JEZIORO DĄBIE, CZYLI SEN O MORZU


Foto: Timm Stütz

Dąbie to jedno z największych jezior w Polsce. Powierzchnia lustra wody licząca nieco ponad 56 km2 plasuje je na czwartym miejscu. Jezioro w całości znajduje się w granicach miasta Szczecina i jest prywatnym, szczecińskim morzem, jedynie północny i część wschodniego brzegu okupuje gmina Goleniów.

Tu spełniła swój sen o morzu grupka zapaleńców przywleczonych z całej Polski przez powojenną wędrówkę ludów. Buszowali po zdewastowanych przystaniach i innych zakątkach nad wodą wyciągając zatopione lub leżące na lądzie wraki jachtów. Potem, znojne miesiące, czasem lata, przy remontach i kombinowaniu wyposażenia, by w końcu usłyszeć sakramentalne: „żagle staw” … i popłynęli. Raz to i nawet do Szwecji.

… posługując się ATLASEM POLSKI Romera z 1937 roku Kapitan jachtu wyznaczył kurs. Po kilku godzinach osiągnięto Inoujście. Kolejnych kilka godzin i brzegi rozeszły się, a przed dziobem ukazał się rozległy akwen. Na horyzoncie w namiarze: czyste N majaczyły dwie wyspy. Panowie wychodzimy na Zalew Szczeciński przed nami Uznam i Wolin, kurs -cieśnina między wyspami. Płynęli długo bo sflauciło, ale jednak, gdy minęli wyspy, jeszcze przed nocą skusiła ich niezmierzona dal. Padły komendy na ster: kurs 015, … jest 015, … tak trzymać.

Rankiem ukazał się górzysty brzeg. Ostrożnie lawirując między głazami, stanęli na kotwicy. Na ląd udała się ekspedycja badawcza, uzbrojona, bo Alojzy miał szpadę. Po kilku godzinach poszukiwań spotkano tubylca zbierającego chrust w lesie. Niestety trudności językowe (choć lokalny szwedzki był bardzo podobny do niemieckiego, wszak należą do rodziny języków germańskich) nie pozwoliły dogadać się ze Szwedem, który pozostawił swój chrust i oddalił się pospiesznie. Ekspedycja zaś udała się na jacht by niezwłocznie powrócić do kraju, syta chwały … Po kilku dniach brylowania w glorii okazało się, że Zalew to tyko Roztoka Odrzańska, Bałtyk to Zalew Szczeciński, Góry Skandynawskie to Klif Lubiński a Szwed prawdopodobnie był Niemcem oczekującym na deportację.

Załoga przeżyła wielki szok. Lokalne władze też, bo wkrótce w Inoujściu pojawił się posterunek Wojsk Ochrony Pogranicza i poczciwe Jezioro Dąbie na kilkanaście lat stało się akwenem zamkniętym, takim wodnym spacernikiem dla niesfornych żeglarzy.

Było, minęło, czas zająć się czasami współczesnymi, choć mam nadzieję, że znajdzie się ktoś, kto opisze korzonki powojennego, szczecińskiego żeglarstwa, jego wzloty i upadki. Oby prędko. A my popatrzmy na szkic proponowanej trasy i oddajmy cumy.

 

Regalica

Wypływając z przystani „Pogoni” kierujemy się w lewo a następnie w prawo w Regalicę, czyli wschodnie ramię Odry. Po około jednym kilometrze, po lewej stronie otwiera się szerokie przejście na wody portu handlowego, (do portu raczej nie pchajmy się, bo ruch, hałas, przepisy itp.), a po prawej stronie widzimy wejście do Kanału Jacka prowadzącego na Małe Dąbie i do przystani w Dąbiu. Tu warto chwilkę się zatrzymać, dobijając do brzegu wyspy Sadlińskie Łęgi. Tam pośród starych drzew leżą ruiny budynku, zaś na betonowych schodach zauważymy tablicę pamiątkową poświęconą „ojcu niemieckich zielonych” Paulowi Robienowi.

Paul Robien (1882-1945)

Urodzony w Bobolicach na Pomorzu, pierwsze kilkanaście lat życia spędził na ustawicznej gonitwie za chlebem, imając się przeróżnych prac, nawet żebrząc w czasie włóczęgi po Europie. Kolejne lata pływał jako palacz lub marynarz na niemieckich statkach.

