynąc w wąskich kanałach lub pod prąd i wiatr, wspierano się siłą pociągową wołów lub koni. Niewątpliwe zalety tego statku czyli spora ładowność, prostota budowy i łatwa obsługa spowodowały rozprzestrzenienie się odrzaków nawet w dorzecze Wisły. Tam pływało ich sporo, lecz już pod nazwą berlinek.

 

Kaiser und Vaterland

Sto długich, pracowitych lat. Kanclerz Otto Bismarck zjednoczył niemieckie landy i księstwa w jeden sprawny organizm dając początek gwałtownemu rozwojowi handlu i przemysłu. A rolnicza Provinz Pommern, jeszcze w znacznej mierze feudalna, nieco patriarchalna, ot taki wielkoniemiecki skansen, zaścianek, drzemała w spokoju. Wielka polityka przekładała się tylko na ceny płodów rolnych, czy pobór rekruta, ludzie zaś pilnie pracowali bez oglądania się na socjalizmy i inne nowomodne fanaberie. Dopiero efekt wygranej wojny z Francją (1871 r.), bardziej zaś słynna kontrybucja, owe 5 000 000 000 marek w złocie (plus odsetki), a właściwie tylko niewielki procent tej sumy, przyniósł radykalne zmiany. Wielka forsa, budowa nowoczesnej infrastruktury, miejsca pracy dla setek tysięcy byłych wyrobników wiejskich i mamy rozwój miast. Przy okazji Szczecin przestał być twierdzą. Zaczęło się wielkie budowanie.

Strategicznym przedsięwzięciem dla Rzeszy była budowa Kanału Kilońskiego, bo droga z Bałtyku na Atlantyk została skrócona o około trzy dni i żegluga nie mogła być kontrolowana przez Duńczyków czy Szwedów. Z tej wewnętrznej drogi morskiej często korzystały okręty wojenne podobnie jak ciężki krążownik „Goeben”. Wprawdzie pierwszą wojnę światową spędził głównie na Morzu Czarnym walcząc z flotą carską z portów tureckich, jednak bywał też w Świnoujściu. Jedna z ciężkich baterii obrony wybrzeża została wyposażona w jego działa kalibru 280 mm.

Krążownik „Goeben”(Wikipedia)

Nas szczególnie interesuje budowa farwateru Świnoujście – Szczecin, gdyż znowu Szczecin mógł stać się prawdziwym portem morskim a farwater trochę modernizowany przez lata funkcjonuje do dzisiaj. Jeśli tylko macie ochotę to o drodze wodnej Szczecin-Świnoujście możecie przeczytać nieco dalej, w jednym z kolejnych rozdziałów.

Działania wojenne pierwszej wojny światowej toczyły się daleko, a Provinz Pommern tradycyjnie dostarczała mięsa armatniego i innych środków niezbędnych do walki za Kaisera i Rzeszę. Świnoujście, miasto i port zbudowane między morzem a zapleczem lądowym stało się dogodną, silnie zresztą ufortyfikowaną, bazą dla operacji morskich na wschodzie.

Klęska Niemiec w I wojnie, przypieczętowana „hańbą traktatu wersalskiego” na krótko zresztą spowodowała demilitaryzację bazy. Na krótko, bo już po 20 latach pancernik „Schlezwig Holstein” pod koniec sierpnia 1939 roku wypłynął do Gdańska z „kurtuazyjną” wizytą, by rozpocząć kolejną wojnę światową.

 

Gott mit uns

Historia lubi się powtarzać i faktycznie pierwsze lata II wojny dowiodły trafności tego powiedzenia. Zespołowi portów Szczecin i Świnoujście przypadła rola bazy morskiej głębokiego zaplecza. Po zdobyciu niepodzielnego panowania nad wybrzeżami południowego i zachodniego Bałtyku, ciężar działań morskich przeniósł się do baz atlantyckich i norweskich. 

Pancernik typu „Bismarck” (Wikipedia)

Z portów niemieckich, francuskich i norweskich wypływały na Atlantyk stada u-bootów i eskadry ciężkich okrętów m.in pancernik „Bismarck”. Jednak pojawił się nowy element rozgrywki, mianowicie lotnictwo strategiczne, umożliwiające projekcję siły w głąb terytorium przeciwnika. Baza morska Kriegsmarine w Świnoujściu, przemysł Szczecina, fabryka benzyny syntetycznej w Policach i ośrodek rakietowy w położonym na wyspie Uznam Peenemunde, były bombardowane często i dużymi siłami. Reakcję obronną stanowiła budowa kilkudziesięciu baterii przeciwlotniczych i rozbudowa artylerii obrony wybrzeża. Zawsze mnie frapowała myśl; dlaczego nikt nie pomyślał o umocnieniu podejścia od strony stałego lądu. Wykorzystali ten fakt Rosjanie zdobywając bez większego kłopotu wszystkie wyspy zamykające Zalew od północy.

 

W końcu my

I nastały dziwne czasy. Na początku łapę na ujściu Odry trzymali władcy ZSRR. Wasale zaś; Polacy, dobrzy Niemcy a nawet bracia Czesi żądający zadośćuczynienia za swój wiekopomny wkład w wojnę, usiłowali zawłaszczyć ten zakątek Europy. Najbardziej skuteczni okazali się nasi rodacy „przywracając Ziemie Zachodnie do macierzy”. Towarzysze radzieccy obdarzyli nas wielkim zaufaniem jednak zgodnie ze słowami Suworowa: „pomnij Rykow kamrat, pomnij Ty, by na Lachy nie chadzać bez armat”, na wszelki wypadek pozostawili sobie armaty ulokowane w kilku bazach wojskowych. Porty morskie pod tym względem były szczególnie uhonorowane. Zimna wojna adaptowała powiedzenie „małe jest piękne” – bo trudniej trafić, toteż naszą flotę wojenną zdominowały karakany: kutry rakietowe, torpedowe, trałowce itp. Tylko posiadaliśmy sporą flotyllę dużych okrętów desantowych. Cholera wie do czego przydatnych w obronie własnych granic.

