KRAINA 44 WYSP

Największa, w całości polska wyspa Wolin, kawałek wschodniej części Uznamu, Karsibór i kilkadziesiąt mniejszych wysepek tworzą tę unikalną krainę. Liczba wynurzonych skrawków niezamieszkałego lądu jest sprawą dyskusyjną. Powodzie doszczętnie znoszą niektóre wysepki zaś prądy wodne odbudowują je, często w innych miejscach.

 

POŁUDNIOWY BRZEG WYSPY WOLIN

Kilkanaście tysięcy lat temu topniejący lądolód, z kamieni, żwirów, piasków z domieszkami iłów i glin przywleczonych ze Skandynawii usypał serię dość wysokich pagórów moreny czołowej. Później posklejał je równinami moreny dennej zbudowanych z drobniejszych frakcji mineralnych. W międzyczasie podnosił się poziom wody w Bałtyku zasilanym wodami roztopowymi i wielkimi rzekami. Pasmo moreny pełniło więc rolę zapory pomiędzy wodami morskimi a leżącą na południe niecką obecnego zalewu. Gdy około 6 tysięcy lat temu woda przerwała tę zaporę, niecka wypełniła się i powstała zatoka morska osłaniana przez kilka wysp. Przez następne tysiąclecia woda i wiatr nanosiły piasek powoli zamykając zatokę, budując mierzeje, półwyspy lub całkiem nowe wysepki i pasma wydm na lądzie. Wszystkie morenowe wyspy są pagórkowate i posiadają bardzo urozmaiconą linię brzegową. Z grubsza przypominają kawałki sera nadgryzione przez liczne i aktywne stada myszy.

Gwoli przyzwoitości należy dodać, że ludzie się w tym też zasłużyli krojąc wyspę Uznam na kawałki, a odcięte Kanałem Piastowskim dwa fragmenty suchego lądu nazwali wyspami Karsibór i Mielin.

Płytkie miejsca często opanowała roślinność, rozpoczął się proces lądowienia i powstały płaskie, niskie wyspy zbudowane z osadów organicznych. Powstał w ten sposób archipelag nazwany Krainą 44 Wysp, choć jest to liczba nieco przesadzona.

Klif Lubiński. Jeśli panuje dobra widoczność, to z każdego prawie punktu zalewu widać połogi pagór zajmujący znaczną część  południowego brzegu wyspy. Teren prawie zupełnie pokryty lasami wchodzącymi w skład Wolińskiego Parku Narodowego. Jedynie, w niektórych miejscach widać kontrastujące białe i żółtawe plamy aktywnych klifów.

Klif Lubiński. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wody przyległe do klifu też należą do WPN, ich dno usiane jest głazami, które spadły z urwiska. Wśród eratyków są kapitalne okazy. Bezpośrednie spotkanie z nimi może oznaczać kres naszej żeglugi w poziomie i początek krótkiej zresztą żeglugi w dół. Przy dopychającym silnym wichrze i wysokiej fali może być tu niebezpiecznie. Problem ilustruje przygoda moich przyjaciół.

„Probus”

Dwoje moich przyjaciół parających się na co dzień nauczaniem młodzieży w Głogowie na Dolnym Śląsku, na krótko przed emeryturą wyremontowało stary, drewniany, piękny jacht o nazwie „PROBUS” nawiązującej do dolnośląskiej historii. Pensje nauczycielskie nie pozwalały na większe szaleństwa finansowe i wyposażenie jachtu często nabywano za przedmioty, które nie były artykułami pierwszej potrzeby. I tak jedną kotwicę uzyskano za butelkę „Napoleona” a drugą za dwutomową Encyklopedię Powszechną. Oczywiście nazwano je „Napoleon” i „Encyklopedia”. Jacht przywieźli na Zalew i spędzali na nim cały wolny czas, a emeryci mają tego towaru dostatek. W sierpniu 1997 roku niespodziewany, gwałtowny szkwał (165 km/godz) przetoczył się od Trzebieży do Dziwnowa. Pierwsze uderzenie zastało ich na nawietrznej głazów leżących u stóp Klifu Lubińskiego. Czasu wystarczyło tylko na zrzucenie żagli i rzucenie „Napoleona”, a następnie szeregowo „Encyklopedii”. Pozostało tylko sprzątnąć wszystko z pokładu i zamknąć się w kabinie, gdzie wkrótce słychać było szmer litanii do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i westchnienia „Encyklopedio” ratuj ,… ”Napoleonie” ratuj…. Coś z tego pomogło, bo wkrótce popłynęli dalej. Ja myślę, że po prostu umiejętności.

Klif rozciąga się od Lubinia do Sułomina. Na zachodnim skraju ponad 60 metrów nad wodą stoi zabytkowy kościół należący do Lubinia. U podnóża wschodniego zaś krańca kulminacji leżą dwie małe wioski Karnocice i Sułomino. Ukryte są na tle zielonych skarp leżących dalej od brzegu. Jedynym dobrze widocznym akcentem jest korpus starego wiatraka. Podróż zaczynamy od wschodu.

 

SUŁOMINO

Gdzie Rzym a gdzie Krym, jakim cudem w małej wiosce na brzegu zalewu funkcjonuje WESTERN PIKNIK, Folk, Blues & Country Festival.

Pomysł dość zaskakujący, ale sympatyczny, przez klika dni w drugiej połowie lipca zjeżdża się gromada ludzi i wszyscy bawią się przednio. Przy okazji jakimś cudem powstała tu niewielka przystań gdzie mogą wejść łódki o małym zanurzeniu.

Przystań w Sułominie. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

KARNOCICE

„Najstarsza wzmianka o wsi pochodzi 1186 roku, kiedy to wieś była własnością parafii kamieńskiej. Pojawia się jako Charnititz, a w 1578 roku jako Kartze. W 1578 roku we wsi znajdowała się już karczma. Wójt miał przywilej prawa drogowego tj. pobierania opłat za korzystanie ze szlaku komunikacyjnego. W tym czasie mieszkało we wsi 6 chłopów, 3 parobków i jeden budnik.” I oczywiście stosowna ilość bab i dzieci, ale o tym kronikarz milczy. W 1847 roku wieś stała się własnością domeny państwowej i podlegała Wolinowi. Przeprowadzono parcelację. Wieś liczyła wówczas 100 mieszkańców, 12 domów mieszkalnych i 10 gospodarczych. Zacytowałem ten tekst bo można go traktować jak szablon opisujący wczesną historię wielu innych miejscowości w ujściu Odry. Należy tylko zmienić nieco dane statystyczne czyli ilość chłopów, bab i budników.

 

WAPNICA

My trzymając się farwateru wchodzimy na jezioro Wicko Wielkie i cumujemy w Lubiniu lub nieco dalej w Wapnicy. Ja osobiście polecam Wapnicę, w Lubiniu można zatrzymać się w basenie portu rybackiego i trzeba liczyć z niepewnym socjalem.

Marina w Wapnicy jest niezbyt duża, ale bardzo sympatyczna i pilnie obserwowana przez bosmana, który wita każdy zawijający tu jacht, wskazując miejsce postoju i w razie potrzeby pomaga przy cumach. Radzę bardzo uważać w czasie wejścia do portu. Mam pewne przesłanki, że rządek drewnianych pali niegdyś wytyczających podejście do główek nie został do końca usunięty, coś tam jeszcze pod wodą tkwi. Na wszelki wypadek lepiej wchodzić środkiem wejścia.

Kursywą poniżej, w charakterze eksponatu muzealnego, pozostawiłem stary zapis dotyczący Wapnicy. Teraz już można opowiadać wnukom : „tak było…..”.

„Na większe luksusy nie można liczyć bo obydwie przystanie są w stanie daleko idącego rozkładu technicznego. Stanowiły niegdyś część infrastruktury portu należącego do fabryki cementu. Wprawdzie konstrukcje żelbetowe jako masywne i trwałe jeszcze trzymają się jako tako, ale wszystko co drewniane czy stalowe zgniło lub doszczętnie skorodowało. Ja zawsze cumuję w długim basenie przystani w Wapnicy. Urząd Miasta i Gminy w Międzyzdrojach troskę o bezpieczeństwo żeglarzy przejawia wieszając tu i tam tabliczki z informacją że nabrzeże jest wyłączone z eksploatacji. Żeglarze to czytają ze zrozumieniem i cumują tu. Trwa to już od kilku ładnych lat. Wchodząc do Wapnicy należy trzymać się prawej strony bo tu jest głębiej. Przy zachodnich wiatrach w głąb przystani wchodzi niemiły rozkołys dlatego należy cumować możliwie daleko od wejścia, uważając na stalowe kątowniki sterczące z betonu.”

Obecnie można bezpiecznie wejść do nowej mariny i przycumować pod czujnym okiem, a w miarę potrzeby z pomocą dyżurnego bosmana.