Przed 1912 rokiem powrócił na Pomorze i osiedlił się w Szczecinie. Pracował w muzeum badając i preparując ptaki. Po I wojnie światowej osiadł na wyspie Zoll Werder (Sadlińskie Łęgi), początkowo bytując na łodzi nieco przystosowanej do zamieszkania, a następnie w specjalnie wybudowanej przez miasto Szczecin stacji ornitologicznej. Traktując stację jako bazę wypadową organizował wyprawy w atrakcyjne przyrodniczo tereny, samotnie lub z grupą wolontariuszy przemierzał Meklemburgię i Pomorze Zachodnie, badając ornitofaunę. Również stacja była często odwiedzana przez ornitologów lub ludzi zainteresowanych ptakami.

Początek XX wieku, to czasy kiedy jeszcze kwitł proceder nazywany myślistwem sportowym. Kilku sportowców wsiadało w bryczkę i jadąc po plaży strzelało do wszystkiego co mogło fruwać. Wygrywał ten, który miał na koncie najwięcej zastrzelonych ptaków, głównie mew.

W swoich publikacjach Robien przeciwstawiał się ostro takiemu i podobnym procederom. Uważał, że każde stworzenie ma prawo do życia a człowiek jest tylko częścią przyrody i nie powinien jej bezmyślnie niszczyć. Musiały minąć dwa pokolenia, by idee Robiena znalazły uznanie u współczesnych. Teraz już wszyscy mówią o zrównoważonym rozwoju, lecz mało kto wie co to naprawdę znaczy.

Paul Robien przeżył wojnę na swojej wyspie. W grudniu 1945 roku jeden z polskich rybaków mieszkających w Dąbiu, znalazł zwłoki Robiena i jego żony, w pobliżu stacji. Prawdopodobnie zostali oboje zamordowani przez radzieckich marynarzy pilnujących lotniskowca „Graf Zeppelin”, który był niedaleko zakotwiczony.

Symboliczny grób Paula Robiena. Foto: Mariusz Deremacki

Jeśli prawdą są informacje, że Robien odważył się napisać w czasie I wojny listy do kaisera z propozycją abdykacji, a tym samym przerwania bezsensownej rzezi wojennej, oraz w czasie kolejnej wojny do Goeringa z żądaniem likwidacji bazy wodnosamolotów na jeziorze Dąbie, bo samoloty płoszą ptaki, możemy domniemać, że był człowiekiem odważnym, bezkompromisowym choć może nieco naiwnym. Pewnie dlatego został uznany ojcem duchowym niemieckich „Zielonych”.

Skoro już wspomniałem o lotniskowcu „Graf Zeppelin” warto podać garść informacji o tym niezwykłym i tajemniczym okręcie, zwłaszcza, że w lipcu 2006 roku statek „St. Barbara” pracujący dla „Petrobalticu” odkrył i zidentyfikował jego wrak.

„Graf Zeppelin”

Sytuacja geopolityczna Niemiec raczej wykluczała sensowne użycie lotniskowca w nadchodzącej wojnie. Ale Hitler zapatrzony w skośnookich sojuszników bardzo chciał mieć prestiżową zabawkę i w 1938 zwodowano okręt, który miał dysponować ok. 40 samolotami. Wobec braku jakiejkolwiek koncepcji użycia okrętu budowa została przerwana, kadłub przeciągano kilkakrotnie pomiędzy różnymi portami. Podobno pod koniec wojny miał posłużyć do zablokowania portu w Szczecinie. Nawet przez jakiś czas cumował przy Wałach Chrobrego. Co dalej? … i tu zaczyna się mozaika, faktów, domysłów i konfabulacji, spory bądź co bądź okręt miał być widziany w kilku miejscach jednocześnie i przemieszczał się niezauważalnie, zaś sekwencja dat wskazuje na istnienie pętli czasowej.

