BRZEG ZACHODNI ZALEWU

Ze względu na liczne sieci i mielizny podejście do Nowego Warpna w nocy lub przy złej widoczności jest niebezpieczne.

Od Trzebieży, aż do farwateru wiodącego do Nowego Warpna głębokości w strefie przybrzeżnej wykluczają żeglugę jachtami balastowymi dając wyłączność mieczówkom. Nawet małe, balastowe karakany nie mogą czuć się tu bezpiecznie. Mój „Szwendaczek” mimo zanurzenia nie przekraczającego jednego metra, kilka razy zaliczył wejście na solidną mieliznę. Było to nieco ponad pół mili od brzegu. Przy silnym dopychającym wietrze radzę zwiększyć ostrożność i dystans od brzegu.

Jak tu żeglować, czyli żeglarstwo alternatywne

Żeglarstwo alternatywne opisują trzy słowa: facet, lina, jacht a ilustruje fotka powyżej. W tym konkretnym przypadku jest wprawdzie dwóch facetów, kwiat polskich fotografików przyrody, ale oni sami tego chcieli, w końcu prawie osiemset km wieźli nieprzemakalne portki. I co mieli ich nie wykorzystać, zwłaszcza, że w początkach maja woda zimną jest.

Kilka zasad:

  • Żegluga na styku piasku, wody ma sens tylko przy wiatrach umiarkowanych, bez dużej fali.
  • Halsowanie nad mieliznami przy brzegu jest bardzo trudne, mączące i mało skuteczne, lepiej unikać tego procederu bo i płetwę sterową można połamać.
  • Jeśli planujemy dojść do brzegu można wejść dziobem na piach ale wygodniej i bezpieczniej jest zakotwiczyć nieco od brzegu, a na suchy ląd wyjść pieszo. Jeśli nawet zmieni się kierunek i siła wiatru mamy szansę odejść elegancko.
  • Jeśli chcesz dobić do pomostów stojących na mieliznach na ostatnich kilkudziesięciu metrach żegluj alternatywnie, lepsze to niż popisy kamikadze. Na płytkiej wodzie sterowanie jest bardzo trudne, czasem wręcz niemożliwe.
  • W Miroszewie, przy brzegu, zaczyna się kamienna „rafa”, sięgająca dalej pod wodą ponad kilometr od brzegu. Tu trzeba się zdecydować na ominięcie jej ze sporym zapasem lub na żeglugę alternatywną trzymając jacht na krótkiej linie, holując go przy samym brzegu.

 

TRZEBIEŻ-PODGRODZIE

Kilka lat temu jeden z fotografików „ upolował” burzę zbliżającą się do zachodniego brzegu w rejonie Miroszewa.

Atak burzy w Miroszewie. Foto: Marek Grum

Wkrótce uderzyła z furią, trudno sobie nawet wyobrazić co się działo na brzegu. Skutkiem uderzenia spiętrzonych nagle fal, gnanych wichrem, woda rozmyła i uniosła grunt z pasa brzegu o szerokości około 15 metrów. Przed burzą obserwowano niewielki jacht zmierzający w kierunku Nowego Warpna. Obserwatorzy na brzegu nie przypuszczali, że łódka przetrwa. Po przejściu szkwałów, już w czasie ulewy zwiastującej koniec dramatu, załoga postawiła foka i popłynęła dalej. Ponoć nawałnicę przeżyli na kotwicy.

Wychodzimy z Trzebieży wyjściem północnym, farwaterem do pławy TN-B. Trzeba pamiętać, że pławy postawiono na mieliźnie, więc lepiej jechać z pewnym zapasem. Wybrzeże to kolejna mała papraninka, piasek z pogłębiania farwateru refulowany na brzeg, tworzy nową plażę. Po kilku latach woda przywraca go na miejsce, czyli na dno farwateru, i tak „dookoła Wojtek”.

Mijamy ostatnie domki Małej Trzebieży ze starą, nieczynną knajpką na pagórku, całe lata temu przerobioną zresztą na ośrodek kolonijny. Obecnie obserwuje się tendencje odwrotne. Gmina Police przystosowała teren do funkcji masowego wyraju weekendowego dla swoich mieszkańców.

Za TN-B przechodzimy na kurs nieco ponad 270 i płyniemy wzdłuż zalesionego brzegu. Są to wschodnie skraje Puszczy Wkrzańskiej. Jak warunki pogodowe pozwolą, warto zbliżyć się do brzegu, by zajrzeć do takich ustronnych zakamarków. 

„Kapliczka”. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na własny użytek nazwałem ten zakątek kapliczką, bo tak mi się kojarzy, a Was proszę: nie starajcie się wpłynąć tu, wystarczy tylko popatrzeć. Kwitnąca roślina to niecierpek, po dotknięciu dojrzałego strączka, strzela nasionami wokół. Jest jeszcze kilka innych gatunków niecierpków w tym niecierpek przylądkowy (Impatiens capensis), który kilkanaście lat temu został przywleczony z wodami balastowymi statków z okolic Przylądka Dobrej Nadziei. Niecierpek przylądkowy ma pomarańczowe kwiatki i lubi stanowiska bardziej zabagnione.

Brzeg początkowo dość niski wznosi się powoli, by po kilku kilometrach osiągnąć kulminację klifową. Klify wysokie na kilkanaście metrów są zalesione, choć jest miejsce gdzie aktywny klif wabi piaszczystym urwiskiem. Jeszcze kilka lat temu była tu spokojna porośnięta starym lasem skarpa, od strony wody osłonięta pasem oczeretu jeziornego, ale gdy wyginął w tym miejscu oczeret, woda znalazła swoją szansę i energicznie podmywa klif. Oczeret prawdopodobnie został wyorany przez napór płyt lodowych w czasie zimowego sztormu.

Aktywny klif. Foto: Kazimierz Olszanowski

Również inne czynniki destrukcyjne, czyli wiatr i ludzie wykorzystują „swoje pięć minut” powodując wycofywanie się klifu nawet do dwóch metrów rocznie. Oczywiście u podnóża klifu dno jest piaszczyste i można się trochę popluskać. W skarpach aktywnych, lub już zarośniętych klifów można łatwo wykopać norkę lęgową. Czynią to jaskółki brzegówki i zimorodki a nawet przepiękne, duże kaczki ohary (Tadorna tadorna),

Ohar (Tadorna tadorna) samiec. Foto: Cezary Korkosz

które mają dość zaskakujący sposób gniazdowania. Potrafią budować gniazda nawet w lisich norach, podważając tym samym prawdziwość bajek i opowieści o perfidii, krwiożerczości naszych lisów, żywiących się podobno głównie kurami i kaczkami rabowanymi w kurnikach. Oficjalna literatura określa liczebność ohara w Polsce na ok. 30 par. Zalew i najbliższe okolice zamieszkuje nie mniej niż 16 par. Pod koniec sierpnia ohary odlatują na wybrzeża Holandii gdzie odbywają też pierzowisko na morskich osuchach.

Pierzowisko

Ptaki muszą co pewien czas zmieniać zniszczone, wytarte pióra, zwłaszcza te, niezbędne przy fruwaniu. Część gatunków na okres godów przybiera strojną szatę, którą musi wkrótce zmienić na skromniejszą, spoczynkową, wymieniając część piórek.

Drapieżniki nie mogą sobie pozwolić na luksus kilkunastodniowego odpoczynku od polowania i gubią co jakiś czas tylko po kilka piór.

Ptaki wodne, zwłaszcza z rodziny kaczkowatych, po zakończeniu sezonu lęgowego wyszukują zasobne w pokarm i bezpieczne miejsca, gdzie w ukryciu wymieniają pióra metodą hurtową, czyli w dużych ilościach. Są wtedy nielotne, szczególnie narażone na niebezpieczeństwo, więc ukrywają się w tzw. pierzowiskach. Tylko samice gatunku Homo sapiens, którym do zmiany ubarwienia wystarczy jedynie wizyta u fryzjera robią się bardziej aktywne, starając się przedłużyć okres godowy.