Tuż za płotem ogradzającym przystań mieści się tawerna oficjalnie nazwana smażalnią ryb, gdzie można solidnie posilić się smacznie. Wystrój pomieszczenia nawiązuje do rybackich tradycji okolicy.

Obydwie miejscowości Wapnica i Lubin położone są bardzo blisko siebie jeszcze na dodatek połączone terenem byłej cementowni.

Spacer na wzgórze Zielonka. Nasza wyprawa zaczyna się niewinnie od przechadzki wiejską drogą biegnącą środkiem Wapnicy. Oprócz starego dębu, pod którym ktoś, kiedyś…, warto poszukać resztek architektury z przełomu XIX i XX wieku, drewnianych domków zdobionych snycerskimi koronkami. Z roku na rok jest ich coraz mniej, niszczą je remonty i przebudowy a często też zasłaniają tandetne reklamy. Po kilkunastu minutach dochodzimy do brzegu Jeziora Turkusowego.

Jeziorko Turkusowe. Foto: Krzysztof Grzegorczyk

Oczywiście jest to pozostałość po wydobyciu porwaka wapiennego i przerobieniu go na cement. Woliński Park Narodowy (WPN) zatroszczył się o tablice informacyjne więc daruję sobie dalszy opis. Lewym brzegiem jeziora, niestety stale pod górę, prowadzi znakowany szlak turystyczny. Warto zatrzymać się w punkcie widokowym i popatrzeć na lustro jeziora w pełnej krasie. Niekiedy z góry widać ryby, o jakich marzy każdy wędkarz. Niestety musimy obejść się smakiem i powędrować dalej szlakiem biegnącym przez piękny mieszany las. Po kilkunastu minutach wdrapujemy się na wzgórze Zielonka. Tu kolejny punkt widokowy kilka tablic i kilka ławek. Brawo!!!

Widok z klifu. Foto: Krzysztof Grzegorczyk

Mała odsapka, bo wleźliśmy 80 metrów do góry i patrzymy, podziwiając widok ze wzgórza Zielonka.

 

WSTECZNA DELTA ŚWINY

U podnóża klifu na pierwszym planie ciągnie się prawie po horyzont zielona płaszczyzna, pocięta labiryntem cieśnin, kanałów, jeziorek. Jest to bardzo rzadka forma geomorfologiczna zwana wsteczną deltą. Wszyscy wiemy, że każda prawie rzeka uchodząc do morza tworzy deltę. Ale w tym przypadku słowo wsteczna sugeruje, że to morze wlewając się do zalewu tworzy deltę. I tak jest w istocie. Poziom wody w naszym Bałtyku jest dość zmienny, zależy od wlewów wód oceanicznych, ciśnienia atmosferycznego, kierunku i siły wiatrów. Masy wód „cofki bałtyckiej” niosą zawiesinę piasków, mułów i innych drobnych cząstek osadzanych następnie w miejscach gdzie prędkość nurtu maleje. Wsteczna delta nie występuje w innych cieśninach łączących zalew z morzem. Są one zbyt długie. Woda wybiera drogę najmniejszego oporu preferując Świnę. Wystarczy popatrzeć. Naturalne koryto Świny zaczyna się prawie pod naszymi nogami a kończy w dobrze widocznym Świnoujściu. Wszystkiego kilkanaście kilometrów. Gwoli prawdy należy dodać, że przekopanie 1980 roku Kaiserweg czyli Kanału Piastowskiego (też dobrze widoczny) zakłóciło system hydrauliczny ujścia Odry i zjawisko akumulacji wstecznej delty praktycznie ustało.

Woda, zielsko i błoto czyli marzenie wielu ornitologów. Jeszcze żeby ktoś to zielsko kosił a jeszcze lepiej ktoś wypasał – to już pełnia szczęścia. W ostatnich latach dopłaty bezpośrednie dla rolników powodują powolną reanimację hodowli na bardziej twardych wyspach, ku chwale Unii Europejskiej i polskiej awifauny. Żarty, żartami ale trzeba przyznać, że jest to prawdziwy ptasi raj. Tu występują nawet jedne z najrzadszych ptaków świata; małe, szare wodniczki (Acrocephallus paludicola). W języku polskim słowo wodniczka oznacza też organellę komórkową (vacuola). Pewien tłumacz sklecił zdanie: „… nad rzadkimi trzcinami fruwają liczne vacuole”. Nie popełnił przy tym błędu merytorycznego, wszak każde żywe stworzenie ma liczne wodniczki czyli organelle komórkowe.

Mierzeja. W momencie powstania zalewu, woda przedarła się głównie między wysoczyznami obecnych wysp Uznam i Wolin tworząc cieśninę szeroką na około 14 km. Fale podmywały strome zbocza wysp, roznosiły piasek i drobniejszy żwir tworząc mierzeję. Silne wiatry usypały na niej szeregi wydm zbudowanych z drobniejszych ziaren. Szeroka cieśnina została zasypana piaskiem i aluwiami wstecznej delty, a widocznymi śladami dawnej świetności jest obecne ujście Świny i kiszkowate jezioro Wicko Małe. Na powstałym pasku ziemi leżą miasta Świnoujście, Międzyzdroje i kilka pomniejszych miejscowości.

Wydmy

Istnieje wiele różnych podziałów i klasyfikacji wydm. Jednak tu zainteresujemy się najprostszą klasyfikacją ze względu na wiek i co za tym idzie zarośnięcie wydm roślinnością.
Wydma biała – ruchoma, w pierwszych stadiach stabilizowania, pokryta ubogą roślinnością, bez wyraźnych procesów glebotwórczych. Zbudowana głównie z białego piasku kwarcowego bez próchnicy. Sąsiaduje z nadmorską plażą. Deszcze wypłukały z piasku nadmiar soli i wydma nieśmiało zarasta roślinami pionierskimi, dobrze znoszącymi dość trudne warunki życia. Czyli, prawie zupełny brak gleby, suszę, niestabilność podłoża czy silne wiatry bombardujące sypkim piaskiem tkanki roślin i polewające je słonymi aerozolami. Typowe rośliny inicjujące zarastanie wydm białych to piaskownica zwyczajna i wydmuchrzyca piaskowa. Już same nazwy dobrze opisują ich cechy. Rzadką i chronioną rośliną wydm jest powszechnie znany mikołajek nadmorski.

Wydma szara – na zawietrznej stronie wydmy białej z czasem pojawia się większa różnorodność roślinności, która unieruchamia piasek i powoli tworzy glebę. Mówimy wtedy o wydmie szarej, bo domieszka próchnicy zmienia barwę piasku. Wydmy szare porastają zwarte płaty ubogiej w gatunki roślinności. Głównie są to murawy napiaskowe, z przewagą szczotlichy siwej, czasem wrzosowiska i z rzadka drzewa; sosna i brzoza.

Wydma brunatna – jak sama nazwa sugeruje powierzchnia wydmy pokryta jest brunatnym igliwiem opadłym z sosen porastających stare wały wydmowe. Prawie zupełny brak podszytu jedynie runo stanowią krzewinki borówek czy bażyny czarnojagodowej. W miejscach nasłonecznionych napotyka się rośliny zielne. Wszystko razem określono jako nadmorski bór bażynowy.

Tak naprawdę to tylko model naturalnych procesów utrwalania i zarastania wydm. Od czasu jak człowiek z uporem godnym lepszej sprawy zaczął ingerować w nie, trudno spotkać fragmenty naturalnych wydm. Są one sztucznie stabilizowane nasadzeniami przywleczonych roślin; rokitnika zwyczajnego, róży kędzierzawej, wierzby i innych.

Stojąc na szczycie wzgórza wystarczy obrócić się o 360 stopni wokół własnej osi. I wszystko co zobaczymy to siedliska przyrodnicze wchodzące w skład sieci Natura 2000. Co to takiego jest ta Natura?

Natura 2000

W latach siedemdziesiątych XX wieku państwa członkowskie obecnej Unii Europejskiej przyjęły nową strategię ochrony przyrody wspartą instrumentami finansowymi. Oczywiście stało się to gdy zauważono że niektórych krajach istniejące formy ochrony przyrody nie gwarantują przetrwania wielu gatunkom roślin i zwierząt, zwłaszcza na bogatych terenach silnie uprzemysłowionych. W wielu przypadkach była to już „musztarda po obiedzie”. Są kraje europejskie gdzie pospolite u nas żaby jawią się zwierzętami egzotycznymi i nie dotyczy to wyłącznie Francji, kraju koneserów żabich udek. Francuzi po prostu zjedli swoje żaby. A inni? Budowa gęstej sieci dróg, bezwzględne melioracje czyli osuszanie terenu, zasypywanie śródpolnych bajorek, gdzie żaby składały skrzek, i mamy skutek: brak żab. Jak brak żab to rozmnażają się nadmiernie komary, ślimaki i inne niezbyt mile widziane „robactwo”. Ale nic to, mamy przecież chemię. A że wtedy wytępimy przy okazji coś innego? Zrobiło się błędne koło.