Kuter rakietowy (Wikipedia)

Na początku lat dziewięćdziesiątych jakby znormalniało, nawet niektórzy nasi czynownicy spuścili z tonu. Gdy wracając jachtem „Ziemowit” z niemieckiej części Zalewu, dokonałem odprawy granicznej w Trzebieży, nieśmiało zapytałem: czy mogę chociaż ze dwie godziny cumować przy nabrzeżu WOP-u? Odpowiedź zszokowała mnie: „proszę bardzo, jest Pan w swoim kraju”. I od tego momentu jestem. Nareszcie jestem.

Jesteśmy w Unii, granica morska to tylko kilkanaście żółtych pławek, które w niczym nie przeszkadzają służąc jedynie jako pomoc w nawigacji. W ostatnich latach nawet małe pławki graniczne usunięto, pozostawiając jedynie duże ustawione na załamaniach linii granicznej.

 

Nowa geografia, czyli ludzkie papraninki

Od początku neolitu człowiek zaczął dość brutalnie zmieniać ziemię, którą zamieszkiwał i eksploatował, wodę zaś musiał pozostawić w spokoju. Wprawdzie łowił on i zjadał ryby, czasem rybki mogły się zrewanżować, ale na papranie w geografii i systemie wodnym ujścia Odry możemy sobie pozwolić dopiero od niedawna, bo mamy siły, środki i potrzeby. Czasami tylko brakuje nam wiedzy lub rozsądku. Przyroda porządnie zrobiła swoje i powinno być dobrze, ale niestety jest gorzej niż powinno, bo w procesie tworzenia zaczął aktywnie uczestniczyć człowiek, a jest istotą „szkudną”, nawet bardzo „szkudną”.

 

Kanał w Wolinie

Najstarszą bo X-wieczną papraninką był kanał łączący północno-wschodnią część Zalewu z Dziwną przy nasadzie półwyspu Rów, w okolicach Gołogóry. Rzut oka na mapę pozwala zauważyć, że żegluga kanałem skracała drogę do Wolina o kilkanaście kilometrów i pozwalała ominąć niebezpieczne mielizny zamykające tzw Bramę Dziwnej. Aktualnie brak śladów tej budowli, ale może jakiś archeolog lub inny kopidół ujawni je.

 

Nowe Warpno

Rozwój przestrzenny miasteczka znamy m.in dzięki pracom pani dr Aliny Biranowskiej Kurtz. W średniowieczu miasteczko ulokowano na wyspie u południowych wybrzeży Zatoki Nowowarpieńskiej, w odległości ponad 250 m od brzegu. W ramach późniejszego fortyfikowania miasta usypano w cieśninie między wyspą a stałym lądem kolejną wysepkę o przeznaczeniu militarnym. Po zawierusze napoleońskiej obie wyspy połączono ze stałym lądem i Nowe Warpno nie ruszając się z miejsca znalazło się na półwyspie. Ta papraninka podzieliła akwen na dwie części tworząc Zatokę Nowowarpieńską i Jezioro Nowowarpieńskie.

 

Miroszewo

Zachodni brzeg Zalewu stanowi w tym miejscu aktywny klif. W klifie widać ceglane fundamenty budynku. Są to resztki starej cegielni. Nie mniej niż 1000 m od brzegu na dnie wody zalegają liczne głazy. Na mapach z początku XIX wieku w tym miejscu jest eksponowany półwysep. Cegielnie zwykle budowano w pobliżu złóż surowca; gliny lub iłów, a w tym przypadku na lądzie brak w najbliższej okolicy jakichkolwiek śladów wyrobisk. Nasuwa się wniosek; ludzie wybrali trochę gliny, nakopali dołów na półwyspie, a woda zrobiła swoje roznosząc lżejsze frakcje po okolicach, większe głazy pozostawiając na dnie. Jest jeszcze jedna przesłanka. Do wojny północnej Nowe Warpno było znaczącą twierdzą posiadającą w obrębie I linii fortyfikacji własną strefę ekonomiczną (pola, łąki, pastwiska, stodoły, młyny …). Przebieg linii umocnień od Karszna można prześledzić w terenie ale tylko do Miroszewa. Brak obiektu broniącego podejścia od strony wody. Być może był na półwyspie i utonął z całą resztą. Opisane wyżej poszlaki wskazują na kolejną papraninkę, wprawdzie niezamierzoną, ale istotną.

 