Poza tym miejscem las schodzi aż do linii brzegowej. W rejonie ujścia strumyka drzewa wychodzą nawet w wodę, czasem kilkanaście metrów.

Na styku puszczy i zalewu. Foto: Kazimierz Olszanowski

Strumyk, zwłaszcza latem jest maleńki, ledwo coś się tam sączy, kapie, ale parów wyrył galanty, kilka metrów głęboki, zawalony drzewami. Tu widać jak kropla drąży kamień, wystarczy tylko kilka tysiącleci.

Kilkadziesiąt lat temu płytkie wody kryły grubą warstwę małży racicznicy (Dreisena polymorpha). Pracowite zwierzątka filtrowały wodę przyswajając części organiczne. Piasek w formie małych kulek wypluwały na zewnątrz. Ówczesne badania określały dzienny przerób małży na ponad 500 ton. Zwierzątka usuwały w ten sposób ogromne ilości biogenów rozpuszczonych i zawieszonych w wodzie. Lata siedemdziesiąte przyniosły zagładę wielkim populacjom racicznicy. Woda skutkiem braku naturalnego oczyszczania stawała się bardziej zanieczyszczona. W ostatnich kilku latach na brzegach zachodniego brzegu zimowe sztormy znowu deponują zwały muszli racicznicy i innych mięczaków. Powstało pytanie czy jest to skutek odsłonięcia i wypłukiwania starych pokładów muszli czy może kolonie racicznicy odbudowują się i podejmują filtrację wody.

Kolonia filtrujących małży. Foto: Kazimierz Olszanowski

Ujście strumyka jest dość niezwykłym miejscem, które warto odwiedzić a przy okazji pospacerować po pięknym lesie. W pobliżu znajduje się rozległe stanowisko chronionej, dzikiej naparstnicy (digitalis). Jeśli traficie tu w odpowiednim sezonie polecam czarne jagody, które niestety trzeba zbierać własnoręcznie. Późnym latem i jesienią mamy niezły wybór grzybów.

Puszcza Wkrzańska

Puszcza zajmuje ponad 80 tysięcy hektarów, z tego 2/3 leży na terenie Niemiec. Rozległe piaszczyste, zwydmione równiny porastają bory sosnowe lub lasy mieszane. Nie brak dzikich ostępów, podmokłych olesów, czy grądów. W południowej części puszczy ciągnie się pasmo Wzgórz Warszewskich zalesionych drzewostanami bukowymi. Wśród zwartych połaci lasów napotyka się mokre łąki pozostałe po zarośniętych jeziorach. Na terenie polskiej części puszczy leży kilka większych jezior i bezlik małych oczek polodowcowych. Prawie wszystkie zbiorniki wodne powoli zarastają i lądowieją. Związane jest to z systematycznym obniżaniem się poziomu wód gruntowych, pewnie troszeczkę z przyczyn naturalnych. Główną jednak przyczyną jest działalność człowieka. Gatunek ten już od wielu pokoleń kopie rowy, rowki i kanały w celu osuszenia jakiegoś kolejnego bagienka, jeziora czy błotka w zacnym zamiarze wydarcia puszczy kilku dalszych hektarów gruntów ornych czy łąk. Z pewnej perspektywy widać, że zacne zamiary spełzły na niczym, ale rowki i kanały pozostały i dalej pilnie osuszają. Całe szczęście zaniedbane od kilku lat spełniają swoją rolę coraz gorzej i jest szansa na przetrwanie mokrych miejsc, będących ostojami wielu rzadkich lub wręcz unikalnych gatunków roślin i zwierząt. Mam nadzieję, że puszcza będzie jeszcze bogatsza i piękniejsza a taki obraz nie będzie już tylko wspomnieniem.

 W Puszczy Wkrzańskiej gospodaruje Nadleśnictwo Trzebież. Należy przyznać, robi to doskonale, prowadząc systematyczną przebudowę drzewostanów. Monolity sosnowe sadzone „pod sznurek” na setkach hektarów zostaną zastąpione lasami mieszanymi o składzie odpowiednim dla konkretnego siedliska. Oczywiście tylko tam gdzie warunki pozwolą. Na przeszkodzie stoi budowa geologiczna Równiny Wkrzańskiej. Jak widać na zdjęciu poniżej podłoże gruntowe budują żwirki i piaski osadzone przez wody spływające z lodowca. Dodatkowo w późniejszym chłodnym wahnięciu klimatu suche, zimne wiatry zasypały teren piaskiem wydm śródlądowych. W takich warunkach szanse rozwoju ma jedynie sosna i ona będzie dominować na znacznej części puszczy.

Ponad dwadzieścia lat temu do Puszczy Wkrzańskiej powróciły wilki. Dotychczas bytowała tu jedna wataha, koczujaca po terenach polskich i niemieckich. Obecnie wyłoniła się druga niewielka wataha. W czasie pobytu wilków na terenie naszej puszczy nie stwierdzono ataków na ludzi czy zwierzęta domowe. Wiki żyją bardzo skrycie unikając kontaktów z ludźmi. Na pierwsze, dobre zdjęcie fotografik pracowicie „polował” ponad trzy lata.

Basior drugiej watahy. Foto: Przemysław Wójcik

 

POPIELEWO

Nieco dalej na krawędzi stromej nadbrzeżnej skarpy stoi niewielki pałacyk myśliwski z początku XX wieku. (Brzózki-Popielewo) Zbudowany przez rodzinę bogatych żydowskich aptekarzy z Berlina. Po dojściu Hitlera do władzy wszedł w skład majątku III Rzeszy. O dawnych właścicielach brak informacji, pewnie zginęli bez śladu. W czasie II Wojny Światowej mieścił się tu ośrodek rehabilitacyjny dla lotników Luftwaffe. Po wojnie zaś ośrodek kolonijny jakiejś warszawskiej firmy. Późniejsze liczne zmiany właścicieli nie służyły obiektowi. Od kilku lat znajduje się w rękach prywatnych, został wyremontowany i zamieszkany. Okolicę pałacu stanowi las ze śladami założenia parkowego. Można napotkać wiele rzadkich gatunków drzew krajowych i zaaklimatyzowanych.

Pałacyk w Popielewie. Foto: Cezary Skórka

 

BRZÓZKI

Kolejne budynki w Brzózkach widoczne z wody należą do ośrodka wypoczynkowego Zakładów Chemicznych Police. Jeśli zachodzi potrzeba zjedzenia obiadu w „lądowych warunkach”, ciepłej kąpieli, lub skorzystania z podobnych luksusów, trzeba dobić do pomostu lub plaży. Oczywiście nie wolno tego robić przy dopychającym, silnym wietrze i wysokiej fali.

Efemeryczny pomost. Foto: Andrzej Helak

Jak widać na powyższej fotce, przy silnym wschodnim wietrze miejsce nie należy do najspokojniejszych, zaś cumowanie może dostarczyć nieco silnych wrażeń i mało kojarzy się z komfortem. W kilka godzin po zrobieniu tego zdjęcia pomostu już nie było. Ale został odbudowany, czy na długo?

Wkrótce po wyjściu z Brzózek kierujemy się dalej wzdłuż brzegu. Las oddala się, a brzegi robią się coraz niższe, zaczyna się sekwencja małych plażyczek, kęp krzaków i pasków trzcin. A wszystko to na tle zbocza wysokiego wału przeciwpowodziowego, chroniącego połać rozległych depresyjnych łąk.

Taki krajobraz ciągnie się aż do Miroszewa. Wał na długości kilku kilometrów został usypany z piasku pobranego z wody. Pogłębiarka czerpała piasek z dna Zalewu, przesuwając się sukcesywnie w odległości około 500 metrów od brzegu. Wykopany został długi rów w dnie. Oprócz piasku zostały na światło dzienne wydobyte bryłki bursztynu, które fale wyrzucają na plaże. Warto ich poszukać, bądź co bądź mogą być pamiątką z rejsu. 