By przerwać owe błędne koło i zachować jeszcze istniejące a silnie zagrożone wyginięciem gatunki roślin i zwierząt Komisja Europejska wydała dwie dyrektywy (ustawy):

  • Dyrektywa Ptasia z 1979 roku, o ochronie dzikich ptaków.
  • Dyrektywa Siedliskowa (Habitatowa) z 1992 roku, o ochronie siedlisk przyrodniczych oraz dzikiej fauny i flory.

Powyższe dyrektywy zawierają listy gatunków fauny i flory zagrożonych wyginięciem w Europie. Część z nich w Polsce jest jeszcze dość pospolita jak na przykład bocian biały, w końcu co czwarty bocian urodził się w Polsce, inne zaś u nas występują nielicznie, skrajnie nielicznie, bądź wyginęły, lub nigdy nie występowały bo nie potrafią żyć w naszym klimacie.

Stosując się do obydwu dyrektyw poszczególne państwa UE wyznaczyły na swoich terytoriach dwie sieci terenów podlegających szczególnej ochronie, i tak:

  • Zgodnie z Dyrektywą Ptasią – Obszary Specjalnej Ochrony Ptaków (OSO)
  • Zgodnie z Dyrektywą Siedliskową – Specjalne Obszary Ochrony Siedlisk (SOO).

Obszary te mogą na siebie zachodzić, pokrywać się lub zawierać inne tereny chronione na przykład rezerwaty, parki narodowe.

Każdy kraj samodzielnie ustala zasady działania na terenach OSO lub SOO, jednak za skuteczność podjętych działań odpowiada. Komisja Europejska kontroluje poczynania krajów członkowskich i może wystąpić do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z wnioskiem o nałożenie kar finansowych.

A co w Polsce?

Wstępując do UE zostaliśmy zobligowani do utworzenia sieci Natura 2000 i tradycyjnie nic i nic a potem nagle, jak diabeł z komina wyskoczyło kilkaset obszarów naturowych i prawie drugie tyle oczekujących na zgłoszenie do Komisji Europejskiej. Mamy też nową Ustawę o ochronie przyrody z dnia 16 04 2004 r. oczywiście z późniejszymi zmianami, która ma zapewniać zachowanie wartości przyrodniczych i rozwój społeczności ludzkiej.

…i tak dalej, …i tak dalej…. Z góry nie widać konfliktów między przykładowo samopoczuciem jakiegoś kumaka nizinnego (Bombina bombina) a potrzebami ludzi (Homo sapiens sapiens). A one są i będzie ich jeszcze więcej, wszak każdy chce żyć i o to życie walczy, często zjadając innych. Ostrzegam kumaki nizinne są trujące, świadczy o tym jaskrawe ubarwienie brzuszka. Jak stworzenie jest toksyczne lub jadowite ostrzega potencjalnych konsumentów i wrogów dobrze widocznym, kontrastowym ubarwieniem. Część gatunków podszywa się pod trucicieli np. zupełnie nieszkodliwy wąż, gniewosz plamisty jest bardziej żmijowaty niż sama żmija zygzakowata.

Golm. Prawie dokładnie na zachód widać sylwetkę dość odosobnionego wzgórza. Leży ono na niemieckiej części wyspy Usedom (Uznam). To Golm czasami nazywany Górą Golm.

W 1944 roku, na wzgórzu Golm w pobliżu grodziska z epoki brązu, założono cmentarz wojenny. Spoczęli tu niemieccy żołnierze zmarli w szpitalach wojskowych lub zabici w trakcie działań wojennych. Nadchodzący front i warunki geograficzne sprawiły, że na początku 1945 roku tereny portu i dworca kolejowego zalała fala uciekinierów z obszarów położonych na wschód od Odry. Dziesiątki tysięcy ludzi znalazło się w pułapce oczekując na przeprawę przez Świnę lub miejsce na statku ewakuacyjnym. W południe 12 marca 1945 roku zaczął się nalot kilkuset amerykańskich bombowców. Na przerażony tłum posypała się lawina bomb. Straty były ogromne. Wiele zwłok w obawie przed epidemią, zakopano pospiesznie w lejach po bombach a ponad 20 tysięcy wywieziono na cmentarz wojenny na wzgórzu Golm, gdzie spoczęły w masowych mogiłach.

Patrzę na tajemniczy majestat Góry Golm, nie wnikam kto?, kogo?, za co?, dlaczego?, myślę tylko: „człowiek,…to nie zawsze brzmi dumnie”.

 

LUBIN

Ze szczytu Zielonki, aż na pokład naszego jachtu idziemy tylko z górki. A póki co wchodzimy w opłotki Lubina. Jest to dość spora wieś letniskowa rozrzucona na zboczu morenowych wzgórz. Podziwiamy bajeczne widoki Zalewu Szczecińskiego, pogapimy się na kościół otoczony wieńcem starych lip, dotkniemy granitowych żaren pełniących obowiązki chrzcielnicy i rozkoszując się ciszą i spokojem schodzimy dalej.

W pobliżu kościoła leży średniowieczne grodzisko. Osłaniało ono południowe wejście na Starą Świnę. Przez jakiś czas było siedzibą kasztelana, tworzyły się struktury protomiejskie, istniało zaplecze gospodarcze i osada rzemieślnicza. Jednak oddalenie od szlaków komunikacyjnych i handlowych spowodowało, że nie osiągnęło rangi miasta i przepadło w mroku dziejów. W ostatnim czasie archeolodzy odkopali tu pozostałości kościoła datowanego na schyłek XII wieku.

W Lubiniu osiedlił się Jerzy Porębski, ten Jerzy Porębski. Jego osoby nie trzeba przedstawiać żeglarzom. Po latach pogoni za rybimi ogonami tu znalazł „to co jest w życiu najświętsze : święty spokój”.

Fabryka cementu. W Lubiniu istniała jedna z pierwszych fabryk cementu w Europie. Produkowała nieprzerwanie przez niemal wiek, aż do 1945 r. Założycielem Pomorskiej Fabryki Cementu Portlandzkiego był Johannes Quistorp.

Johannes Quistorp

Urodził się 1822 roku w Greifswaldzie. W roku 1846 przeprowadził do Szczecina i w 1850 roku założył własne przedsiębiorstwo, fabrykę cementu portlandzkiego „Lebbin” (w Lubinie). Do wywozu cementu a później importu surowca z wyspy Rugia utworzył własną flotę. Posiadał też kilka innych fabryk i dobra ziemskie na Rugii i w Szczecinie.

Gdy w 1880 roku zlikwidowano ograniczenia w rozbudowie Szczecina spowodowane istnieniem twierdzy, Quistorp powołał spółkę kapitałową zajmującą się inwestowaniem na uzyskanych terenach. W wyniku działalności spółki powstały nowe dzielnice Szczecina: Westend, Pogodno, Łękno. Na podarowanych przez Quistorpa terenach założono park dla mieszkańców (obecnie Park Kasprowicza).

Był jednym z pierwszych kapitalistów w Europie, który na początku ery drapieżnej industrializacji w połowie XIX wieku angażował się w sprawy bytowe swoich pracowników. Jego fabryki wyróżniały się rozwiniętym zapleczem socjalnym. W Lubiniu zbudował ponad 150 mieszkań dla pracowników, dom dla wdów, salę spotkań, bibliotekę, szkołę dla chłopców i dobrze urządzony park publiczny. Porównajmy jego postać z „rekinami rzeczki Łódki” sportretowanymi w „Ziemi Obiecanej” Władysława Reymonta.

Zmarł w ostatnim roku XIX wieku.

To głównie dzięki Quistorpowi rejon ujścia Odry stał się największym zagłębiem cementowym Prus a później całych Niemiec. Produkcja samej tylko fabryki w Lubiniu sięgała 80 tysięcy ton rocznie. Cementownia „Stern” w Zdrojach wytwarzała 38 tysięcy ton. Nic dziwnego, że w Szczecinie istnieje kilka obiektów będących świadkami początku tryumfalnego rozwoju budownictwa z betonu.

Fabryka nieprzerwanie pracowała do 1945 roku, posiadała port i niewielką stocznię produkującą statki żaglowe i parowe dla własnych potrzeb.

Z tej olbrzymiej fabryki do dziś przetrwało niestety niewiele. Po wojnie Rosjanie w ramach reparacji wywieźli cenne wyposażenie. Zniszczone zostały główne budynki produkcyjne i infrastruktura przemysłowa. Poważny udział w zniszczeniach miał Andrzej Wajda, który w 1957 roku kręcił tu część scen do filmu „Kanał”. Przy okazji dla podkreślenia realiów wojennych wysadził to i owo.

Przetrwały tylko budynki wykorzystywane jako obiekty kolonijne, wczasowe lub mieszkalne.