Poldery czarnocińskie

Od dawna intryguje mnie geneza terenów położonych na wschodnim brzegu Zalewu pomiędzy miejscowością Stepnica a nasadą półwyspu Śmięcka Kępa. Na prawie całym odcinku wybrzeże zabezpieczone jest wysokim wałem przeciwpowodziowym, za którym, aż do podnóża terasy polodowcowej stanowiącej niegdyś brzeg zalewu rozciągają się niskie, podmokłe łąki na podbudowie grubej warstwy torfów, tu i ówdzie przeplatane łachami piasków. Wał przebiega wzdłuż linii piaszczystych wysepek, na których leżą miejscowości: Piaski, Gąsierzyno, Świętowice, Kopice, Czarnocin i nieistniejący już Schmynz (Schminz). Zapiski kronikarskie podają, że jeszcze w XVII wieku do części z nich można było dotrzeć tylko łodzią lub zimą po lodzie. Aktualnie kilkadziesiąt kilometrów kwadratowych mokrych łąk przyległych do wysokiego brzegu otoczonych jest wałami przeciwpowodziowymi. Łąki odwadniane są gęstą siecią rowów melioracyjnych uchodzących do kilku zbiorczych kanałów. Z kanałów woda usuwana jest do zalewu systemem pompowni. To tyle co można zauważyć na pierwszy rzut oka. Wystarczy jednak przyjrzeć się uważnie i widzimy dwa systemy umocnień brzegowych i dwa systemy kanałów odwadniających. Ten nowszy zbudowano w drugiej połowie XIX wieku, gdy największa papranika czyli nowa droga wodna do Szczecina mściła się częstymi powodziami. Ale co jest pod spodem? Zarośnięte i zaślepione stare kanały są jeszcze dobrze widoczne, a i patrząc uważnie można zauważyć, że nowe wały okalające poldery wykonano na starszej konstrukcji. Jednak kto ją wykonał i kiedy pozostaje tajemnicą. Podobny, lecz znacznie mniejszy system polderów funkcjonuje na zachodnim brzegu w pobliżu miejscowości Brzózki i Warnołęka. Tu dla odmiany odcięto wałami i osuszono sporą zatokę. Dwie pozornie niewielkie paparaninki i ponad 100 kilometrów kwadratowych zalewu mniej, a szkoda.

 

Farwater Szczecin – Świnoujście

Połączenie Szczecina z morzem przez ostatnie prawie tysiąc lat determinowały głównie dwa czynniki: piasek i polityka. W czasach świetności Wolina czyli na przełomie I i II tysiąclecia jednostki pływające były stosunkowo niewielkie, miały zanurzenie do jednego metra i doskonale radziły sobie z mieliznami zamykającymi ujścia Odry. Szczególnie Świna i Dziwna charakteryzowały się niewielkimi głębokościami i kapryśnym charakterem. Znane są przypadki gdy ujście Dziwnej zostało nagle zupełnie zasypane. Doświadczył tego duński król Magnus, który w XII wieku, wszedł z flotą przez Świnę, od strony Zalewu Szczecińskiego i podszedł pod Wolin, próbując bezskutecznie zdobyć miasto. Po krótkim, nieudanym oblężeniu zamierzał wyjść na morze przez ujście Dziwnej, a tu problem; morze i wiatr w poprzek cieśniny usypały piaszczystą mierzeję. Powrót na Zalew zablokowała flota księcia pomorskiego Warcisława, ale chyba niezbyt dokładnie bo Magnusowi udała się rejterada, pewnie dlatego przez potomnych został nazwany Wielkim. Już ponad 200 lat wcześniej wikingowie wędrując do Bizancjum potrafili, czasem kilkanaście kilometrów, przeciągać po piasku swoje statki pomiędzy żeglownymi rzekami. A tu nie dali rady? Czy to wikingowie osłabli, czy też była inna przyczyna?. Prawdopodobnie to rozwój techniki szkutniczej, a zwłaszcza wynalazek steru zawiasowego pozwolił na budowę większych i cięższych jednostek. Przez kilka następnych wieków Dziwną i Świnę pozostawiono niewielkim jednostkom rybackim i kabotażowym, żaglowce pełnomorskie zaś długą i trudną trasą przez Pianę wychodziły w morze. Dodatkowym kłopotem byli Szwedzi dzierżący twardą ręką ujście Piany.

Aż na początku XVIII wieku, kolejny Wielki tym razem król pruski Fryderyk, inwestując kwotę równą co do wartości 4 000 kg złota, zbudował miasto-port Świnoujście i z uporem usiłował pogłębić Świnę. Bałtyk z równym uporem niweczył jego starania, aż Stary Fryc zdenerwował się i zamknął budowniczego portu dożywotnio w twierdzy. Co zresztą nie zapobiegło zapiaszczaniu dna Świny.

Przez kolejne ponad 100 lat Prusy stały się potęgą i przystąpiły do zmasowanego ataku. Atak rozpoczęto od budowy kamiennych falochronów o długości ponad 1300 m. Głazy do budowy pozyskano z dna Bałtyku z kamiennej „rafy” na wysokości miejscowości Koserow. Równocześnie zbudowano wysoką na 68 m wieżę latarni morskiej. Falochrony znacznie ograniczyły ruch rumowiska dennego i pozwoliły na pogłębienie szlaku żeglownego jeszcze przez Starą Świnę. Chyba przypadkiem zmiana warunków reżimu hydraulicznego ujścia Świny doprowadziła miejscami do samoczynnego pogłębiania się koryta rzeki pomiędzy falochronami, co też stanowi pewien kłopot.

W 1880 roku oddano do użytku sztuczny przekop przez wyspę Uznam nazwany Kaiserweg (Kanał Piastowski). Dla porządku odcięty fragment wyspy Uznam nazwano wyspą Karsibor. Wkrótce potem farwater nieco wyprostowano i przybyła nam jeszcze jedna wyspa Mielin. Jeszcze na wszelki wypadek po obu stronach ujścia zbudowano kilka fortów stanowiących trzon twierdzy morskiej.

W 1900 roku droga wodna do Szczecina uzyskała swój dzisiejszy kształt i długość wynoszącą 68 km. Tor wodny poszerzono do 150 m na Zalewie i 100 m w przekopach przy głębokości gwarantowanej 7-8 m. Wykonano oznakowanie farwateru: bramy torowe, nabieżniki itp. W następnych latach tor wodny stale modernizowano i przygotowywano do utrzymania głębokości 9,6 m. Aktualnie podjęto prace mające na celu pogłębienie farwateru do 12 metrów.