Brzeg zachodni, odcinek północny. Foto: Kazimierz Olszanowski

Bursztyn

Co to jest, jak powstał to już wszyscy wiedzą. Przypomnę tylko, że bursztyn bałtycki ma około 40 milionów lat, a od kilkunastu tysięcy lat był wykorzystywany przez człowieka. Początkowo na tzw. rynek wewnętrzny czyli był surowcem do produkcji ozdób a nawet figurek kultowych. Później w Epoce Brązu eksportowany do Italii, czasem nawet do Egiptu, był tam cenniejszy niż złoto. Sprowadzano go szlakiem zachodnim z Półwyspu Jutlandzkiego przez Salzburg, Hallsztatt na ziemie leżące w kręgu kultur śródziemnomorskich. Na przełomie er, gdy w naszych stronach rozciągała się Terra Barbarica, a oligarchia rzymska pławiła w zbytkach, okrucieństwach i rozpuście, bursztyn z rejonu Gdańska wędrował słynnym, wschodnim Szlakiem Bursztynowym przez Kujawy, Kalisz, Bramę Morawską, Vindybonę (Wiedeń) do Rzymu. Podobno Neron sprowadził ponad 30 ton bursztynu do ozdoby areny Colosseum. Neron jak twierdzi historia był niezłym świrem ale czy naprawdę sądził, że dręczeni na arenach chrześcijanie docenią piękno „łez słońca”? Zaś dzięki handlowi bursztynem na nasze ziemie docierały wytwory krajów bardziej cywilizowanych i ówcześni mieszkańcy Polski stali się mniej barbarzyńscy, przynajmniej pod względem materialnym. A inne względy? No cóż, tu nie mordowano nikogo dla płochej rozrywki.

Jak, gdzie i kiedy go szukać?

Bursztyn można znaleźć na wszystkich piaszczystych brzegach Zalewu. Najczęściej w pobliżu ludzkich papraninek, zwłaszcza w miejscach składania urobku z robót pogłębiarskich czyli na plażach pól refulacyjnych. Sporadycznie znajduje się pojedyncze bryłki na czystym piasku. Należy uważnie przeszukiwać miejsca gdzie fale składają drobne resztki roślinności. Unikając jednak zwałów suchych, połamanych trzcin, bo tu roboty dużo a efekty raczej mizerne. Najwięcej bursztynu znajdowałem w zakątkach gdzie woda przynosi i osadza drobne kawałeczki drewna, głównie twardsze sęczki gałązek. Otoczone przez wodę i piasek, mocno nasiąknięte, mają ciężar właściwy podobny do ciężaru bursztynu. Woda segreguje wleczony materiał, a na brzeg wyrzuca w jednym miejscu cząstki o podobnym ciężarze. Takie miejsca leżą na linii wodnej, co ułatwia poszukiwanie. Wystarczy wybierać ręką urobek z płytkiej wody, przeglądać go uważnie a wkrótce uśmiechną się do nas bursztyny. Wybierane z wilgotnego osadu mulistego nie uśmiechają się, bo są utytłane w błocie.

Przyjęło się, że bursztynu należy szukać po silnym sztormie. Być może na plażach morskich tak, ale na Zalewie najlepszy jest okres niskiej wody i niezbyt silny wiatr wiejący nieco ukośnie do brzegu, wystarczy 3-5 B. Należy unikać godzin południowych, bo szkoda oczu, najlepszy jest czas 3-4 godziny przed zachodem słońca, bo bursztyn nabiera blasku. Najlepiej poszukiwać bursztynu nocą. W świetle latarki emitującej promienie ultrafioletowe bursztyn świeci żółtawo.

Nie wszystko jest bursztynem co się świeci. Przekonał się o tym niemiecki turysta, szczęśliwy znalazca wielkiej bursztynowej bryły. Okazało się, że znalazł kawałki białego fosforu, który zżółkł po latach moczenia w wodzie i jest łudząco podobny do bursztynu. Biały fosfor był używany do produkcji bomb zapalających podczas II Wojny Światowej. Tak prawdopodobnie trafił do Bałtyku. Eksperci ostrzegają, że płonącego fosforu nie da się ugasić wodą. Niemiec przepłacił błąd poważnymi poparzeniami. Szacunki dotyczące ilości zatopionej broni poszczególnych państw różnią się znacznie, oblicza się, że różnego, niebezpiecznego paskudztwa może być w Bałtyku ponad 50 tysięcy ton. Oprócz fosforu wyławiano substancje parzące, trujące i sprawne jeszcze bomby lotnicze, amunicję oraz inne zabawki służące mordowaniu bliźnich.

 

WARNOŁĘKA

Ten dość monotonny odcinek wybrzeża ma jedno ciekawe miejsce gdzie w razie czego można się schować jak mysz do dziury, oczywiście wymaga to żeglugi alternatywnej. Jest to ujście magistralnego kanału melioracyjnego odwadniającego łąki.

Ryglowy kościół w Warnołęce. Foto: Kazimierz Olszanowski

Ujście to znajduje się w pobliżu wsi Warnołęka, dokładniej w bezpośredniej bliskości budynku przepompowni wody. Jeśli zdecydowaliśmy się zostać tu na noc można odbyć spacer koroną wału w kierunku Miroszewa. Po drodze warto zobaczyć stary ryglowy kościółek z bardzo prowincjonalną stolarką wewnątrz. Z wału smakujemy widok piękny i rozległy. Z jednej strony łąki i lasy z kilkoma chałupkami w tle, a z drugiej otwartą przestrzeń zalewu. Gdy zanosi się na zmianę pogody można zaobserwować zjawisko refrakcji.

Refrakcja

By zaobserwować to zjawisko potrzebujemy: rozległej przestrzeni wodnej gdzie już zauważa się krzywiznę ziemi, dowolnego przedmiotu na horyzoncie i różnicy temperatur warstw powietrza unoszącego się nad wodą. Ten układ powoduje zakrzywienie promieni świetlnych, dające wrażenie, że przedmioty dotychczas obserwowane na horyzoncie, zapadły się w wodę lub uniosły ponad horyzont, jak ten statek.

Kierunek pozornego ruchu zależy od kolejności warstw ciepłego i zimnego powietrza w graniczącej z wodą strefie atmosfery. Niby to takie proste, ale dlaczego właściwie czerwone chmury odbijają się w wodzie żółtawo-zielonkawym kolorem? Ja tego nie wiem.

 

MIROSZEWO

Dopływamy do Miroszewa, można to zrobić dochodząc do plaży tylko przy skrajach trzcin i wyłącznie po dłuższym podejściu przy samym brzegu, niezależnie czy płyniemy z kierunku północnego czy południowego. Na całej długości klifu należy stosować tylko i wyłącznie żeglarstwo alternatywne a najlepiej ominąć Miroszewo i jego zwały kamieni szerokim łukiem. Zdjęcia lotnicze o dobrej rozdzielczości wskazuję, że jest ich tam spora ławica. Część zalega nawet ok kilometra od brzegu.

Miejsce bardzo dwuznaczne, są to dwa różne światy oddzielone cienką linią krawędzi klifu. U góry mamy jedno siedlisko z chałupą i stodołą, kilkanaście nadgniłych szopek udających stanicę harcerską, bliską inwazję dacz z zadęciem rezydencjonalnym, często na wyrost. Nawet przyległy, niewielki fragment starego lasu czasami ma ściółkę z „papierzaków”. Fee… !!!! W lutym 2014 socjal zdecydowanie poprawił się, na skraju lasu wygrzebano dołek przekryty dwoma deskami. Od strony stanicy osłonięto ten klozet kawałkiem maty wiklinowej.

A pod klifem był całkiem inny świat.