Trzeba wspomnieć o jeszcze jednej, charakterystycznej pozostałości po produkcji cementu. Skała wapienna zawiera duże ilości konkrecji krzemiennych stanowiących odpad przy produkcji cementu. W okolicach Wapnicy i Lubinia krzemień można znaleźć wszędzie, na plażach, na drogach, w ogrodach wielu posesji. Warto przyjrzeć się krzemieniom i poszukać skamienielin.

 

ZALESIE 

By dojść do Zalesia należy pokonać wąskie przejście łączące jezioro Wicko Wielkie z jeziorem Wicko Małe, gdzie leży niewielka przystań nieco na wyrost nazwana „Marina Wicko”.

Można tu bezpiecznie zostawić jacht i wybrać się spacerem do Międzyzdrojów, to tylko 3 kilometry do plaży.

Można zwiedzić pobliski poligon V-3, tajnej broni Hitlera i obejrzeć ekspozycję w bunkrze kierowania ogniem.

Działo wielokomorowe V-3 ( Vergeltungswaffe 3 ), „stonoga”, „szybka Lizka”, „pompa wodna”.

Działo składało się z długiej na 130 m lufy montowanej z segmentów na stromym zboczu wzgórza. Każdy segment zaopatrzony był w dwie boczne komory z ładunkami miotającymi, które odpalano w miarę przemieszczania się pocisku, nadając mu przy wylocie lufy prędkość do 500 m na sekundę. Spodziewany zasięg około 160 km. Lufa miała kaliber 152 mm natomiast pocisk 110 mm i masę 90 kg. Pocisk wyposażony był w  prowadnice stabilizujące go w lufie i metalowe uchylne brzechwy, które miały utrzymywać stateczność w locie. Planowano wybudować w północnej Francji kilka baterii liczących razem kilkaset luf i ostrzeliwać Londyn. Wybudowano nawet jedną bojową baterię i oddano serię strzałów lecz na szczęście dla mieszkańców Londynu większość pocisków nie trafiła nawet w Brytanię, a bądź co bądź jest to cel spory i do tego nieruchomy. Konstrukcja pocisków wymagała dopracowania i w tym celu wybudowano na głębokim zapleczu dwie baterie doświadczalne gdzie prowadzono prace badawcze. Jedną z nich była bateria w Zalesiu. Były tu dwa działa o długości po 130 m i jedno krótsze o połowę. Doskonaląc konstrukcję pocisków zaczęto zbliżać się do wymaganej celności, jednak eksplozja jednego z dział spowodowała wstrzymanie badań na poligonie. Trzon załogi baterii stanowili siedemnastoletni junacy obrony przeciwlotniczej zbyt młodzi do służby w regularnej armii.

Powyżej podałem argumenty mogące zachęcić do wejścia i zatrzymania się na jeziorze Wicko Małe. Ja jednak sam nie będę tam nigdy wchodził. Przyczyną jest gruba warstwa śmierdzącego mułu zalęgająca na dnie jeziora. Muł osadziły ścieki komunalne z Międzyzdrojów. I w ten sposób dość izolowane od wód Zalewu jezioro stało się odstojnikiem nieczystości. Były wprawdzie próby oczyszczenia wody przy pomocy introdukowanych kolonii racicznicy (Dreisena polymorpha). Niestety nawet te pożyteczne i wyspecjalizowane w filtrowaniu ścieków małże nic nie poradziły.

Jeśli ktoś ma wielką ochotę odwiedzić Międzyzdroje lub zobaczyć poligon V-3 może podjechać tam autobusem miejskim z Wapnicy bądź Lubinia lub przespacerować się ćwicząc mięśnie nóg nieco zastałe na niewielkich w końcu pokładach jachtów.

 

ŁUNOWO

Północny brzeg jeziora Wicko Wielkie kryje cichy porcik jachtowy, do którego wpływa się wąskim, obramowanym drzewami kanałem. Liczne płycizny ograniczają zanurzenie łodzi. Przy średniej wodzie miejscowi żeglarze wchodzą łódkami o zanurzeniu nawet nieco ponad 140 cm. Do brzegu można podchodzić wyłącznie w osi kanału.

Przystań w Łunowie. Foto: Kazimierz Olszanowski

Zawsze spotykałem tam bardzo życzliwych ludzi i niestety wieczorami bardzo zjadliwe komary. W czerwcu 2013 zauważyłem zmiany; bobry i ludzie wspólnie wycięli trochę drzew zacieniających basen i słońce mogło osuszyć teren. Komarów już prawie nie zauważyłem. Niewątpliwym atutem tego miejsca jest bliskość morza, tylko około 40 minut spaceru drogą wśród suchych sosnowych borów lub lasów.

Właśnie bory czy lasy. Obowiązuje w leśnictwie klasyfikacja siedlisk leśnych i podstawowym argumentem za przyporządkowaniem terenu do konkretnej nazwy jest wydajność użytkowa. Skład gatunkowy drzewostanu, poziom wód gruntowych, czy skład roślin runa i podszytu to tylko dodatkowe przesłanki. Upraszczając: jak gatunkiem dominującym jest sosna to mówimy bór, a jak przeważają inne gatunki drzew to jest las. Jedynie gdy gatunkiem dominującym jest jesion lub olcha mamy do czynienia z nazwą ols czy łęg. Na trasie do morza przeważają bory suche.

ŁUNOWO- nowa marina

Miasto Świnoujście na północnym brzegu kanału Stary Nurt zbudowało  e kolejną marinę żeglarską. Jest zlokalizowana na zachód od istniejącej, ukrytej w lesie, mariny w Łunowie. Dojazd lądowy od ronda na południe w kierunku zabudowań Łunowa. Wykonano stanowiska postojowe dla około 60 jachtów i infrastrukturę służącą żeglarzom i turystom. Cumujemy do jednego z czterech pływających pomostów, każdy wyposażony jest w siedem lub osiem porządnych Y-bomów. Niewątpliwym hitem jest taras widokowy na dachu budynku socjalnego. Z wysokości prawie dziesięciu metrów nad wodą rozciąga się rozległy widok na wzgórza południowej części Wyspy Wolin i na rozlewiska Wstecznej Delty Świny. Szczególnie wiosną w okresie przelotów migrującego ptactwa miejsce może być rajem dla ornitologów i amatorskich podglądaczy ptaków.

Przy marinie będzie funkcjonować niewielka, stylowa tawerna. Aktualnie, (wrzesień 2019), jest w ostatniej fazie budowy. 

 

 

STARA ŚWINA

PRZYTÓR

Wypływając z Łunowa w ogólnym kierunku zachód, wzdłuż brzegu wpływamy w szeroki kanał. Na północnym brzegu widać kawałek przyzwoitej żelbetowej kei na ogrodzonym terenie, tylko pustej, dlaczego?

Przystań w Przytorze. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

KARSIBÓR

Szwendanie się między wysepkami, po zatoczkach i cieśninkach Starej Świny brutalnie przerywa widok mostu, dalej już nie możemy płynąć, trzeba odszukać ukryte wejście schowane między zachodnim wybrzeżem skrajnej, zachodniej Bielawki a półwyspem wystającym z wyspy Karsibór. Wejście w cieśninę wyłącznie w jej osi. Prawa główka  kryje mieliznę i jakieś resztki pali drewnianych. Niezwłocznie po przejściu cieśniny kręcimy w prawo i żeglujemy wzdłuż brzegów blisko półwyspu. Sonda wskazywała minimalne głębokości ok 1,8 metra. Załogi jachtów zanurzonych około 1,6 metra, przy średniej wodzie ostrożnie manewrując mogą bezpiecznie podejść do jednego z pomostów..

Nocleg w niewielkiej, przytulnej marince w zachodniej części wyspy. Na miejscu w charakterze głównej atrakcji funkcjonuje tawerna rybacka, gdzie można bardzo dobrze zjeść.

 

Historia. W połowie XIII wieku okolice Karsiboru weszły w skład majątku cysterskiego klasztoru w Dargun. Nieruchomość zorganizowano w folwark. Pobudowano też karczmę żerującą na podróżnych przeprawiających się brodem przez Starą Świnę i oczywiście kościół. W lipcu 1630 roku w Karsiborze popasał kilka dni król szwedzki Gustaw II Adolf przy okazji inkorporując okolicę w skład szwedzkich włości na Pomorzu Zachodnim. Czasy szwedzkie wspominane są jako okres prosperity Karsiboru: król jegomość zostawił cenne souveniry, admirał Lars Mathson Strushjelma, kolejne cenne przedmioty liturgiczne, z pewnikiem zrabowane gdzie indziej, bo po co admirałowi kielich mszalny i szaty liturgiczne (zmarł w Karsiborze gdzie został pochowany w obdarowanym kościele). Szwedzi zreformowali też gospodarkę wprowadzając jednoznaczny i nie rujnujący obywateli system podatkowy.

W wyniku budowy Kanału Piastowskiego (1880 rok) odcięto południowo-wschodni kawałek wyspy Uznam tworząc nową wyspę Karsibór. Istniejący wąski jednokierunkowy most zbudowano już po wojnie.