Po II wojnie światowej administracja polska przejęła tor wodny usiany wrakami, niewypałami i znacznie zniszczony. Sprawą najważniejszą było usunięcie wraków statków i innych niebezpiecznych przedmiotów z dna. Następnie przystąpiono do pogłębiania i remontu urządzeń nawigacyjnych i ochronnych. Uzyskano głębokość 9,6 m na odcinku od Świnoujścia do Szczecina. Obiekty w rejonie I Bramy Torowej: falochrony, zwężki wybudowano na nowo. Zgodnie z panującą modą na główkach falochronów ustawiono dwa granitowe białe orły, coś tam symbolizujące. Prawdopodobnie sknocono obliczenia, bo w krótkim czasie falochrony zostały podmyte i utonęły razem z orłami. Fama głosi, że jednemu z ptaków pomógł pijany szyper barki. Kilka lat temu południowe wejście do kanału osłonięto dwoma nowymi falochronami.

Pomijając drobne wpadki, przez całe lata; remontując, modernizując, pogłębiając wykonano ogromną pracę. Tylko w latach 1950-1982 wydobyto z dna prawie 73 miliony m3 urobku. A co mówić o 250 latach tych nierównych zmagań. Gigantyczną kupę piachu trzeba było gdzieś schować. Mały zamach na geografię i problem rozwiązany. Tu usypano nowe wyspy, tam zasypano głębinki, zaś w ostatnich dziesięcioleciach nastała moda na całkiem nowe półwyspy. Ortodoksyjni ekolodzy rwą włosy i ronią krokodyle łzy nad umęczoną przyrodą, a ja się cieszę i kwita. Widziałem jak nowe pola refulacyjne w ciągu kilku lat zmieniły się w dzikie, kipiące życiem tereny, ostatnie schronienie wielu ginących gatunków zwierząt, zwłaszcza ptaków potrzebujących piaszczystych łach do gniazdowania i żerowania.

 

Nowe wyspy

W ostatnich latach, a mamy 2018 rok, zaczęto realizować pomysł pogłębienia farwateru Szczecin-Świnoujście, do 12 m, czyli o około 2,40 metra. Trwają prace projektowe i przygotowawcze, uzgodnienia, zatwierdzenia itp. Już wielokrotnie mamiono nas „przedwyborczymi obietnicami”, wystarczy wspomnieć odwieczny tunel do Świnoujścia, toteż osobiście podchodzę do tematu z dużą dozą niewiary. Jeśli jednak dojdzie do realizacji, to z czym musimy się liczyć? Prace pogłębiarskie mogą skutkować wydobyciem milionów ton piachu z dna akwenu. Projekt przewiduje usypanie dwóch nowych wysp na zalewie. Mają być ulokowane kilka kilometrów na wschód od farwateru Szczecin-Świnoujście. Każda z nich ma posiadać powierzchnię prawie 1,3 km2. Przy docelowej wysokości 5-6 metrów, mieścić ponad 20 mln m3 urobku. Wysepki będą zaopatrzone w pomosty do cumowania i z pewnością w eleganckie tabliczki zakazujące wstępu żeglarzom. Konia z rzędem osobie, która potrafi przekonać mnie do ich sensu.

Mam nadzieję, że budując wysepki nie zniszczymy doszczętnie organizmów zajmujących się filtrowaniem wody i usuwających z niej zanieczyszczenia . Są to zwierzątka bardzo pracowite, jedna małża potrafi przefiltrować do 2 litrów wody dziennie a jest ich na km2 dna nawet kilkaset ton. Populacja filtratorów szczególnie racicznicy zmiennej może zostać zniszczona przez zawiesinę drobnych pyłów roznoszonych przez wodę z deponowanego refulatu. Moje obawy wynikają z doświadczeń uzyskanych z analizy wyników modnego w ostatnich latach poszerzania plaż morskich refulatem uzyskanym z dna morza. Przez kilka lat plaże będą nieco szersze natomiast pyły unoszące się wodzie dokonały spustoszenia w gatunkach małż, filtratorów bytujących w pobliżu.

 

Sieci

Pisząc o ludzkich papraninkach trudno zapomnieć o sieciach stawianych gorliwie przez rybaków. Na zalewie występują dwa podstawowe typy sieci stawnych:

  1. Żaki giganty, czyli z naszego punktu widzenia las kołków szeroki na kilkadziesiąt metrów i długi nawet na dwa kilometry. Wszystkie kołki połączone są labiryntem sieci, lin i stalówek. Niby jest to wszystko oznaczone biało-czerwonymi rombami ustawianymi na skrajnych kołkach. W praktyce często znaków brak, lub są postawione w lesie kołków i niezbyt widoczne w dzień. W nocy nie widać ich zupełnie.
  2. Wontony. Są to długie żyłkowe sieci zawieszone między powierzchnią wody a dnem. Oznakowane są pływającymi patykami zaopatrzonymi w czerwone  lub czarne chorągiewki. Jeśli na patyku są dwie chorągiewki oznacza to początek lub koniec zestawu. Czerwone chorągiewki znaczą sieci zanurzone mniej niż dwa metry. Czarne chorągiewki znaczą sieci głębinowe zanurzone ponad 2 metry. Czasami patyki odległe są od siebie kilkaset metrów i ich nie widać. Wtedy powstaje dylemat, którędy? … Jeśli rybak nie oznaczył dodatkowym pływakiem przebiegu sieci pytanie pozostanie bez odpowiedzi. Chyba, że się zaczepimy podwodnymi częściami kadłuba.