Tu można zajrzeć w głąb ziemi. Aktywny klif odsłania kolorowe warstwy białych i żółtych piasków, brązowej gliny czy niebieskich iłów. Plażę zalegają przedziwne głazy i całe złoża korzeniokształtów. Warto spenetrować uważnie drobne kamienie leżące na piasku. Oprócz różnorakich muszli i otoczaków można natrafić na białe „lalki”, utworzone z wapienia bryłki o kształtach przypominających andrzejkowe wróżby z wosku, zaś na północnym krańcu plaży spotyka się bursztyn. Jest miejsce pod klifem gdzie kilkakrotnie znalazłem narzędzia krzemienne i odpady powstałe przy ich produkcji tzw. debitaż. Można je znaleźć pod świeżymi obrywami urwiska. Stanowi to dowód, że miejsce było zamieszkałe ponad cztery tysiące lat temu w neolicie.

Polecam zwłaszcza duże głazy, takie jak te widoczne na fotografiach. Oprócz popularnych gnejsów, pegmatytów czy granitów spotyka się kredowe i jurajskie piaskowce usiane skamielinami jak dobra babka wielkanocna rodzynkami. Są to fragmenty dna płytkiego morza, w którym pluskały się dinozaury. Skoro mówimy już o głazach. Przywlókł je oczywiście lądolód ze Skandynawii. Jeszcze niedawno były częścią półwyspu wrzynającego się w zalew. W pewnym momencie woda rozmyła piaski i gliny budujące ląd. Głazy jako zbyt ciężkie pozostały na miejscu tworząc kamienistą „rafę” sięgającą ponad 1000 m od brzegu. Wierzchołki największych z nich znajdują się tuż pod powierzchnią wody, czyhając na beztroskich żeglarzy. Sam trafiłem na kamyczek o średnicy ponad 8 metrów. Głębokość nad wierzchołkiem wynosiła około pół metra zaś obok już ponad 2,50 m. Przy niskiej wodzie i silnej wschodniej wichurze fala łamie się na głazach wyrzucając kilkumetrowej wysokości gejzery piany. Kilkakrotnie obserwowałem to zjawisko w trzech różnych miejscach jednocześnie, znaczy mogą być tam trzy wielkie głazy. Wprawdzie kamienna rafa jest doskonałym łowiskiem wędkarskim, bo głazy nie pozwalają rybakom na połów niewodem, ale nie polecam wpływać tam jachtem.

Klif w roku 2012. Foto: Kazimierz Olszanowski

Krakałem, krakałem i wykrakałem. Na początku maja 2011 roku piękny, spory jacht miał spotkanie I stopnia z jednym z głazów. Wyrwana płetwa mieczowa długo jeszcze będzie znaczyć miejsce spotkania. Załoga miała szczęście, bo płynęła na mieczówce. Większość jachtów balastowych nie przetrwałaby takiej kolizji.

Krakania ciąg dalszy. Widać nic co piękne nie powinno trwać wiecznie. W 2013 roku plaża i przepiękny unikalny klif zostały zasypane wałem z granitowych połamanych głazów. I tylko dla ratowania kilku obsranych budek imitujących stanicę harcerską.

Klif w 2014 roku. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

PODGRODZIE – plaża

Pozostawiając za sobą Miroszewo płyniemy wzdłuż trzcin mijając pojedyncze tafle oczeretu jeziornego, by po niecałej milce ujrzeć niewielką plażę. Można tu zacumować do brzegu lub stanąć na kotwicy najlepiej możliwie blisko pasa trzcin zamykających plażę od północy. Przyczyną takiego zalecenia są resztki po pomoście, który podparty betonowymi studniami sterczał w zalew i po rozbiórce mogły na dnie pozostać resztki betonu, oraz kabel elektryczny biegnący w kierunku I bramy torowej. Kabel leży dość płytko w dnie i czasami, przy niskiej wodzie widać jego osłonę.

Plaża w Podgrodziu. Foto: Kazimierz Olszanowski

Plaża w Podgrodziu leży w miejscu gdzie kończy się wysoka, polodowcowa część półwyspu a zaczyna niska część aluwialna, powstała z osadów naniesionych przez wodę. Na części wysokiej ulokowało się niewielkie osiedle Podgrodzie natomiast część niska stanowi użytek ekologiczny (około 25 ha) należący do Stowarzyszenia na Rzecz Wybrzeża (dawniej Europejska Unia Ochrony Wybrzeża).

Po wyjściu na brzeg zauważymy resztki dawnego hotelu i niewielki budyneczek, w którym mieści się placówka terenowa wspomnianego wyżej stowarzyszenia. Gromadzone są tu zbiory przyrodnicze, zwłaszcza formy przyrody nieożywionej charakterystyczne dla zalewu i jego pobrzeża. Wolontariusze zrzeszeni w stowarzyszeniu prowadzą ciekawe zajęcia terenowe dla wszystkich chętnych. Trzeba jednak wcześniej uzgodnić chęć udziału w zajęciach.

Pasek żółtych trzcin widoczny na zdjęciu powyżej kryje miejsce gdzie funkcjonował średniowieczny gród z podgrodziem. Fale zniszczyły konstrukcje i tylko znajdowane na brzegu kawałki skorup ceramicznych znaczą jego lokalizację.

Pozostało nam tylko okrążenie cypla i wejście na płytkie wody Zatoki Nowowarpieńskiej.

 

ZATOKA NOWOWARPIEŃSKA

Za półwyspem Podgrodzie kryje się urokliwa Zatoka Nowowarpieńska, a jeszcze dalej na południe i zachód, za kolejnym półwyspem, kolejna zatoka nazwana dla odmiany Jeziorem Nowowarpieńskim. Przez Zatokę Nowowarpieńską i Jezioro Nowowarpieńskie przebiega granica państwowa pozostawiająca Łysą Wyspę po polskiej stronie, zaś wyspę Riether Werder w całości po niemieckiej. Może dzięki poczuciu wolności albo przez sentymenty, w tym rozdziale opiszę Zatokę Nowowarpieńską jako całość, bez podziału na stronę polską i niemiecką.

Granica państwowa

Wielka Trójka w Teheranie wyznaczyła granicę pomiędzy Polską a Niemcami (wtedy radziecką strefą okupacyjną) na linii rzek Nysy Łużyckiej i Odry od granicy z Czechosłowacją do mostu na Odrze Zachodniej w Gryfinie. Pozostały odcinek miał przebiegać lądem na zachód od Szczecina. Jak postanowiono tak zrobiono łącząc prostą kreską punkt oznaczający wieżę kościelną w Ahlbeck na zachód od Świnoujścia ze środkiem mostu w Gryfinie. Czyli na lewo Niemcy na prawo Polacy a środkiem…., no właśnie zaczęły się „schody”, już na początku granica wymagała korekty, bo jeśli przebiegała przez środek kościoła to do jednego kraju należał ołtarz a do drugiego wejście. Odcinek szosy łączący polskie wsie Buk i Stolec należał do Niemiec. Tor kolejowy do Nowego Warpna na długości kilkunastu kilometrów też biegł po stronie niemieckiej. Ten tor był argumentem za włączeniem miasteczka do Polski, ale bardzo krótko, bo towarzysze radzieccy rozebrali „swój” odcinek i szyny wywieźli na wschód. Pierwszy podział pozostawiał całą zatokę wraz z wszystkimi, nadbrzeżnymi miejscowościami po stronie polskiej, ale też na krótko, bo pół zatoki przehandlowaliśmy za wyżej wzmiankowany kawałek szosy do Stolca. Nomen omen zrobiliśmy raczej gówniany interes. Po kilku latach okazało się, że ujęcie wody dla Świnoujścia znajduje się poza granicą, wiec kolejny handelek nazywany elegancko delimitacją granicy. Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych nowa bomba: reda zespołu portów Szczecin – Świnoujście leży w Niemczech. Tu jakoś się dogadano bez korekty granic. Minęło dalszych kilkanaście lat, granice zostały kreskami na mapach i niech tak pozostanie.