Basen U-bootów. położony jest na wyspie Karsibór. Powstał w 1944 roku, jako stała baza promów artyleryjskich AFP i miejsce postoju U-Bootów 4 szkolnej flotylli Kriegsmarine ze Szczecina. Obok basenu stoi jeszcze ruina hali warsztatowej, w której obsługiwano zawijające tu okręty.

Basen U-bootów. Foto: Kazimierz Olszanowski

16 kwietnia 1945 roku, siły alianckie bombardowały pancernego kolosa Kriegsmarine, ciężki krążownik „Lützow”. Jeden z samolotów biorących udział w akcji skierowanej na Świnoujście, rozbił się na wyspie Karsibór, nieopodal celu. Lancaster NG 228 z 617. dywizjonu RAF był pilotowany przez majora Powella. Trafiony przez artylerię przeciwlotniczą runął w okolicy baraków koszarowych Szkolnej Dywizji Ścigaczy. Śmierć poniosła cała 7-osobowa załoga. Lotników pochowano następnego dnia. Po wojnie ich ciała ekshumowano, a szczątki przewieziono i pochowano z honorami na cmentarzu garnizonowym na Cytadeli Poznańskiej. Miłośnicy miejscowej historii postawili na Karsiborze symboliczny pomnik lotnikom, na bazie ocalałego statecznika od Lancastera.

Kościół w Karsiborze. Pierwszy kościół z pewnością był drewniany. Na przełomie XV i XVI wieku na jego miejscu postawiono nowy budynek w formie bezwieżowej, późnogotyckiej sali przekrytej płaskim, drewnianym stropem. Zgodnie z ówczesną modą przypory zewnętrzne wciągnięto do środka. Już po zmianie obowiązującego wyznania kościół rozbudowano. Kolejni donatorzy wyposażyli kościół w bogate przedmioty liturgiczne i elementy wystroju.

Oprócz kościoła warto zobaczyć chatę ryglową z początku XIX wieku (ul. Wierzbowa 7) i cmentarz ewangelicki z XIX wieku (ul. Kwiatowa)

Przyroda. W północnej części wyspy rozciąga się rezerwat ornitologiczny Karsiborska Kępa. Chroni on rzadkie gatunki ptaków w tym unikalną wodniczkę (Acrocephallus paludicola). Rezerwat jest własnością stowarzyszenia OTOP, dla turystów wybudowano wieżę obserwacyjną.
W pobliżu leży archipelag niskich, zalewanych cofkami wysepek (Bielawki) stanowiących kolejny ” ptasi raj” i miejsce występowania wielu rzadko spotykanych roślin: nawet storczyków.

Storczyk. Foto: Dorota Musielak

 

KANAŁ PIASTOWSKI

Farwater Szczecin – Świnoujście opisywałem jako największą ludzką papraninkę na zalewie mając na myśli ogrom prac niezbędnych do jego wybudowania i utrzymania. Budowa farwateru a zwłaszcza Kanału Piastowskiego oprócz negatywnych skutków, głównie przyrodniczych i geograficznych dała szansę Szczecinowi na rozwój portu. Wśród owych negatywnych skutków wymienia się częstsze powodzie spowodowane cofkami bałtyckimi i np. obniżenie jakości życia jakiegoś ptaszka czy robaczka. Zapomina się, że kanał uratował zalew przed kompletnym wytruciem wszystkiego co żyje w wodach zalewowych właśnie dzięki płukaniu akwenu czystszą wodą morską.

Kanał stanowi dogodną, bez żadnego mostu, drogę w morze i czasami bywa bezpiecznym miejscem schronienia w ciężkich warunkach na wodzie. W lipcu 2013 roku schroniło się tu kilka jachtów i motorówek wędkarskich uchodzących przed gwałtownym szkwałem. Wiało tak, że jachty z zrzuconymi żaglami, częściowo zasłonięte wysoką keją pochyliły się około 30 stopni pod naporem wiatru. Po kilkunastu minutach przestało wiać i każdy popłynął w swoją stronę.

Od południa kanał przedłużony jest nowymi, łukowato ukształtowanymi falochronami o długości około 500 metrów. W widoku z góry cały układ przypomina kleszcze kraba. U nasady  falochronu zbudowano   keje przystosowane do cumowania holowników i podobnych jednostek. Czasem służą jachtom przeczekującym trudne warunki pogodowe na otwartym zalewie. Postój nie jest bezpieczny. Statki przepływające farwaterem wznoszą wysoką falę uderzającą o brzegi kanału, może ona uderzyć jachtem o betonowe nabrzeże.

Południowe wejście do kanału. Foto: Piotr Biniek

Kilkaset metrów dalej na brzegu Uznamu funkcjonuje przystań statków zajmujących się pogłębianiem farwaterów i redy. Cumujące tu statki grubą rurą tłoczą wodę z piaskiem na pole refulacyjne. Woda spływa do zalewu zaś piasek odkłada się tworząc rodzaj rozległej plaży wabiącej ptaki morskie. Skoro coś wabi ptaki, wabi też ornitologów. Tu jest ławica piasku schodząca łagodnie do wody, idealne miejsce do żerowania i gniazdowania ptaków siewkowatych. Do niedawna miały do swojej dyspozycji morskie plaże ale wycofały się z nich pod presją plażowiczów naszego gatunku. Oprócz ptakolubów można tu spotkać zbieraczy bursztynu i innych ciekawych przedmiotów wydobytych z wody.

Pole refulacyjne. Foto: Kazimierz Olszanowski

Las, między kanałem i polem refulacyjnym kryje pozostałości baterii p.lot pamiętającej II wojnę światową. Zachowały się stanowiska dział i żelbetowy bunkier dowodzenia. Niedaleko znajduje się jeszcze kilka baterii, broniących miasto od południa.

Dalej prosto jak strzelił ciągną się dwa równoległe brzegi wyznaczające drogę wodną. Na długości około 8 kilometrów, aż do miejsca gdzie kanał łączy się z uregulowanym korytem Świny brzegi porośnięte są mieszanymi lasami z przewagą drzew liściastych.

Brzeg kanału. Foto: Kazimierz Olszanowski

Prostolinijność krajobrazu ożywiają niewielkie baseniki i budynki służące potrzebom Urzędu Morskiego. Sztuczna droga morska kończy się na krótko przed przeprawą promową w Karsiborze. Na wschód otwiera się wejście na Starą Świnę, jednak niski, stały most sprawia, że sformułowanie to jest czystym eufemizmem. Zaraz za cyplem znajduje się basen u-bootów niestety obwieszony zakazami cumowania.

Osiągamy strefę wymagającą od nas szczególnej uwagi, tu farwater przecinają trasy promów. Promy kursują między wyspami Uznam i Wolin, startują jednocześnie wymijając się na środku farwateru. Zanim wpłyniemy na ich trasę warto upewnić się czy właśnie nie odbijają.

Węzeł karsiborski – ujście Starej Świny. Foto: Piotr Biniek

Dalsza trasa przez Świnoujście aż do morza biegnie nieco wyprostowanym korytem Świny. Owo wyprostowanie to kolejny, sztuczny Kanał Mieliński. Po lewej stronie widać wejście do długiej, wąskiej zatoki będącej pozostałością starorzecza Świny. Jest to słynny kanał Mulnik związany z aferą minową, która zabawiała społeczeństwo w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Afera minowa w Mulniku

W głębi kanału Mulnik leżą nabrzeża przeładunkowe, które już w 1946 roku postanowili uruchomić stacjonujący tutaj Rosjanie. Próba zakończyła się eksplozją miny morskiej leżącej na dnie kanału i śmiercią kilkunastu marynarzy. Od tej pory kanał zarzucony wrakami i minami trwał w spokoju, aż do wyjazdu Armii Radzieckiej z Polski. Na początku lat dziewięćdziesiątych władze miasta w trybie przetargowym zleciły oczyszczenie akwenu Polskiemu Ratownictwu Morskiemu. Kwota za usługę była niebagatelna i ciągle rosła w miarę jak odkrywano nieznane wcześniej wraki i miny, szczególnie gdy do żłobu podłączyła się jednostka saperska Marynarki Wojennej. Według słów ówczesnego prezydenta Świnoujścia miny po wyciągnięciu były ponownie podkładane na dnie Mulnika. Podobno dla udowodnienia swojej tezy tenże prezydent rozbroił 700-kilogramową minę młotkiem i kombinerkami.

Płynąc kanałem zauważymy z pewnością skupiska martwych drzew. To przejaw dobrej przemiany materii u kormoranów czarnych, które niegdyś chronione i znane głównie z piosenki Szczepanika, w ostatnich latach rozpleniły się do formy lokalnej plagi niszczącej odchodami drzewa. Na zachodnim brzegu pojawiają się stare nabrzeża obstawione prawie stuletnimi budynkami.