Z całego tego bigosu tylko kilka faktów opiera się na prawdzie:

  • Okręt w kwietniu 1945, skutkiem otwarcia zaworów dennych został zatopiony na płytkiej wodzie. Po kilku godzinach specjalny oddział saperów zainstalował i wysadził ładunki wybuchowe. Detonacja materiałów wybuchowych zniszczyła maszynownię i wyrwała dwie niewielkie dziurki w dnie. Jak na solidnych Niemców była to bardzo partacka robota.
  • Jako zdobycz wojenna wszedł w posiadanie Armii Radzieckiej, został podniesiony z dna w marcu 1946 roku i w sierpniu odholowany na Regalicę (zdjęcie z wiosny 1947 roku).
  •  W maju 1947 roku odholowany do Świnoujścia, przez krótki czas wykorzystywany był jako pływający magazyn.
  • Latem 1947 roku posłużył jako okręt cel doświadczalny i w wyniku uszkodzeń zatonął w rejonie Władysławowa. Badano odporność konstrukcji na obciążenia eksplozjami. Stracił pływalność dopiero po trafieniu pięcioma torpedami i ponad dwudziestoma bombami lotniczymi.
  • Okoliczności i miejsce zatopienia Armia Radziecka utajniła, dopiero w 2006 roku wrak odnaleziono i zidentyfikowano

 

Niby wszystko gra, ale nasuwają się pytania: dlaczego zadano sobie trud przywleczenia ogromnego okrętu na takie „zadupie” jakim była wtedy Regalica? Dlaczego później zatopiono 25 tysięcy ton stali wysokiej jakości? Czy śmierć Ewy i Paula Robienów mogła być likwidacją świadków? O czym nam opowie wrak?

Wrak pozostawiony samemu sobie milczy jak grób. Od czasu do czasu odnajdują się stare zapiski, wynika z nich, że sowieci zgodnie z postanowieniami Traktatu Poczdamskiego, musieli zniszczyć okręt. Ciekawi mnie, czy przetopienie złomu nie było lepszym rozwiązaniem?

Płynąc Regalicą do jej ujścia mijamy po lewej stronie wyspę Mienia. Kryje ona niewielkie jeziorko, które wg Robiena było prawdziwym klejnotem przyrody. Aktualnie jeziorko silnie zarosło i jego brzegi są zupełnie niedostępne. Po prawej zaś stronie ciągnie się wyspa Sadlińskie Łęgi, która jeszcze sto lat temu stanowiła ciąg kilku wysepek podzielonych kanałami. W pobliżu najdalej na zachód wysuniętego skraju wyspy można zauważyć żeremia bobrowe.

Żeremie bobrowe. Foto: Joanna Kmita

Regalica kończy się nagle i wypływamy na jezioro. Na prawo szerokie przejście na Małe Dąbie, ale o tym potem, teraz kierujemy się w lewo na zachód przecinając wejście do Zatoki Łęka.

W tym rejonie jeziora odkryto w czerwcu 2015 roku zatopiony wrak holownika o dwuznacznej nieco nazwie „Bolek”. Statek ma 18 metrów długości, 4,5 metra szerokości i około 2 metrów zanurzenia. Został zbudowany ponad sto lat temu prawdopodobnie w Holandii, do momentu zatopienia w czasie wojny pracował na wschodnim wybrzeżu. Po wojnie wydobyty kontynuował pracę w rejonie Gdańska a następnie Szczecina, gdzie wchodził w skład floty Przedsiębiorstwa Robót Podwodnych i Czerpalnych. W 1969 roku został przekazany Lidze Obrony Kraju. Na dnie spoczywa od początku lat siedemdziesiątych XX wieku. Holownik znaleziono i mam nadzieję, że dowiemy komu to udało się zgubić statek, przed kim szacowna Liga tak bardzo broniła kraju, że aż poniosła taką stratę. Obecnie wrak ma szansę na kolejne życie w charakterze szacownego muzealnego eksponatu. Zachodniopomorskie Stowarzyszenie Dziedzictwo Morza planuje wydobycie weterana, ale raczej „groszem nie śmierdzi”.

 

ZACHODNI BRZEG JEZIORA

Na południowym skraju zatoki mijamy ujście Duńczycy, a następnie Plażę Mieleńską, osiągamy Orli Przesmyk, stanowiący przejście na Przekop Mieleński. Jeśli zamierzamy wyjść na wody portowe należy trzymać się środka cieśniny, unikając kołków i głazów pozostałych po umocnieniu brzegów przekopu i podziwiając krajobraz stoczni remontowej, popłynąć Odrą na północ.