 

PODGRODZIE – port

Podgrodzie kryje się w lesie porastającym nasadę półwyspu na pierwszym planie. Na kolejnym półwyspie o pazurkowatym kształcie pyszni się niewielkie miasteczko Nowe Warpno. Z prawej strony widoczna część Łysej Wyspy, będącej kolejnym terenem chronionym należącym do Stowarzyszenia na Rzecz Wybrzeża. Na jedynym większym drzewie często przesiaduje dyżurny bielik. Jeśli zamierzamy wejść na wody zatoki Nowowarpieńskiej, wygodniej będzie okrążyć półwysep i zatrzymać się w przystani należącej do Podgrodzia. Szczególnie przy bardzo silnych wiatrach z północy można tu wejść stosunkowo bezpiecznie. Jedynie trzeba uważać na niewielkie głębokości i drewniane pale wystające z dna przed linią betonowego oczepu nabrzeża i na ukryte pod wodą konstrukcje slipów. Port jest odkryty na silne wiatry i sporą falę z południowego zachodu dlatego polecam postój na końcu kei pod osłoną pasa trzcin, w układzie keja – kotwica. Przy innych kierunkach wiatrów jest tu pusto, cicho i urokliwie. Ograniczają nas głębokości do 1 metra przy czołowej kei i dużo mniejsza przy północnej.

Przystań w Podgrodziu. Foto: Cezary Skórka

Poważnym mankamentem jest brak sanitariatów, energii elektrycznej i wody pitnej przy kei. Niezależnie od kierunku wiatru nie zalecam postoju w małym baseniku w zachodniej części portu. Tu przez dziesięciolecia uchodziły ścieki z kuchni. Oczywiście zrzucane były bez żadnego oczyszczenia i obserwując wylot rury kanalizacyjnej można było zorientować się w aktualnym jadłospisie. Obecnie cała gmina została skanalizowana i ścieki kierowane są do oczyszczalni, ale stare osady pozostały.

Podgrodzie

Już w średniowieczu istniał tutaj prawdopodobnie słowiański gród (Allstadt, Slawische Berg). Potwierdzają to znaleziska wczesnośredniowiecznych skorup ceramicznych. Natomiast pagórek identyfikowany z grodziskiem bardziej wygląda na ziemny nasyp pod XVII lub XVIII-wieczną baterię artyleryjską. Być może baterię ulokowano na nasypach grodziska. Takie dwa w jednym. Nowożytna osada powstała dopiero na początku XX wieku jako niewielka wioska zamieszkała przez kilka rodzin rolników i rybaków. Po I wojnie światowej utworzono tutaj ośrodek rehabilitacyjno-wypoczynkowy dla kombatantów, później przekształcony w sanatorium. Po 1933 roku w związku z rozbudową poligonu w Altwarp przesiedlono tu kilkanaście rodzin rybaków budując dla nich nowe domy i dość rozległy port.

Kilka lat po II wojnie kwiatowej w Podgrodziu utworzono tzw. Miasteczko Dziecięce czyli mini państewko zarządzane całkowicie przez młodzież (jako czwarte tego typu na świecie, a pierwsze w Polsce). Przystosowanie do nowej funkcji wymagało budowy kilku nowych obiektów w tym: trzech zespołów kuchnia – stołówka, budynku teatru, lokomotywowni i zaplecza warsztatowo-technicznego. Powstał też stadion i budynki gospodarcze. Główną atrakcją republiki była wąskotorowa, parowa kolejka zwana „ekspresikiem”. Kolejka istniała do 1964 roku, a sama republika do około 1973 roku, kiedy zorientowano się że wysokość kosztów utrzymania obiektu osiągnęła zbyt wysoki pułap, a idea istnienia takich instytucji już nieco się zdezaktualizowała.

Kolejnym pomysłem było utworzenie w Podgrodziu ośrodka dla młodocianych przestępców. Po kilku latach kolejna klapa bo obiekt do takiej funkcji zupełnie się nie nadawał. Proszę sobie wyobrazić: powierzchnia zalesionego terenu około 110 ha, ilość budynków przekraczała sto, i wszystko to dla grupy liczącej do dwustu „wychowanków”. Łatwo sobie wyobrazić, że Państwowy Zakład Wychowawczy Podgrodzie rychło stał się kosztowną w utrzymaniu meliną.

Następnym eksperymentem władz oświatowych stał się Specjalny Ośrodek Szkolno Wychowawczy, czyli zespół szkół z internatem dla dzieci upośledzonych umysłowo. W ostatnich latach działalności ośrodka przebywało tam około 60 dzieci a miesięczny koszt utrzymania jednego dziecka sięgał 6000 złotych. Dzieci zaś były często głodne, brudne i zaniedbane. Ośrodek równolegle pełnił funkcję przystani dla zasłużonych towarzyszy, którym z jakichś przyczyn „podwinęła się noga” a tu w spokoju mogli wypracować godną emeryturę (przeciętnie 3 razy wyższą niż w innych szkołach).

Przemiany ustrojowe ostatnich kilkunastu lat spowodowały parcelację i prywatyzację majątku. Na resztkach gospodarzy Zespół Szkół z Polic, część budynków mieszkalnych i stołówki gruntownie zmodernizowano i zamieniono w ośrodek wypoczynkowy. Uczniowie kierunku hotelarstwo odbywają tu praktyki zawodowe. Położenie i szczególna uroda miejsca, oraz niewysokie ceny za pobyt przyciągają coraz więcej turystów, wędkarzy czy letników.

 

NOWE WARPNO

Podejście dla jachtów balastowych. Jachty balastowe o większym zanurzeniu, płynące z południa do Nowego Warpna, powinny zacząć podejście od zachodniej stawy II Bramy Torowej. Dalej, farwaterem wyznaczonym przez kilka słabo widocznych pławek TW 1-4, płyniemy w kierunku granicy państwowej. Przy żółtej, oświetlonej pławie nr 11 kręcimy w lewo i wchodzimy w nowy farwater.

Jachty płynące od wyjścia z Kanału Piastowskiego muszą prawą burtą minąć zieloną pławę ustawioną na południe od zachodniej główki wejścia, skręcić na zachód i uważnie wyszukując przejść między sieciami dopłynąć do pławy nr 11. Pomaga w tym nabieżnik ustawiony na brzegu (dwa czerwone światła), dobrze widoczny w nocy, w dzień raczej słabo.

Przy pławie nr 11 obydwie trasy łączą się, a my kierując się na żółtą pławę graniczną nr 10 i rozpoczynamy podejście obustronnie oznakowanym farwaterem. Bliżej brzegu wchodzimy w cieśninę między półwyspem Altwarp i Łysą Wyspą leżącą już po polskiej stronie granicy. Po prawej stronie otwiera się wejście do przystani Altwarp. Za wejściem prawą burtą wymijamy czarno-białą stawę graniczną nr 7 i kierujemy się na port w Nowym Warpnie. W połowie odcinka od stawy nr 7 do pierwszej pary pławek, w poprzek trasy zalega na dnie niewysoki, mulisty grzbiet. Przy niskiej wodzie jachty o zanurzeniu 1,80 i więcej mogą mieć niewielki zapas wody pod kilem. Prawdopodobnie wzmożony ruch statków doprowadził do samoczynnego rozmycia mulistej mielizny, co potwierdzają wizyty dużych jachtów („Greif von Ueckermunde”), który wpływa tu bez kłopotów.


Mniejsze jachty o zanurzeniu do 1,30 metra skracają drogę, płynąc między Półwyspem Podgrodzie i Łysą Wyspą. Wymaga to jednak dobrej znajomości położenia lokalnych mielizn.

Port w Nowym Warpnie składa się z dwóch przystani dostępnych dla żeglarzy:

  1. Pirs miejski, w zarządzie Urzędu Morskiego, pozwala na cumowanie do dziesięciu jednostek . Cumujemy burtą do kei. Odcinek nabrzeża od strony wschodniej zarezerwowany jest dla małego promu kursującego między portami Niemiec i Polski. Opłaty za postój pobiera bosman Urzędu Morskiego. Tak zwanego „socjalu”, w tym sanitariatów brak.
  2. Marina Nowe Warpno. Dawny port rybacki, obecnie zmodernizowany dla potrzeb żeglarzy. Dysponuje około dziesięcioma miejscami gościnnymi. Dyżurny bosman wskazuje wolne miejsce i w razie potrzeby pomaga przycumować. Energia elektryczna, woda pitna doprowadzone na keję. Sanitariaty mieszczą się w budynku we wschodniej części portu i przy tawernie.