Brzeg kanału. Foto: Kazimierz Olszanowski

 Ostatni odcinek do wyjścia w morze płyniemy po wodach portowych Świnoujścia. Za nabrzeżem reprezentacyjnym otwiera się wejście do mariny żeglarskiej. Jest tu ponad 400 miejsc postojowych dla jachtów, toteż zawsze możemy liczyć na kawałek wolnej kei.

 

ŚWINOUJŚCIE

Jest jedynym miastem w Polsce leżącym w całości na kilku wyspach. Przed tysiącem lat tereny ujścia Świny wchodziły w skład plemiennego państwa Wolinian, które Mieszko I włączył na króciutko do swego państwa. W wiekach późniejszych władali tu książęta pomorscy, którzy po obu stronach rzeki wznosili grody warowne, kilkakrotnie niszczone przez duńskie najazdy w XII w. Od końca XII wieku, po krótkim epizodzie podległości lennej Danii, ujście Świny trwało w składzie władztwa Gryfitów, aż do początku Wojny Trzydziestoletniej.

Kończący wojnę (1618-48) pokój w Osnabruck pozostawił miasto wraz z całym Pomorzem Zachodnim Szwecji do 1720, kiedy to Prusy odkupiły wyspy Wolin i Uznam za sumę 10 mln talarów w złocie.

Rząd pruski postanowił umożliwić żeglugę Świną do Szczecina i rozpoczął pogłębianie jej głównego koryta, budowę nowego portu i miasta (prawa miejskie w 1765). Port rozbudowywano przez kolejne lata. Ujście Świny ujęto w latach 1818-23 w dwa kamienne falochrony, a w latach 1875-1890 w celu usprawnienia żeglugi pomiędzy Szczecinem i Bałtykiem w południowo-wschodniej części wyspy Uznam przekopano Kanał Piastowski.

Falochrony. Falochron Zachodni ze Stawą Młyny – o długości ok. 350 m, wybudowany w latach 1818-1923, na końcu plaży na wyspie Uznam przy ujściu Świny do Bałtyku. Stawa Młyny na falochronie zachodnim jest symbolem Świnoujścia choć przez żeglarzy i miłośników piwa bardziej kojarzona z głośnym festiwalem szantowym.

Falochron zachodni. Foto: Magda i Filip Podgórscy

Falochron wschodni – budowany w latach 1818-1923, na prawobrzeżnej części miasta na wyspie Wolin przy ujściu Świny o długości przeszło 1400 metrów w głąb morza. Jest to ponoć najdłuższy falochron kamienny w Europie. Widziałem już kilka rzekomo najdłuższych falochronów kamiennych naszego kontynentu lecz nie zamierzam tego sprawdzać.

Latarnia morska. Budowę obecnej latarni rozpoczęto w 1854 roku i trwała niecałe trzy lata. Uruchomiono ją 1 grudnia 1857 roku. W owych czasach była godnym podziwu osiągnięciem budowlanym. Do 1902 roku wieża latarni od dolnej galerii aż do galerii górnej, miała kształt ośmioboku zwężającego się ku górze i zbudowana była z żółtej licowanej cegły. Grubość ścian wynosiła 1,7 metra nad galerią dolną do 1,3 metra przy galerii górnej.

Cały obiekt latarni składa się z trzech części, wieży latarni, zbudowanej z ceramicznej cegły, do której od strony północnej i południowej przylegają dwukondygnacyjne budynki z czerwonej cegły. W budynkach tych mieszczą się urządzenia radiolatarni oraz pomieszczenia dla obsługi.

Latarnia morska w Świnoujściu

  • Wysokość wieży: 64,80 m
  • Wysokość światła: 68,00 m n.p.m.
  • Zasięg światła: 25 Mm (46,30 km)

 

Twierdza

Równolegle z budową portu i miasta fortyfikowano ujście Odry. Na obydwu brzegach odcinka ujściowego Świny około 1812 roku zbudowano po dwa forty będące trzonem twierdzy morskiej. W przededniu wojny z Danią (1848) nastąpiła dalsza rozbudowa. W 1863 roku uzyskała status fortecy III klasy co plasowało ją stosunkowo wysoko w rankingu twierdz nadbrzeżnych w Europie.

Już na przełomie XIX i XX wieku świnoujska twierdza dysponowała trzema rozbudowanymi fortami, uzbrojonymi w ciężką artylerię nadbrzeżną i coraz liczniejszymi fortyfikacjami betonowymi. W mieście pojawiły się koszary i stały garnizon wojskowy.

Doszło tu nawet do spotkania cesarzy Niemiec, Austrii i cara Rosji. Była w Świnoujściu także słynna kobieta, szpieg Mata Hari, zbierająca prawdopodobnie informacje o okolicznych umocnieniach. Podczas I wojny światowej Świnoujście było dużą bazą cesarskiej marynarki, jednak nie stoczono tutaj żadnych walk. Na mocy traktatu Wersalskiego część umocnień twierdzy została rozbrojona. W okresie międzywojennym i podczas II wojny światowej port był największą bazą Kriegsmarine na Bałtyku. Kiedy w 1945 roku Świnoujście okrążyły wojska sowieckie, załoga ewakuowana została okrętami na zachód. Zniszczono wtedy także, niektóre fortyfikacje.

Po wojnie prace fortyfikacyjne na terenie twierdzy prowadzili Rosjanie i Polacy. Do celów wojskowych wykorzystano większość dawnych umocnień niemieckich. Ostatnie obiekty obronne wzniesiono w latach 70-tych. Po zakończeniu ”zimnej wojny” tutejsze fortyfikacje utraciły całkowicie swoje znaczenie militarne, stając się kapitalnym świadectwem historii i dużą atrakcją turystyczną.

Twierdza składa się obecnie z trzech głównych dzieł obronnych: Fortu Wschodniego, Fortu Zachodniego i Fortu Anioła.

Fort Wschodni – to najciekawszy i najstarszy obiekt fortyfikacyjny na wyspie Wolin powstał w latach 1856-1863 na bazie wcześniej istniejących tutaj szańców obronnych. Jako element twierdzy, fort funkcjonował pod nazwą ”Werk II i następnie” Ostbatterie” Obecny dzierżawca nadał mu potoczną nazwę ”Fort Gerharda” na cześć osiemnastowiecznego. pruskiego oficera i wybitnego budowniczego fortyfikacji Gerharda Corneliusa von Wallrave.

Pierwotnie fort był dwukondygnacyjną, owalną redutą, pełniącą rolę bloku koszarowo-bojowego i otoczoną później fosą wodną. W latach 1870-1881 na północnym wale obronnym fortu zbudowano ciąg dziesięciu murowanych stanowisk artyleryjskich, w których zamontowano ostatecznie baterię 4 ciężkich dział nadbrzeżnych Kruppa kalibru 210 mm. Bateria ta wspólnie z identycznymi armatami w Forcie Zachodnim strzegła redy portu w Świnoujściu aż do I wojny światowej.

Dobudowano ponadto system podziemnych magazynów amunicyjnych i ukryć oraz dwie kaponiery, wybiegające w fosę wodną. Plany rozbudowy fortu przewidywały znaczne powiększenie jego obszaru, jednak z powodu szybko postępującego rozwoju techniki wojennej nigdy ich nie zrealizowano. Na przełomie XIX i XX wiek w forcie pojawiły się pierwsze detale architektoniczne, wykonane z betonu.

W okresie międzywojennym i podczas II wojny światowej fort wykorzystywany był jako obiekt pomocniczy i zaplecze magazynowe twierdzy. Po wojnie stacjonowali tutaj Rosjanie. Obecnie fort został zagospodarowany i udostępniony do zwiedzania.

Fort Zachodni – budowę fortu rozpoczęto w 1856 roku. Rok później oddano do użytku jednokondygnacyjną redutę na planie kwadratu, wyposażoną w 9 strzelnic artyleryjskich i 6 otworów strzelniczych dla broni ręcznej. Budowla stała początkowo na płaskim terenie. Do 1861 roku otoczono ją fosą wodną, przez którą zbudowano groblę i pomost, dobudowano ściany ochronne z tradytorami na wschodniej i południowej flance oraz usypano wał ziemny od północy. Na wał ten przeniesiono część stanowisk dla dział polowych, przez co budowla zaczęła przekształcać się w ufortyfikowaną baterię nadbrzeżną. Fort zmieniał swoją nazwę: z Werk IV na „Batterie A” i ostatecznie na „Westbatterie” /Bateria Zachodnia/. Taką też rolę zaczął pełnić w systemie fortyfikacyjnym twierdzy. Jego zadaniem było podjęcie walki z nieprzyjacielską flotą na redzie portu. Do 1870 roku uzbrojenie baterii stanowiły działa polowe, ustawiane w szańcach na koronie wału. Po modernizacji i przebudowie fortu w latach 1878-1881 zainstalowano tutaj 4 ciężkie działa nadbrzeżne kalibru 210 mm. Stanowiska artyleryjskie znajdowały się na murowanej galerii, stanowiącej jednocześnie strop podziemnych kazamat. W kazamatach znajdowały się zapasy amunicji i niezbędnego wyposażenia baterii. Cały fort przybrał kształt pentagonalny i otoczony został prócz fosy wysokimi wałami ziemnymi. Ta sama fosa okalała także Fort Anioła, czyniąc z obu fortów zachodni kompleks fortyfikacyjny twierdzy. W czasie I wojny światowej Fort Zachodni funkcjonował jako element ochronny portu. Po podpisaniu Traktatu Wersalskiego pozbawiony został ciężkich dział nadbrzeżnych. Ponownie uzbrojono go w 1937 roku, instalując tu szkolną baterię nadbrzeżną, wyposażoną w 4 działa kalibru 150 mm. We wrześniu 1939 roku część marynarzy z obsługi fortu wzięła udział w ataku na Westerplatte. Baterię nazwano później „Henningsen” dla uczczenia pamięci porucznika Henningsena, który służył wcześniej w forcie i zginął pod Westerplatte.