Ja zaś polecam zmianę kursu na wschodni i żeglugę wzdłuż zalesionych wysp Radolin i Czarnołęka. Pomiędzy nimi widać ujście Kanału Krętego Węża (Wydrnik). Na jego północnym brzegu funkcjonowała leśniczówka Bodenberg. Niewiele z niej zostało, starzy żeglarze określają jej miejsce nazwą „Orzechy”. Wielkość i charakter zabudowy oraz ówczesny brak lasów na wyspie Radolin raczej wykluczają funkcjonowanie obiektu jako leśniczówki. Być może był to hotel lub pensjonat o nazwie własnej „Forsterei Bodenberg”. Na pagórku zabudowanym leśniczówką ponoć istniało cmentarzysko pogańskie, wg Robiena miejsce pochówku Wendów (Słowian). Archeologiczne Zdjęcie Polski (AZP) wymienia tu osadę z mezolitu.

Leśniczówka Bodenberg (Archiwum Stowarzyszenia „Biały Grosz”)

Cały zachodni brzeg jeziora stanowią wyspy oddzielające jezioro od Odry lub żeglownego sztucznego kanału zwanego Przekopem Mieleńskim. Wszystkie wyspy aktualnie nie są zamieszkałe przez ludzi tworząc raj dla dzikiej przyrody.

Zanim osiągniemy południowy cypel wyspy Czarnołęka możemy podziwiać panoramę Szczecina z fragmentem stoczni i portu handlowego na pierwszym planie. W prawo rozciągają się północne dzielnice Szczecina położone u podnóża i na zboczach Wzgórz Warszewskich.

Foto: Jacek Łowiński

Cały pas przyległy do zachodniego brzegu Odry stanowił idealne miejsce dla lokalizacji zakładów przemysłowych, w tym papierni Skolwin i jedynej na polskim niżu huty w Stołczynie. Bez trudu można wypatrzyć kamienną wieżę widokową stojącą na szczycie wzgórza wznoszącego się nad Gocławiem.

Wieża Gocławska. Foto: Kazimierz Olszanowski

Jej oficjalna nazwa brzmi: Wieża Gocławska, jednak mieszkańcy naszego grodu nazywają ją Wieżą Bismarcka, co wynika z motywacji jej powstania. Została zbudowana w latach dwudziestych XX jako jedna z wielu monumentalnych budowli wystawionych ku czci kanclerza Otto von Bismrcka. 

Szczyty wzgórz zajmują lasy Puszczy Wkrzańskiej, które ciągną się wzdłuż Odry, Roztoki Odrzańskiej, Zalewu Szczecińskiego, aż do ujścia Peene.

 

Rzeka Święta

Ani rzeka, ani święta, ale bardzo piękna i zaskakująca. Archipelag kilkunastu dzikich wysp przecięty jest szerokim i głębokim naturalnym kanałem łączącym jezioro z Odrą.

Rzeka Święta. Foto: Mariusz Deremacki

Wpływając w Świętą od strony jeziora trzeba się przygotować na kilka kilometrów prawdziwej uczty przyrodniczej. Należy tylko płynąć wolno i cicho, najlepiej wczesnym rankiem. Na skraju trzcin lub pod nawisłymi konarami drzew widać liczne ptaki wodne w tym; krzyżówki, łyski, kokoszki wodne, krakwy, głowienki. Zamyślone czaple siwe lub białe nawet nie reagują na bobra holującego pień ściętej w nocy osiki. Na wyspach gniazduje kilka par bielików i zdarza się, że jakiś bardziej obowiązkowy osobnik majestatycznie szybuje przez kilka minut 15-20 metrów nad jachtem. Być może ocenia naszą przydatność kulinarną. A na psa urok one żywią się głównie padliną! Ten zaś młodzian (lub panienka) dbając o higienę wykąpał/a się i suszy pióra siedząc na suchym konarze nad wodą.