Zatoka Nowowarpieńska z lotu ptaka. Foto: Cezary Skórka

Na teren gminy Nowe Warpno warto spojrzeć z góry. Widzimy dwa kolory: 40 % błękitu wody, 60 % szaleństwa zieleni Puszczy Wkrzańskiej. Tylko około trzech setek czerwonych kropek wskazuje na dachy i daszki budynków. Większość kropek koncentruje się na pazurkowatym półwyspie, na którym leży stolica gminy malutkie miasteczko Nowe Warpno. Tu też najłatwiej spotkać ludzi bo gmina należy do najsłabiej zaludnionych w Polsce. Na jednym kilometrze kwadratowym mieszka tu tylko osiem osób.

Nowe Warpno . Foto: Cezary Skórka

Patrząc na sielskie-anielskie miasteczko trudno uwierzyć jakie miało barwne dzieje. Przyroda, mieszkańcy i pryncypia polityczne, czyli tak zwane czynniki wewnętrzne oraz zewnętrzne wspierały się wzajemnie tworząc historię miasteczka. Przez prawie 800 lat przeżywało ono wzloty i upadki. Ciekawe, że zawsze w skali ekstremalnej. Jak los zrządził pożar to ostało się tylko pięć domów. Jak powódź to trudno było znaleźć kawałek suchego lądu. Jak rozwój żeglugi; to pod względem ruchu statków Nowe Warpno zaczęło konkurować z Yokohamą, oczywiście wg ilości zawijających do portu statków. Wprawdzie ładunkiem tych statków byli przeważnie niemieccy pijaczkowie raczący się wolnocłową whisky lub polskie „mrówki” kupujące co popadło byle taniej niż w kraju. Czasami „mrówki” mając w perspektywie nalot celników wyrzucały dyskretnie kontrabandę za burtę promu. Zaś Nowe Warpno może poszczycić się sporą zawartością spirytusu etylowego w osadach dennych. Jeśli do tej wyliczanki, cofając się nieco w czasie, doda jeszcze rolę strategicznej twierdzy, bazy korsarskiej flotylli nękającej wojska napoleońskie, pleneru kilku znanych malarzy, lub polskiego Arteku w latach powojennych, można zrozumieć klimat tego miasteczka.

Ostatnie kilkadziesiąt lat to też niezły kołowrotek. Zaraz po wojnie osiedlili się tu między innymi ludzie, którzy woleli unikać zbyt bliskiego sąsiedztwa z władzami. Nowe Warpno, oddzielone od reszty ziem polskich sowiecką enklawą doskonale nadawało się do tego celu. Trzeba przyznać, że był to narodek sprytny i bardzo sprawny organizacyjnie. Bardzo szybko uruchomiono poniemieckie kutry i zaopatrywano ludność w ryby. Podobno nawet dochodziło do bitew morskich z niemieckimi kutrami łowiącymi na potrzeby armii sowieckiej. Jak widać wszelkie sojusze między narodami są niezbyt trwałe. Trochę ryb może spowodować przetasowania wartości i zmiany polityczne. Sielanka trwała krótko bo sowieci wycofali się z enklawy polickiej umożliwiając naszym władzom wyłapanie i wysiedlenie co bardziej aktywnych pionierów polskości na tym skrawku ziemi „przywróconej macierzy”. „Cały naród buduje swoją stolicę”, to było szczytne hasło, szkoda tylko, że realizowane również kosztem Nowego Warpna. Rozebrano około połowy budynków a materiały wywieziono do stolicy. I nadeszły lata prowincjonalnej stagnacji, ożywianej rabunkowymi połowami ryb, aż do czasu ich znacznego wytrzebienia. Niewiele z tego pozostało dla potomności bo wpływy przepływały przez knajpę o subtelnej nazwie „Elephant”. Władze miasteczka zbudowały kilka nowych domów, kilka wyremontowały a przy okazji, by uniknąć kłopotu doprowadziły do likwidacji unikalnej w skali europejskiej dzielnicy stodół pamiętających jeszcze twierdzę Neu Warp. W ostatnich latach życie miasteczka kształtuje wielka forsa, nawet ogromna odnosząc się do liczby mieszkańców. Nie siejąc nie orząc zebrano do gminnej kasy kilkadziesiąt milionów żywej gotówki. Kawałek farwateru Szczecin – Świnoujście przebiega przez teren gminy. To wystarczyło wg NSA, by podatnicy musieli te miliony wybulić. Dywagacje etyczne pozostawiając na boku trzeba już przyznać, że do niedawna zapyziałe miasteczko zmienia skórę, pięknieje.

Pieniądze podatników nie idą na marne, wzdłuż brzegu półwyspu zbudowano wygodną promenadę pozwalającą na podziwianie uroków akwenu i starej architektury miasteczka. Zlikwidowano pajęczynę wszelkiego rodzaju drutów porozciąganych między budynkami. Rynek miejski stał się prawdziwą perełką, w kilku miejscach pojawił się niewielkie ale bardzo wymowne rzeźby w brązie z pomnikiem Hansa Hartiga na czele. Malarza przedstawiono „przy pracy” i można zajrzeć mu przez ramię co akurat tworzy. Za ciężkie pieniądze wystawiono „Aleję Żeglarzy” zresztą bardzo ładną . Od czasu do czasu w granitowej nawierzchni osadza się brązowe tablice ku czci wielkich tego świata oczywiście jeśli czegoś dokonali pod żaglami i jeszcze żyją.

Do niedawna flotę bazującą zaraz obok w byłym porcie rybackim a obecnie przystani żeglarskiej reprezentowało tylko kilka łódek, ale z pewnością będzie lepiej. Jeśli tak się stanie to żagle i żeglarze ożywią miasteczko, pojawi się więcej ludzi, którzy będą tu wracali bo Nowe Warpno to taka nieuleczalna choroba, jak się raz na nią zapadnie, to trwa do końca życia. Jest na to wielka szansa, bo wielu żeglarzy, zamiast tłuc się Odrą cały dzień woli małą godzinkę podjechać samochodem i wypłynąć z centralnie położonego portu na Zalew Szczeciński lub Keiness Haff.

Od połowy 2014 roku przystań żeglarska ma nowego dzierżawcę, który podjął się syzyfowej pracy stworzenia prawdziwej mariny w byłym porcie rybackim. Przy każdej wizycie zauważam, że jest coraz lepiej, już prąd i woda pitna są na kei, zresztą solidnie wyremontowanej. Na nabrzeżu pyszni się nowy, drewniany budynek baru, żelbetowe pomosty pokryto deskami i wykonano nowe odbojnice. Pojawiło się kilka drewnianych domków kempingowych. O miejsca dla jachtów też zadbano, montując kilka y-bomów i ustawiając nowy rządek boi cumowniczych. Dzięki temu przystań zapełnia się jachtami. Po trzech latach banicji mój „Szwendaczek” też powrócił na swoje miejsce.

UWAGA.

Jak większość portów w ujściu Odry Nowe Warpno narażone jest na wysokie stany wód spiętrzanych cofkami bałtyckimi. Wprawdzie występują one głównie w wyniku jesiennych sztormów z N-NW jednak mogą przytrafić się w innej porze roku. Wysoka woda jest szczególnie niebezpieczna dla jednostek cumujących long side do kei. Odbijacze zamiast chronić burty przed zbyt bezpośrednim kontaktem z konstrukcją nabrzeża pływają sobie swobodnie ponad nabrzeżem. Na szczęście konstrukcja baseników postojowych umożliwia cumowanie na czterech cumach, na tzw pajączka. Jacht utrzymywany jest równolegle, z bezpiecznym dystansem do kei. Z doświadczenia zalecam ten sposób cumowania skipperom jachtów rezydenckich pozostawianych w porcie bez załogi. Wprawdzie panuje tu dobry, stary zwyczaj kontrolowania stanu jachtów przez bosmana przystani jednak lepiej zapobiegać kłopotom niż z nimi walczyć. Dwa kawałki liny wystarczą, by bez stresu podziwiać on line widok własnego jachtu kołyszącego się łagodnie przy kei.