W 1941 r. na lewym skrzydle fortu zbudowano kilkupiętrowy bunkier dowodzenia, na którego szczycie zainstalowany był ogromny dalmierz optyczny do kierowania ogniem dział.

W maju 1945 roku część załogi fortu skierowano na front, resztę natomiast ewakuowano okrętem na zachód. Po wojnie fort zajęli Rosjanie, instalując tutaj własną baterię dział nadbrzeżnych 130mm. W 1962 roku obiekt przekazany został miastu. Przez ponad 20 lat w forcie funkcjonowały magazyny warzyw i owoców. Od roku 2000 obiekt został wydzierżawiony i udostępniony do zwiedzania.

Fort Anioła – wybudowano w latach 1854-1858. Swoją potoczną nazwę /niem. Engelsburg/ zawdzięcza podobieństwu do zamku Anioła w Rzymie, starożytnego mauzoleum cesarza Hadriana i późniejszej siedziby papieskiej. Według pruskiej nomenklatury funkcjonował pod nazwą Werk III, następnie Werk II.

Fort pełnił rolę punktu dowodzenia i obserwacji dla zachodniej części twierdzy, broniąc jednocześnie podejść do Baterii Zachodniej od strony lądu. Rotundowa, trójkondygnacyjna budowla umożliwiała załodze prowadzenie ognia z dział i broni ręcznej w każdym praktycznie kierunku poprzez otwory strzelnicze w ścianach oraz z tarasu i baszty obserwacyjnej. Wewnątrz budowli znajdowała się winda do transportu armat na poszczególne kondygnacje.

Fort „Anioła” na wyspie Uznam. Foto: Kazimierz Olszanowski

Do 1863 roku fort otoczono podwójną fosą wodną oraz wałami ziemnymi. Jedyny wjazd do obiektu prowadził przez zwodzony most i bramę obronną, wyposażoną w strzelnice działowe i karabinowe. Fort Anioła rozbudowano w latach 1870-1880, wkomponowując w jego wewnętrzne obwałowanie system podziemnych schronów na broń i amunicję oraz tzw. remizy artyleryjskie czyli murowane garaże dla dział polowych.

Podczas I wojny światowej do fortu doprowadzona była sieć elektryczna i łączności oraz kolejka wąskotorowa. Obiekt utracił już jednak walory obronne, pełniąc bardziej rolę pomocniczą dla załogi twierdzy. Podczas II wojny światowej w forcie zainstalowała się służba obserwacyjno-meldunkowa lokalnej obrony przeciwlotniczej. Na baszcie fortu zbudowano betonowy bunkier, mieszczący wewnątrz obsługę i aparaturę stacji radiowej, śledzącej cele powietrzne. Całą budowlę wyposażono w hermetyczne drzwi pancerne i okiennice. W maju 1945 roku załoga ewakuowana została okrętem na zachód.

Fort I z lat 1848-60, położony był na wyspie Wolin, w miejscu gdzie obecnie znajduje się obrotnica wagonów Świnoportu II, rozebrany został w latach siedemdziesiątych XX wieku w związku z rozbudową świnoujskiego portu.

Wieża dalmierza. Między Świnoujściem a Międzyzdrojami na szczycie wydmy wznosi się wysoka wieża w kształcie wydłużonego dzwonu. Niegdyś była podstawą dalmierza optycznego niedalekiej baterii Goeben (4 działa kalibru 280 mm). Obecnie pełni funkcje wieży przeciwpożarowej.

Wieża dalmierza. Foto: Piotr Biniek

W początkach XX wieku jeszcze pilnie modernizowano istniejące twierdze lub budowano nowe. Jednak gwałtowny rozwój sztuki masowego zabijania bliźnich powodował, że znaczna część fortyfikacji już w czasie budowy stawała się przestarzała. Wszystkie wielkie twierdze upadły w czasie działań wojennych lub zostały izolowane w sposób wykluczający pełnienie funkcji, do których były przeznaczone. Świnoujście podzieliło los większości stałych fortyfikacji, ciężkie działa obrony wybrzeża nawet nie miały okazji do postrzelania sobie nieco.

S/s „Andros”

Rankiem,12 marca do kei przy kapitanacie portu przycumował średniej wielkości statek, przywożąc około 2000 uciekinierów z Prus Wschodnich. Południe przyniosło dywanowy nalot ponad 600 latających fortec. Bomby zatopiły statek na głębokości około dziewięciu metrów. Z wody wystawał tylko maszt i góra nadbudówki. Znaczna część pasażerów-uciekinierów podzieliła losy statku. Szacowane liczby podają 570-1000 osób. Zwłoki wypłukane przez wodę zebrano i pochowano w zbiorowej mogile na górze Golm, razem z innymi ofiarami nalotu. Do roku 1948 wrak-grobowiec leżał na dnie, wraz ze swoją makabryczną zawartością. Wiosną przystąpiono do wstępnego oczyszczenia wraku z ludzkich szczątków. Dopiero po ich usunięciu nurkowie mogli uszczelnić prowizorycznie kadłub, podnieść go kilka metrów i odholować na Starą Świnę. Wspomnienia uczestników tej akcji mówią, że pompy zatykały się często zasysając kawałki tkanin i ludzkich zwłok. Po kilku latach wrak przeholowano na jezioro Dąbie i pocięto na złom.

 

MIĘDZYZDROJE

Pierwsze zapisy kronikarskie spotykamy w XV-wiecznym akcie darowizny księcia Bogusława I, na rzecz prepozytury katedralnej w Kamieniu Pomorskim, gdzie jest mowa o miejscowości Misdroige i Misdroie. Wcześniejsze źródła podają informacje o dwóch osadach Campenz (Kępieńce) i Sieleso (Żelazo).

W 1832 roku po przeprowadzeniu parcelacji, biedna wioska szybko przekształciła się w coraz modniejszą miejscowość letniskową.

W 1835 roku urządzono pierwsze obiekty kąpieliskowe na plaży. Osobno dla pań i panów. W latach późniejszych następowała systematyczna rozbudowa pomieszczeń przystosowanych do przyjęcia letników. W 1842 roku gmina wybudowała kasyno. Około 1860 roku kupiec belgijski Lejeune zbudował najbardziej okazały wówczas budynek wczasowy (obecnie Dom Kultury) a w jego otoczeniu urządził park zdrojowy z egzotycznymi drzewami. Oba te obiekty odkupiła później gmina, przeznaczając je na cele społeczne.

Uruchomienie zakładu przyrodoleczniczego nadało Międzyzdrojom rangę uzdrowiska morskiego. Począwszy od 1897 roku szereg pensjonatów było czynnych przez cały rok. W 1902 roku do Międzyzdrojów dotarła kolej, która ułatwiła dojazd letników nad morze ze Szczecina i Berlina. W 1913 roku oddano do użytkowania sieć wodociągową oraz kanalizację miejską. Miejscowość posiadała też własną elektrownię. Dnia 1 lipca 1895 roku oddano do użytku letników 300 metrowe molo spacerowe. Kurort posiadał więc nie tylko piękną zabudowę wczasową, ale i nowoczesne urządzenia techniczne co znacznie polepszało warunki wypoczynku. Począwszy od 1895 roku ukazywała się lokalna gazeta, która zamieszczała oferty wczasowych kwater, jak też publikowała imienną listę gości letnich.

 

GRODNO

Miejscowość położona jest w kotlinie, bardzo blisko krawędzi klifu nad jeziorem Gardno. Od stron morza zasłonięta przez wysokie, stare drzewa. Na zachód od osady leży ścisły rezerwat przyrody im. prof. Zygmunta Czubińskiego.

W kilka lat po wojnie urządzono tu ośrodki wczasowe „Grodno I” i „Grodno II” należące do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Rozległy teren ogrodzono drutami kolczastymi jak przeciętny konzetrationlager, na drutach powieszono tabliczki „tereny wojskowe” i w bramie postawiono uzbrojonego wartownika. Pewnie dla większego kamuflażu osada pomimo położenia w gminie Międzyzdroje figurowała jako Jaromin dzielnica miasta Świnoujście.