Żak gigant (mały fragment). Foto: Kazimierz Olszanowski

Zardzewiała śmierć

Mimo upływu wielu dekad ciągle jeszcze zagrażają nam pamiątki z wojny. W lipcu 2019 roku saperzy usunęli półtonową minę znalezioną w rejonie I bramy torowej. Akcja wymagała wstrzymania żeglugi farwaterem Szczecin – Świnoujście.  Małe jednostki  przez kilka godzin nie mogły opuszczać portów. Ponoć akcja będzie powtórzona, bo w pobliżu jest jeszcze jedna mina.

Kilka lat temu saperzy wysadzili w okolicy Polic bombę lotniczą, która ze względu na zagrożenie nie mogła być wywieziona na poligon, gdzie detonuje się niebezpieczne ładunki. Bombę ostrożnie podkopano i delikatnie pogrążono w wykopie na miejscu znalezienia. Wbrew twierdzeniom „fachowców” inspirowanych niewątpliwie słynną aferą w Mulniku bomba jednak eksplodowała i wydarła spory lej w ziemi. Ładunek 250 kg amatolu przetrwał w wilgotnej glebie ponad 70 lat i okazał się zupełnie sprawny. W 2019 roku w rejonie przeprawy promowej w Karsiborze odkryto 5-tonową bombę typu Tallboy.

Oprócz pamiątek wybuchowych wojna pozostawiła amunicję i pojemniki z gazami bojowymi. Wyglądają niewinnie ale lepiej ich unikać, by nie narazić się na poważne kłopoty. Na polskim wybrzeżu odnotowano kilka przypadków poparzenia iperytem lub innym paskudztwem.

 

PRZYRODA ZALEWU

 Refugium

To takie mądre słowo ale po prostu oznacza ono miejsce schronienia, często ostatnie. Rejon ujścia Odry jest jednym z najcenniejszych refugiów w Europie, mozaika siedlisk i krajobrazów pozwala znaleźć tu miejsce do życia wielu gatunkom roślin i zwierząt. Sami zobaczycie: od rozległych akwenów do pionowych prawie stumetrowych klifów sterczących nad wodą. A między nimi: piaszczyste i kamieniste plaże, łany oczeretów, trzcinowisk, słonorośli, tysiące hektarów mokrych czy suchych łąk i pól uprawnych. Jak doda się jeszcze trzy puszcze okalające Zalew to już mamy zawrót głowy. Nic dziwnego, że prawie wszystkie tereny wokół akwenu Wielkiego Zalewu są objęte jakąś formą ochrony przyrody. I tak brzeg zachodni; obszar Natura 2000. Brzeg północny Woliński Park Narodowy. Brzeg wschodni; Park Natury Stowarzyszenia na Rzecz Wybrzeża (EUCC). Sam akwen to też obszar Natura 2000. Dla porządku; brzegu południowego właściwie nie ma, bo zlew z grubsza przypomina trójkąt.

Ptaki i inne stwory

W tym rozdziale ograniczę się przede wszystkim do ptaków. Budzą często wielkie zainteresowanie ludzi, a łatwo je zobaczyć. Mam na myśli te gatunki, które można obserwować w sezonie żeglarskim. Jachty z reguły nie są przystosowane do roli lodołamaczy, co uważam za duży błąd, bowiem tu potrafią zimować ptaki w stadach liczących setki tysięcy osobników. Dobrze jednak, że ostatnio zalew podbijają łodzie o małym zanurzeniu, pozwala to pobuszować we wszystkich, tajemnych zakamarkach akwenu. A właśnie o to nam chodzi, wleźć tam gdzie inni nie mogą.

Obserwacja ptaków wymaga trzech rzeczy:

  1. Lornetki, ale bez szaleństw, parametry 8×50 do 10×50 są optymalne, nie radzę przesadzać z powiększeniem, to zawsze odbywa się kosztem jasności obrazu, kąta widzenia, a i łapki się trzęsą mocniej niż zwykle.
  2. Odrobiny wiedzy, tu polecam klucz „Ptaki Europy i obszaru śródziemnomorskiego” Larsa Jonssona, może być też każdy inny. Zakup klucza nie będzie jednorazową inwestycją, bo zabawa wciąga a my i dzieci możemy błysnąć wiedzą wśród znajomych lub w szkole.
  3. Dużo pokory. Jeśli zobaczysz ptaka bardzo rzadkiego i choć troszeczkę podobnego do ptaka pospolitego to zawsze będzie ten drugi.

W różnych zakamarkach zalewu, wielkie rzadkości czasami są dość pospolite, więc nie traćcie nadziei, jak powiada Pismo Święte. Z całej gamy występujących na zalewie wybrałem kilka gatunków rzadziej spotykanych, w jakiś sposób charakterystycznych dla naszych terenów.

Łabędzie (Cygnus spp.)

Foto: Cezary Korkosz

Fotografia przedstawia dwa gatunki: łabędzia krzykliwego (Cygnus cygnus) i łabędzia czarnodziobego (Cygnus columbianus). W zasadzie wyglądają jak pospolity u nas łabędź niemy (Cygnus olor), jednak żółta plama na dziobie wskazuje, że są gośćmi z dalekiej północy . Różnice między gatunkami są dość subtelne, ale na tym zdjęciu dobrze widoczne. Dociekliwym czytelnikom podpowiadam; są tu trzy łabędzie krzykliwe i dwa czarnodziobe. U nas często spotykane jesienią, w czasie lekkiej zimy i wiosną, wtedy słuchać ich nosowe trąbienie co odróżnia je od rodzimego łabędzia niemego. Gniazdują na dalekiej północy. Może dlatego łabędź czarnodzioby jest absolutnym, ptasim mistrzem świata w ilości piór (około 90 tys) chroniących przed zadymką i mrozem.