Nic nie piszę o zabytkach czy krajobrazach. Sami możecie je podziwiać na własne oczy. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś o bogatej historii, lub sławnych mieszkańcach miasteczka odwiedźcie proszę stronę stowarzyszenia Czas Przestrzeń Tożsamość.

Wypływamy z portu w Nowym Warpnie i okrążając półwysep, wychodzimy na Jezioro Nowowarpieńskie kursem na Karszno. Jachty o zanurzeniu ponad 1,30 metra mają niewielkie szanse na żeglugę po tych wodach, załogi pozostałych winny sterować bacznie obserwując wskazania sondy.

 

KARSZNO

Mielizny uniemożliwiają podejście do brzegu. Osada położona jest na wschodnim brzegu Jeziora Nowowarpieńskiego, na skrzyżowaniu dróg prowadzących do Nowego Warpna i Trzebieży (droga wojewódzka nr 114) z drogą powiatową do Dobieszczyna. Okolice to, lasy Puszczy Wkrzańskiej, tereny nad Zalewem Szczecińskim atrakcyjne turystycznie. Przez Karszno prowadzi szlak „Puszcza Wkrzańska”.

Karszno obecnie jest dzielnicą miasta Nowe Warpno. Przez wieki funkcjonowało jako wieś folwarczna. W 1793 wzniesiono tu kościół. Zachowało się kilka budynków mieszkalnych z okresu niemieckiego. W 1998 roku odbudowano również świątynię i ufundowano wyposażenie w stylu myśliwskim.

Kościółek w Karsznie. Foto: Cezary Skórka

Ozdobą miejscowości jest neorenesansowy pałacyk pochodzący z końca XIX wieku. Położony w starym parku nad brzegiem Jeziora Nowowarpieńskiego. Od końca wojny pełnił rolę strażnicy pograniczników, potem gospodarzyła tu Książnica Pomorska. Odbywały się plenery malarskie i rzeźbiarskie. W parku ustawiono rzeźby będące plonem plenerów. W najbliższym czasie rozpocznie się remont i adaptacja pałacu do nowej funkcji.

Pałac w Karsznie. Foto: Cezary Skórka

Z trawersu Karszna płyniemy środkiem akwenu na południowy zachód. Można tu zauważyć proces lądowienia akwenu, brzeg stanowi pływający kożuch roślinności bagiennej i torfowej, czasami już tak ustabilizowany, że rosną na nim niewielkie drzewa. W miejscu gdzie linia granicy osiąga ląd leży ujście rzeczki Myśliborki. Rzeczka mała i cichutka na odcinku prawie 20 kilometrów stanowi granicę państwa. Pamiętam plakaty i transparenty grzmiące hasłami :”… nie oddamy granicy zachodniej na Odrze i Nysie …”. A Myśliborka to pies? Ten problem można pozostawić do dalszej dyskusji tylko po jaką cholerę? Od wejścia Polski do Układu Schengen, zniknęły druty kolczaste, którymi był oplątany mostek na Myśliborce i możemy łazić gdzie tylko sobie zażyczymy, czasem zaś trzeba powiedzieć „Guten morgen” lub „Guten tag” zamiast „dzień dobry”.

 

RIETH

Wioski nie widać, ale widać plażę i kawałek dalej stary, zniszczony pirs, od wschodniej strony uzbrojony w stalowy pomost. Cumując tu trzeba uważać na wbite w dno stalowe rury pozostałe po starym pomoście. Ja raczej zalecam postój po zachodniej stronie pirsu, tu gdzie widać kilka łódek, lub od strony północnej do resztek nabrzeża. Czasem cumuje tam tratwa służąca do przewozu bydła i owiec na Riether Werder. Od biedy do niej też można przycumować.

Powyższy tekst zaznaczony kursywą to już historia. Od wiosny 2010 roku funkcjonuje nowa przystań wykorzystująca pływające, żelbetowe pomosty do cumowania jachtów

Rieth z lotu ptaka. Foto: Kazimierz Olszanowski

Rieth to niewielka, ale bardzo stara wieś (XIII wiek) położona wśród lasów nad Jeziorem Nowowarpieńskim, przy samym ujściu granicznej rzeczki Myśliborki. Od wieków zamieszkała przez społeczność pracowitą i dbającą o swoją własność i otoczenie. Tych zasad nawet czasy NRD nie zniszczyły. Dzięki temu przetrwały domki jakich po polskiej stronie trzeba by długo szukać. Często ryglowe kryte strzechą, z oryginalnymi elewacjami a przy tym zadbane i utrzymane w doskonałym stanie. Pomiędzy sadybami małe łączki, niegdyś pastwiska dla krów czy kóz, które onegdaj ratowały budżet chyba wielu rodzin. Przetrwały jeszcze jakieś kutry rybackie, lecz to już bardziej symbol niż sposób na życie. Z innych zabytków niewielki kościółek z XVIII wieku i pałacyk nazywany Riether Schloss z kilkoma stylowymi budynkami gospodarskimi. Przed upadkiem muru berlińskiego obiekt hołubił zasłużonych prominentów partyjnych, obecnie zaś wczasowicze muszą wykazać się odpowiednim statusem majątkowym.

Kościół w Rieth. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

BRZEG ZACHODNI JEZIORA

Miałem niedawno okazję przepłynąć małym jachtem motorowym wzdłuż brzegu od Rieth do Altwarp. Płynęliśmy powoli przez tereny rzadko odwiedzane i dość egzotyczne jak na zalew. Na długim odcinku linię brzegową maskują pływające połacie torfowisk porośnięte kożuchem szuwarów i rachitycznymi drzewkami walczącymi z wodą o przetrwanie.

Pływający brzeg zachodni. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na suchszych kępach przy ujściach rzeczek lub dużych kanałów melioracyjnych widać samotne sadyby ozdobione łodziami i sprzętem rybackim.

Osada na odludziu. Foto: Kazimierz Olszanowski

Na dalszym planie ciągną się mroczne, tajemnicze lasy Puszczy Wkrzańskiej. Wkomponowane w tło wieże widokowe sugerują obecność ścieżki przyrodniczej. Cały teren (ląd i akwen) jest objęty ochroną rezerwatową (NSG). Woda stanowi mieszaninę: wody właściwej, zielska i zawiesiny drobnych mikroorganizmów, przypomina rosół jarski serwowany w wegetariańskiej jadłodajni. Mimo ochrony akwen poszatkowany jest rządkami sieci stawnych. Bliżej Altwarpu teren podnosi się, a piaszczyste plażyczki schodzą do wody. Wylesione, wydmowe pagórki, Armia Czerwona wykorzystywała dla swoich militarnych celów. Od kilkunastu lat nie widać już ogromnych anten radarowych, zaś przeorany wojskiem teren zamieniono na kolejny rezerwat przyrody.

Na przełomie maja i kwietnia brzegi jeziora okupowane są przez miliardy małych, czarnych muszek obsiadających trzciny, ziemię i wszystkie przedmioty, na których może usiąść mała, czarna, paskudna w nadmiarze muszka. Muszki są u siebie i czy chcemy czy nie powinniśmy je tolerować lub unikać. Gorzej z różnymi egzotycznymi przybłędami.

Babka bycza (Neogobius melanostomus)

Babka bycza. Foto: Kazimierz Olszanowski

Mała rybka, zawleczona została z dorzecza mórz Czarnego i Kaspijskiego. Występowała również w morzu Aralskim, ale tego morza już nie ma. Do Polski w rejon Gdańska dotarła w 1990 roku. Obecnie opanowała całe wybrzeża polskie i ujścia większych rzek. W Nowym Warpnie złowiłem ją po raz pierwszy w 2009 roku. W naszych wodach babka osiągająca wielkość jazgarza. Z braku naturalnych wrogów rozmnaża się bardzo szybko, siejąc spustoszenie wśród omułków (Mytilus trossulus) stanowiących podstawę jej diety. Do czasów inwazji babki, omułki pracowicie filtrowały wodę gromadząc w swoich ciałach metale ciężkie. Po śmierci omułków zanieczyszczenia deponowały się w osadach dennych. Teraz rybka przywraca je do obiegu. W swojej pierwotnej ojczyźnie babka była zjadana przez ludzi a nawet eksportowana. Pamiętamy ” byczki w tomacie „, kiedyś nieświadomy sam je jadałem, teraz jednak już brak mi odwagi.