Co się działo za drutami? Wieść gminna różne opowieści niesie … Obywatele II kategorii (w tym moja osoba) też mieli chwile satysfakcji, zwłaszcza jak rozeszła się nowina o zatruciu pokarmowym w ośrodku. Podobno ministrowie, ich rodziny, krewni i pociotki walczyli jak lwy o dostęp do muszli klozetowych. Widać, że w obliczu śmierci i salmonellozy wszyscy jesteśmy równi.

Od 2009 roku znajduje się tu Kompleks Edukacyjny „Grodno” należący do Wolińskiego Parku Narodowego.

 

WISEŁKA

Latarnia morska „Kikut”. W drugiej połowie XIX wieku w pobliżu Wisełki na wzgórzu zwanym Strażnica, około 75 metrów nad poziomem morza zbudowano wieżę widokową. Dobrze widoczna z morza była wykorzystywana jako znak nawigacyjny w nawigacji terestrycznej. Po drugiej wojnie wieżę przebudowano, przystosowując do roli latarni morskiej. Jest całkowicie zautomatyzowaną i jedyną w Polsce latarnią bezobsługową. Z centrum Wisełki do latarni wiedzie znakowany szlak turystyczny. Ukształtowanie terenu i duże różnice wysokości względnych potrafią nieźle „dać w kość” spieszonym żeglarzom. Warto jednak tam wleźć, bo widoki i przyroda rekompensują wysiłek.

Latarnie morskie i znaki nawigacyjne budowano z myślą o zwiększeniu bezpieczeństwa żeglugi. Częste katastrofy i sztrandowanie statków tworzyły problem prawny tak stary jak żegluga. Początkowo łupy z rozbitego statku wyrzucone na ląd, ludność zamieszkującą wybrzeża zbierała, często niewoląc lub mordując na brzegu ocalałych z katastrofy żeglarzy, by móc zrabować ładunek. W niektórych okolicach nawet ustawiając fałszywe znaki nawigacyjne nawet ułatwiano żeglarzom utratę statku i ładunku.

Ten zacny proceder nie podobał się oczywiście nie tylko żeglarzom i kupcom, ale również miejscowym feudałom, którzy chcieli mieć udział w zyskach. Problem rozwiązano dopiero w XIII wieku wprowadzając tzw „prawo brzegowe”. W myśl tego prawa wszystko co dało morze stało się regale panującego. Mógł on scedować spodziewane korzyści na rzecz innej osoby cywilnej lub prawnej. Poniżej tekst takiego przywileju cytowanego za Wikipedią.

PRZYWILEJ KS. GDAŃSKIEGO MŚCIWOJA DLA CYSTERSÓW BUKOWSKICH Z 1269 R.

W Imię Świętej i niepodzielnej Trójcy, amen. Mściwój, z Bożej łaski książę Pomorzan, do wszystkich, którzy niniejszy dokument oglądać będą na zawsze. Wypada, aby ogromne darowizny książąt dla zakonów i świątobliwych mężów były uwiecznione poprzez dokumenty i świadków po to, aby złośliwość podłych ludzi nie mąciła spokoju zakonników i podstępnie nie podważała prawdziwości darowizny.

Dlatego pragniemy, aby doszło do wiadomości wszystkich zarówno obecnych jak przyszłych, że my pod wpływem boskiego natchnienia na cześć Boga i błogosławionej Marii Dziewicy a także na prośbę umiłowanego pana naszego Fryderyka, opata z Bukowa, temu samemu klasztorowi, który najdroższy ojciec nasz, pan Świętopełk, świętej pamięci książę Pomorzan, dla zbawienia duszy swojej i naszej i pozostałych dzieci a zarazem dla pozyskania i szczęśliwego wyjednania zbawienia dusz swoich potomków założył, nadajemy wspaniałomyślnie dobra, posiadłości i wsie niżej spisane, mianowicie wsie Bobolin, Porzecze, PomieIowo, Boryszewo, Przystawy, Gorzyca, Dąbrowa i Karniszewice, jednocześnie i puste wsie, mianowicie Wicko, Pięćmiechowo, Glęźnowo, Bielkowo i inne puste wsie, które znajdują się pomiędzy granicami dóbr wymienionego klasztoru w Bukowie i wszystkie przynależności wspomnianych wsi i pustych wsi, to znaczy lasy Grabowo i Lystina i inne lasy, gaje, bagna, pastwiska, łąki, pola uprawne i nieuprawne, wody, potoki, stawy, jazy i młyny i wszystkie korzyści czerpane z ziemi i z wody, a także uzyskane ponad ziemią i wodą, które będą mogli bracia wspomnianego klasztoru i ich ludzie osiągnąć.

Dajemy też temu samemu klasztorowi jezioro Bukowo całkowicie razem z dobrami leżącymi pomiędzy samym jeziorem a słonym morzem, tak że od owej przystani, która zwie się Brunne i jest na końcu wymienionego jeziora, ich granice sięgną aż do słonego morza i stąd aż do Nowej Rzeki a następnie do miejsca, które zwie się Lychow rozciągną się w linii prostej.

Wyraźnie tego chcemy, aby wszystko, co znajdzie się wewnątrz wspomnianych granic, było z pożytkiem dla wymienionego klasztoru.

Ponadto samą Nową Rzekę ze wszystkimi jej jazami całkowicie wspomnianemu klasztorowi przekazujemy z tą wolnością mianowicie, aby zarówno bracia samego klasztoru jak też ich ludzie z połowu śledzi i innych ryb nad wspomnianą Nową Rzeką według ustalonego zwyczaju nikomu, jak tylko samemu opatowi z jakiejś części, która ma być zwrócona lub dana czyli na zasadzie prawa, nie będą zmuszeni płacić, także innym ludziom, którzy na podstawie pozwolenia opata wokół wymienionej Nowej Rzeki będą z podobnego powodu przebywać, przyznajemy to samo, co ludziom klasztoru.

„Zatwierdzamy ponadto wymienionemu klasztorowi i zezwalamy, aby wszyscy, którzy w granicach jego dóbr dla wspomnianego połowu śledzi czy też innych ryb nad brzegiem morza pozostaną, korzystali ze wspomnianej wolności i nikomu z jakiejś części należnej nie płacili, jak tylko opatowi, czyli zgodnie z prawem.

Oprócz tego opatowi i jego braciom zezwalamy, aby na rzece Grabowej i na innych swych rzekach mieli możliwość budowania młynów i jazów w celu łowienia ryb. Tę wolność dajemy samemu Kościołowi, aby jego ludzie, których w swoich dobrach osiedlą, byli wolni od wszelkiego ciężaru, budowania miast, stawiania mostów i ich naprawiania, od wszelkiego cła, od wszelkich wypraw wojennych, tak żeby wobec nikogo nie byli zobowiązani, jedynie wobec samego Boga i wymienionego klasztoru.

Ponadto wolność sądzenia, wszystkie mianowicie wyroki dotyczące głowy i członków dajemy opatowi i konwentowi wymienionego klasztoru. Także prawo brzegowe, które zwykle przywłaszczają sobie książęta ziemscy; jeśli na terenach wspomnianych braci wydarzy się katastrofa morska, do ich oceny i sądu, ilekroć się wydarzy, pozostanie.

Dajemy opatowi klasztoru już założonego prawo patronatu nad kościołem w Niemicy z czterema łanami, dziesięciną wspomnianej wsi Niemica, dziesięciną wsi Bartolin z wszelkim prawem, które im przysługuje.

Świadkami tej naszej darowizny są: najdroższy brat nasz pan Warcisław, książę Pomorzan, Christianus, kapelan w grodzie słupskim i Herman, kapelan w mieście przed wspomnianym grodem, Święca, podkomorzy, Maurycy Dirsekenitz, Piotr podczaszy, Pacozlaus Kenizon i jego brat Miritzlaus i wielu innych (świadków) wiary godnych.

Działo się to w roku Pańskim 1269. Aby zaś ta nasza darowizna przetrwała po wieczne czasy niezmieniona, na tym sporządzonym dokumencie przywiesiliśmy naszą pieczęć dla nadania mocy. Dano w Słupsku na ręce naszego notariusza pana Meinekonis w dniu znalezienia świętego i zbawiennego Krzyża Chrystusa (3 maja)”.

I tak w majestacie prawa i Trójcy Świętej pozwolono mnichom rabować rozbitków po wsze czasy. Swoją drogą, ciekawe czy przywilej ten jeszcze obowiązuje? Czy objawią się następcy prawni zakonu cystersów? Że istnieją, to prawie pewne, wszak jeszcze niewiele lat temu starannie obrabowano jacht „Piana”, który niedaleko Gdańska wysztrandował na plażę.

Dalej, aż do Dziwnowa ciągną się niewysokie klify, wydmy i plaże.