Czapla biała (Egretta alba)

Foto: Cezary Korkosz

XIX – wieczna moda na kapelusze przybrane piórami doprowadziła do prawie zupełnego wytępienia tego gatunku w Europie, Przetrwała jedynie odosobniona populacja w delcie Dunaju. Tam mieszkały głównie muzułmanki, które za włożenie modnego kapelusza mogły być (zgodnie z prawem szariatu) pewnie ukamieniowane. Moda minęła, śnieżnobiałe ptaki dostały drugą szansę i powoli zajmują swoje dawne siedliska.

Bielik (Haliatuus albicilla)

Foto: Cezary Korkosz

Po ciężkim, pestycydowym kryzysie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku bieliki powoli „wychodzą na prostą”. Ptaków przybywa, obserwuje się wiele młodziaków takich jak ten sportretowany na zdjęciu. Dorosłe mają białe ogony i mocno rozjaśnione pióra na szyi. Uczeni w piśmie uważają, że bielik nie należy do rodziny orłów. Dla nas jednak był orłem, jest orłem, będzie orłem, wszak był pierwowzorem naszego godła. Pomorze Zachodnie, szczególnie rejon ujścia Odry jest prawdziwą stolicą światowej populacji tego gatunku.

Czajka (Vanellus vanellus)

Foto: Cezary Korkosz

Niegdyś dość pospolity gatunek, często spotykany nad łąkami leżącymi w sąsiedztwie rzek, jezior i stawów. Obecnie populacja wykazuje znaczne tendencje spadkowe. Lokalnie obserwuje się jednak powolny wzrost liczebności, prawdopodobnie spowodowany przywróceniem użytkowania łąk. Czajki podobnie jak wiele innych ptaków preferują wykaszane lub wypasane łąki, różne badyle i chabazie ich nie nęcą.

Łyska (Fulica atra)

Foto: Cezary Korkosz

Jej populacja spada z pieca na łeb i nikt nie wie tak naprawdę dlaczego. Wprawdzie ornitolodzy wymyślili mnóstwo czasami sprzecznych przyczyn, że w dalszym ciągu nikt nic nie wie, czyli czeski film. Łyski bytują głównie na pograniczu wody i szuwarów, nie stroniąc od brzegów ekstensywnie zabudowanych. Mając chwilę czasu warto przyjrzeć się tajnikom życia społecznego tego ptaka; obserwacje mogą być zaskakujące.

Mewa śmieszka (Larus ridibundus)

Foto: Cezary Korkosz

Jest najpospolitszym przedstawicielem grupy mew małych. Nieco mniejsza od niej jest mewa mała (Larus minutus) zaś nieco większa mewa pospolita (Larus canis). Różnice w sylwetce i ubarwieniu są niewielkie. Bliżej morza napotykamy również zdecydowanie większe gatunki mew, głównie mewę siodłatą (Larus marinus), która białe pióra ozdobiła czarną kamizelką i mewę srebrzystą (Larus argentatus). Ta dla odmiany nosi kamizelkę szaro-popielatą. W ujściu Odry można zauważyć jeszcze kilka innych gatunków mew ,są to jednak rzadkości i bardzo trudno odróżnić je od pospolitych. By już zupełnie zagmatwać ten mewi galimatias należy wspomnieć, że młode osobniki mew są inaczej ubarwione od dorosłych. Małolaty prezentują zestawy brązowych plamek na białym tle. Wprawny ornitolog na podstawie stosunku bieli do brązu jest w stanie oszacować wiek osobnika.

Rybitwa rzeczna (Sterna hirundo)

Foto: Cezary Korkosz

Rybitwy ulegają mewom w liczebności, górują nad nimi brakiem pewnej nachalności, perfekcyjnym opanowaniem akrobacji powietrznych i umiejętnością nurkowania. Są zdecydowanie subtelniejsze w budowie a także mniejsze od mew. Widziałem kiedyś w marinie Moenkebude jak stadko rybitw polowało na narybek. Żeglarze stali się publicznością oklaskującą szczególnie udaną akrobację uwieńczoną zdobyciem rybki. Rybitwom to nie przeszkadzało a wszyscy mieli dobrą zabawę.

Ostrygojad (Haematopus ostralegus)

Foto: Lech Karauda

Ostrygojad (Haematopus ostralegus). Tu pasują znane słowa Wieszcza „… patrzcie, patrzcie młodzi to już ostatni ..”. Może jeszcze nie ostatni ale z pewnością jeden ostatnich, które gniazdują w ujściu Odry. Nic dziwnego skoro jako ludzie dokładamy wszelkich starań by pozbyć się tego gatunku. Bez mieszkania i pożywienia mało kto potrafi przetrwać, a osuszając wilgotne łąki bądź trując ściekami mięczaki i wieloszczety pozbawiamy ostrygojady niezbędnych czynników warunkujących przetrwanie.

Zimorodek (Alcedo attis)

Foto: Cezary Korkosz

W zakamarkach zacisznych przystani zwłaszcza położonych w ujściach rzeczek można doświadczyć spotkania z prawdziwym klejnotem naszych wybrzeży. Spotkanie najczęściej jest bardzo krótkie, bowiem urwis jak Messerschmidt fruwa patrolując swój rewir, czasem tylko przysiądzie na jakimś patyku nad wodą wypatrując małych rybek. Wbrew swojej nazwie nie lęgnie się w zimie lecz w ziemi. W skarpach nad wodą kopie głębokie norki zakończone komorą lęgową wyścieloną drobnymi, rybimi ośćmi. Na przystani w Łunowie używał norki wykopanej w wykrocie wierzby.


To tyle na temat ptasząt pozostało jeszcze sporo ponad dwieście gatunków więc macie szanse się wykazać. Warto teraz wspomnieć kilka zjawisk, które intrygują wielu żeglarzy.