Krab wełnistoręki (Eriocheir sinensis)

Krab wełnistoręki. Foto: Kazimierz Olszanowski

Niewielki krab (średnica karapaksu do 10 cm) przywędrował z Chin w wodach balastowych statków do zlewiska Morza Północnego na początku XX wieku. Zadebiutował w Europie niespotykaną gradacją, w krótkim czasie zdominował niemieckie rzeki a następnie prawie całą Europę. O rozmiarze inwazji w Europie świadczyć może fakt, że w latach trzydziestych XX wieku odławiano nawet ponad 100 tysięcy krabów dziennie (rocznie do 450 tys ton). Po kilku latach inwazja załamała się z nieznanych przyczyn, zaś krab zmienił taktykę opanowując tereny dotychczas nie zasiedlone. Od kilku lat liczebność krabów lokalnie bardzo wzrasta.

Krab jest wszystkożerny nie gardzi niczym co się da zjeść. Tym samym rewanżują się Chińczycy w Azji, a w Europie drapieżne ryby i ptaki wodne. Jest uznany za groźnego szkodnika niszczącego swoimi norkami umocnienia wodne i wypierającego rodzime skorupiaki z dotychczasowych siedlisk.

Riether Werder

Jest to niewielka wyspa (80 ha) położona pośrodku Jeziora Nowowarpieńskiego, przy samej granicy, jednak w całości po niemieckiej stronie. Na niewielkim piaszczystym wzniesieniu na południowo-zachodnim brzegu widać ruiny dużego budynku mieszkalnego i kilku gospodarczych. Pionowy akcent stanowi wiatrak niegdyś osuszający polder. Celem utrzymania istniejących, atrakcyjnych dla ptactwa biotopów na wyspie od wiosny do jesieni bytuje stado krów i spory kierdel owiec pod wodzą wielkiego tryka Hermana. Sielankowy obraz kończy się w momencie kiedy trzeba Hermanowi zrobić pediciure czyli przyciąć racice.

Rycyk (Limosa limosa). Foto: Cezary Korkosz

Po opuszczeniu wyspy przez ludzi utworzono tu rezerwat przyrody, chroniący bardzo już rzadkie gatunki ptaków, w tym rycyka (Limosa limosa) z długim nieco groteskowym dziobem czy kulika wielkiego (Numenius arquata). Ochrona czynna polega głównie na eliminowaniu wszystkich czworonogich drapieżników. Dziki, jenoty, lisy, norki amerykańskie, borsuki, podlegają szybkiej eksterminacji. Zgodnie z polskim prawem, taka działalność na terenie rezerwatu przyrody jest przestępstwem. Ustawodawstwo niemieckie jest bardziej elastyczne, co w przypadku Riether Werder przynosi doskonały skutek, służy ochronie najbardziej zagrożonych gatunków. Wobec braku drapieżników rycyki i kuliki rozmnażają się spokojnie, z czasem opanowując okoliczne łąki i pastwiska na stałym lądzie. Ot taki swoisty rodzaj naturalnej introdukcji ginących gatunków. Dzięki bliskiemu sąsiedztwu, my również korzystamy z tego.

W ostatnich latach na północnym skraju wyspy osiedliły się stada mew i rybitw. Gniazduje tu (2017 rok) kilka tysięcy par. Ich sąsiedztwo chyba niezbyt odpowiada rycykom i kulikom, bo w 2017 roku nie zaobserwowałem ani jednego ptaka z tych gatunków.

Wyspa jest rezerwatem przyrody i nie wolno dochodzić do jej brzegów. Kulturalni ludzie unikają wpływania w stumetrową strefę ochronną.

 

ALTWARP

Najbardziej na NE wysunięta miejscowość Niemiec. Jak już sama nazwa wskazuje osadę bardzo starą, choć brak materialnych śladów takiego rodowodu. Zachowały się one jedynie w dokumentach, gdzie przetrwała nawet najstarsza nazwa „Sośnica”. Gwoli prawdy jest kościół z XVIII wieku zbudowany na fundamentach starszego, który spłonął doszczętnie. Kościół ma ciekawe wyposażenie. Na wzgórzu poza miejscowością sterczą ruiny wiatraka, holendra. Wiek XX to okres przyspieszonej rozbiórki osady. W latach międzywojennych budując poligon wojskowy wysiedlono część ludności do Podgrodzia. W czasie wojny na ich miejsce sprowadzono jeńców wojennych. Na cmentarzu znajduje się pomnik kilkudziesięciu z nich głównie Rosjan, którzy wykazywali nadnaturalnie wysoką śmiertelność. Jak głoszą stosowne napisy winni są oczywiście naziści, naród nie miał z tym nic wspólnego. A że okoliczny naród mógł chlubić się po wyborach (w 1933 roku) najwyższym w całych Niemczech poparciem dla NSDAP i Adolfa H…..

Altwarp od zachodu. Foto: Cezary Skórka

Wkrótce po wojnie rozebrano i wywieziono wiele domów na wschód w ramach reparacji wojennych. Na ich miejsce zbudowano kilka przerośniętych baraków dla zawodowych żołnierzy i ich rodzin. Po zjednoczeniu Niemiec hołdując starej tradycji baraki zrównano z ziemią, a teren poligonu nazwano rezerwatem przyrody. W ostatnich latach ruszyło budownictwo szopkowo-daczowe. Wszystko razem stworzyło miejscowość miejscami dość ładną, ale bez wyraźnego charakteru. Ostatnie zdanie opisuje moje wrażenia z ubiegłych lat. Obecnie ktoś zrealizował ciekawy pomysł; na kilkunastu ładnie odnowionych starych budynkach pojawiły się tabliczki informujące o dziejach poszczególnych budynków, a w jednym z przydomowych ogródków urządzono wystawę rzeźb szklanych.

Jeden z historycznych domków. Dom kapitana. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wystawa w ogródku (fragment). Foto: Kazimierz Olszanowski

Przywrócono świetność małym dziełkom plastycznym wykonanych z drewna, metalu lub ceramiki. Stanowią detale architektoniczne i pełnią funkcję szczególnego rodzaju znaków rozpoznawczych używanych nawet przy adresowaniu listów. To w sumie tak niewiele, ale wystarczyło bym zmienił opinię o miejscowości.

Wieś rozrzucona jest na niezbyt eksponowanym półwyspie oddzielającym od północy Zatokę Nowowarpieńską od Kleines Haff czyli Małego Zalewu. Pomimo doskonałego położenia brak tu nawet jakiej, takiej mariny. Jest kilka przystani w krzakach, z bardzo skromnym zapleczem, oraz port pasażersko-rybacki dysponujący kilkoma stanowiskami dla jachtów. Za to sanitariaty przystosowane dla potrzeb niegdysiejszych, wolnocłowych turystów wybudowano z rozmachem. Sanitariaty dla żeglarzy funkcjonują w budyneczku bosmanatu portu. Mimo wszelkich niedogodności bardzo lubię ten skromny porcik i miasteczko, które mnie potrafi zaskoczyć. Osobom, którym nie straszne są spacery polecam wędrówkę przez wały wysokich, śródlądowych wydm. Wiedzie tam żółty szlak.

Po opuszczeniu zatoki Nowowarpieńskiej, nie zapominając o postawieniu niemieckiej banderki (czarnym do góry) pod prawym sailingiem przekraczamy granicę państwową wyznaczoną rządkiem żółtych pławek i wchodzimy na wody Kleiness Haff.