Gradacja owadów

Wiele „robali” zamiast po bożemu przechodzić regularnie cykl metamorfozy jajo-larwa-poczwarka-owad dorosły, potrafi wstrzymać nawet na kilka lat rozwój jaja czy poczwarki by w pewnym momencie doprowadzić do gwałtownego przyspieszenia i pojawienia się jednocześnie kilku roczników. I wtedy : „… kupą mości panowie”, takie zjawisko nazywa się gradacją. Nie wiem czy akurat biedronki stosują tę strategię ale obserwacje tzw. „biedronkowych lat” na to wskazują. Na zalewowych plażach zalegają hałdy owadów wyrzuconych przez wodę a ptaki siewkowate są ociężałe od obżarstwa.

Gradacja biedronek. Foto: Dorota Musielak

W pogodne, letnie wieczory na brzegami zalewu można zauważyć coś na kształt słupów dymu unoszącego się nawet kilkadziesiąt metrów nad wysokimi drzewami. To wyrój ochotki piórkówki, nieco większej od komara i ozdobionej parą czułków – antenek jak jakiś obcy. Te „słupy dymu” to właściwie sex grupy złożone z setek milionów dorosłych owadów. Po kopulacji owady giną, woda wyrzuca truchła na brzeg. Niegdyś wywożono je na pola jako nawóz. W ten sposób zamyka się koło obiegu materii w środowisku wodnym. Ochotkowate jeszcze w postaci larwalnej potrafią żyć w zanieczyszczonej biogenami wodzie, są wręcz pionierskimi zwierzętami w przybrzeżnych strefach z niską zawartością tlenu. Zanieczyszczenia rozpuszczone w wodzie wbudowują w swoje ciała. Po opuszczeniu toni wodnej, już pod postacią dorosłego owada „eksportują” biogeny na ląd, oczyszczając w ten sposób wodę.

Przybłędy

Kilka obcych gatunków znalazło u nas eldorado i mnożą się na potęgę wypierając nasze rodzime gatunki. Zawleczone do Europy przypadkiem lub celowo często przywożą z sobą groźne dla tubylców choroby. I tak : rak pręgowany zawlókł raczą dżumę eliminując niemal tubylczego raka szlachetnego. Pąkla, Bóg wie dlaczego zwana bałtycką obrasta pancerzem ostrokrawędzistych, wapiennych wulkaników wszystko co twarde i jest zanurzone w wodzie, części podwodne jachtów i statków też. Jenot znad Amuru i norka amerykańska stosują metody łowieckie nieznane naszym gatunkom przyczyniając się walnie do ich wytępienia. Na początku XX wieku gradacja kraba wełnistorękiego z Chin stała się prawdziwą plagą, blokując np ujęcia wody czy kolektory ściekowe. 

Żółw czerwonolicy. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na fotografii żółw czerwonolicy jeden z przywiezionych dla zabawy z Ameryki. Gdy zabawa już się nam znudzi zwracamy stworzeniu wolność. Należy sądzić, że konkurencja gatunków eksploatujących to samo środowisko zniszczy resztki żyjących jeszcze rodzimych żółwi błotnych. Osobnik na zdjęciu został wyłowiony z Zatoki Nowowarpieńskiej, jest dość spory czyli dobrze mu się tutaj powodzi.

Zakwit wody

Jest to efekt masowego rozwoju fitoplanktonu (sinic, okrzemek, zielenic, wiciowców i in.) w zbiorniku wodnym, nadającego wodzie charakterystyczne zabarwienie i powodującego silne jej zmętnienie. Czasami powierzchnia wody wygląda jak polana zieloną farbą. Zakwity są przejawem braku równowagi ekologicznej środowiska wynikającej z nadmiaru biogenów w wodzie. Biogeny to elegancka nazwa ścieków komunalnych, spłukiwanych z pól nawozów i gnojowicy. Szczególnie niebezpieczne są zakwity z przewagą sinic. Te mikroskopijne glony wytwarzają toksyny szkodliwe dla zwierząt i ludzi. Po ustąpieniu zakwitu glony gniją powodując deficyt tlenu w wodzie. Zakwitom sprzyjają zaburzenia łańcucha pokarmowego, który w znacznym uproszczeniu wygląda tak: fitoplankton dzięki fotosyntezie „zjada” biogeny, sam jest zjadany przez zooplankton stanowiący pokarm większych zwierząt bezkręgowych, one z kolei zjadane są przez małe ryby, padające łupem większych drapieżników (w naszym przypadku sandacze i okonie). My wyżeramy ryby drapieżne, bo są smaczne i zdrowe. Zastanówmy się nad skutkami naszego nadmiernego apetytu i przełowienia drapieżników. Wertując łańcuch od końca; mało drapieżników, czyli dużo małych ryb, które wyżerają zjadaczy fitoplanktonu. I mamy nadmierny zakwit glonów. Od kilku lat zakwity wody zalewowej są coraz mniejsze i krótsze, czyli jest lepiej. Pewnie przyczyną poprawy sytuacji są oczyszczalnie ścieków i zaprzestanie rozrzutnego szafowania nawozami sztucznymi. Zbiegło się to z pojawieniem się nad zalewem stad kormoranów. Znalazły tu mieszkania i dużo pokarmu mnożąc się na potęgę ku strapieniu rybaków. Tępią głównie drobny rybi chwast zajmując miejsce drapieżnych ryb. Czyżby działając na łańcuch pokarmowy przyczyniały się do ograniczenia skali zakwitów?

W sezonie 2013 żeglowałem dużo i często. Na Zalewie Szczecińskim nie natrafiłem na większe zakwity. Jedynie w południowej części Greifswalder Bodden jacht przesuwał się po ogromnych połaciach zielonkawej zupy. Nic nie dzieje się beż przyczyny, widocznie nasi zachodni sąsiedzi mają sporo zatajonych grzeszków ekologicznych na sumieniu.

Ostatnie lata 2017-2019 wykazują niestety systematyczny wzrost skali zakwitów nawet w naszych wodach. To tylko moje wyrywkowe obserwacje nie poparte badaniami jednak budzą niepokój.

Racicznica zmienna (Dreissena polymorpha)

Niewielki małż, dominujący liczebnie w wodach zalewu, muszle martwych osobników fala wyrzuca w dużych ilościach na plaże. Muszla dorosłego osobnika, w kształcie zbliżonym do trójkąta o długości około 3 cm i szerokości około 2 cm. Kolor żółtobeżowy w czarne paski.

Gatunek został zawleczony około 200 lat temu z regionu mórz Czarnego i Kaspijskiego. W krótkim czasie zadomowił się w zlewisku Bałtyku zajmując zalewy przymorskie i jeziora. Błyskawicznie porasta grubym kożuchem muszli wszystkie twarde przedmioty zanurzone w wodzie, często powodując konieczność oczyszczania konstrukcji ujęć wody, czy nawet zrzutów ścieków. Część młodych osobników osiedla się na muszlach starszych pobratymców tworząc często grube na kilkanaście centymetrów złoża żywych mięczaków. Jako gatunek inwazyjny wypiera nasze rodzime gatunki mięczaków zmniejszając bioróżnorodność wód. Swój sukces zawdzięcza głównie strategii rozrodu, jeden osobnik dorosły jest w stanie wyprodukować nawet do miliona osobników potomnych. Wystarczy, że co tysięczny dożyje do pełnoletniości i mamy kłopot lub powód do zadowolenia. Wszystko zależy od kąta spojrzenia.

Racicznica jako ekspansywny imigrant jest wprawdzie stworzeniem niezbyt pożądanym, ale często ratującym nasze wody przed nadmiarem biogenów i różnych zawiesin w toni. Odżywia się dzięki filtracji, wychwytuje zawiesiny organiczne w tym glony powodujące kwitnienie wód. Drobiny mineralne, ziarna piasku, pyłu, iłów formuje w drobne granulki (aglutynty) i usuwa na zewnątrz. Kilkadziesiąt lat temu szacowano, iż w ciągu doby racicznice żyjące w Zalewie Szczecińskim oczyszczają około 500 ton piasku. Wody z pewnością wielokrotnie więcej. To prawdopodobnie dzięki pracy racicznicy zalew przetrwał klęski, które mu zgotowaliśmy. Czyli my zanieczyszczamy wodę, małże pracowicie ją oczyszczają, zaś my jeszcze wybrzydzamy na żyjątka ratujące naszą skórę.

Ciekawie przedstawia się mapa rozmieszczenia mięczaka na dnie zalewu. Największe skupisko około 1000 ton biomasy na km2 zlokalizowane jest w Zatoce Skoszewskiej. Kolejne grupują się między farwaterem Szczecin-Świnoujście, a mielizną Krzeckiego Wyskoku i w wejściu do Zatoki Nowowarpieńskiej. Pozostała część dna akwenu wykazuje niskie zagęszczenie od 0 do około 300 ton na km2. Prawdopodobnie są jakieś przyczyny tak nierównomiernego rozmieszczenia racicznicy, tylko jakie?

 

Może jakaś fotka na pamiątkę

Mało kto wybiera się pod żagle bez nawet najprostszej cyfrówki, wszak trzeba pochwalić się znajomym pięknym rejsem i klikać im dowodami przed nosem. Tematyka dowodów zwykle jest na jedno kopyto: „… On w pozie wikinga, … Ona jak nimfa z wciągniętym brzuszkiem by uwypuklić …, seria zachodów słońca, wschody bardzo rzadko przecież to urlop, … idzie burza z pewnością ponad 12 B …” Jeszcze kilka fotek z portów w stylu „tu piliśmy piwo” … i katalog możliwości wyczerpany.

Foto: Magda Podgórska

Zalew i jachty o małym zanurzeniu dają dużo większe możliwości, możemy odszukać i uwiecznić chwile i miejsca, o których inni mogą tylko pomarzyć. Wyobraźcie sobie fotkę: ukochana kobieta na tle łanów kwitnących wełnianek. W tym konkretnym przypadku najlepiej komponują się rudowłose panie (farba Burgund nr 3, lub ciemna miedź). Ale bez problemu dla każdego koloru i odcienia można dobrać właściwe tło. Nie wnikam w życie uczuciowe czytelników ale np. wełnianki, storczyki czy astry solne akurat bez ukochanej kobiety też są piękne, warto je fotografować, nawet jeśli tylko po to by zapytać znajomych „co to jest?”.

W opisie wybrzeży będę starał się zaznaczać miejsca gdzie można łatwo trafić na „rodzynki” przyrodnicze, historyczne i inne. Proszę nie traktujcie tego jako ograniczenie, to tylko próba ułatwienia Wam życia.

Nie jestem politykiem mogę sobie pozwolić by: „nie………….” (cenzura) na każdy temat, toteż na pytanie: jak fotografować przyrodę zwykle odpowiadam: rób jak umiesz i będzie dobrze, jeśliś nadgorliwy zapytaj fachowca. Dla przyzwoitości podaję kilka adresów stron fotografików, którzy grasują w ujściu Odry, znajdziesz tam informacje „od kuchni”: Cezary Korkosz, Andrzej Helak, Zosia Helak, Marek Grumm, Tomasz Płudowski, Przemysław Wójcik.

Wystarczy nazwisko wpisać w google, kliknąć właściwą galerię fotografii i przenieść się inny świat, a jeszcze lepiej próbować samemu.