Młody bielik. Foto: Cezary Korkosz

Nad przybrzeżnymi mieliznami rosną łany chronionych grzybieni białych i żółtych grążeli, na brzegach zaś szaleństwo roślinności bagiennej obramowanej ścianami dzikich lasów. Tu doskonale widać co się dzieje w przyrodzie gdy my ludzie nie ingerujemy w jej życie.

Podziwiając przyrodę z pewnością zauważymy ujścia kilku kanałów na południowym brzegu Świętej. Można wpłynąć w każdy z nich, choć tylko jeden; Kanał Krętego Węża nie kończy się ślepo i pozwala na przejście do zatoki Łęka. Trzeba uważać na zatopione pnie drzew kryjące się pod lustrem wody.

W inne kanały też warto zajrzeć pamiętając jednak, by zawrócić jacht w miejscu gdzie szerokość wody jest jeszcze wystarczająca. Inaczej trzeba cofać się tyłem, a jachty nie są specjalnie dobrze przystosowane do takiej żeglugi.

Płyniemy dalej Świętą. Przed samym ujściem po prawej stronie znajduje się niewielki basen, zwany Kwadratem choć jest kształcie wydłużonego prostokąta. Tu można podejść do brzegu i rozprostować nogi, rozpalić grilla czy połazić po lesie.

Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, półwysep częściowo oddzielający Kwadrat od nurtu Odry był wysepką, też kwadratowego kształtu. Powstała w czasie prostowania i poszerzania koryta rzeki. Na wysepce zlokalizowano stocznię produkującą małe jednostki i przystań dla żaglówek oraz łodzi wędkarskich. Po wojnie kanał oddzielający wysepkę od Dębiny zasypano urobkiem pozyskanym z pogłębiania Kwadratu. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu na wyspie Dębina przy brzegu Kwadratu zalegały kałuże czarnej, oleistej, ropopochodnej mazi, były to pozostałości wód zęzowych wylewanych w wykopane doły. Odpady prawdopodobnie pochodziły z niedalekiej stoczni remontowej „Gryfia”. Na Międzyodrzu w pobliżu stoczni remontowej „Parnica” też są podobne złoża roponośne. Stocznie remontowe przed przystąpieniem do robót spawalniczych muszą dokładnie oczyścić zęzy i tanki paliwowe statków. Mamy dowód ówczesnego poszanowania środowiska. Minęło jedno pokolenie i widać wyraźną zmianę. Obecnie na widok nawet niewielkich ilości substancji ropopochodnych wydostających się przez kingstony statku podnosi się alarm. Wystarczy plama na wodzie i winny jest dotkliwie karany.

Kilkaset metrów od wejścia do Kwadratu, możemy przeżyć szok. Wypływamy na Odrę przy Stoczni Remontowej „Gryfia”. Huk, hałas, szum, krajobraz przemysłowy: całkiem inna bajka, nie ma co czekać trzeba uciekać.

Można popłynąć w górę Odry, albo w dół w kierunku zalewu, można też odwiedzić pobliską przystań w Gocławiu i przespacerować na szczyt wzgórza zwieńczonego wieżą widokową, by popatrzeć na jezioro z góry. Ja zaś wracam Świętą na jezioro Dąbie i kieruję się na północ wzdłuż brzegu wyspy Dębina.

Wyspa Dębina

Dębina jest jedną z większych wysp jeziora. Stare mapy wskazują, że składa się z kilku mniejszych, które przez ok. sto lat połączyły się z sobą skutkiem zarośnięcia kanałów dzielących je niegdyś. Aktualnie wyspa stanowi trudne do sforsowania bagnisko z kilkoma bardziej suchymi miejscami. Nawet, jak znajdzie się ktoś odważny i chce przejść wyspę to i tak wkrótce trafi na jakiś kanał, którego nie można sforsować. Panujące warunki bardzo odpowiadają kormoranom, które osiedliły się na wschodnim brzegu, adaptując na swoje potrzeby ponad dwa hektary lasu. Na terenie kolonii kormorany gęsto sieją żrącymi odchodami niszcząc roślinność, nawet stare drzewa, na których mają gniazda. Należy spodziewać się, że za kilka lat kolonia zajmie kolejny fragment lasu. Szczególnie wiosną, w sezonie lęgowym w kolonii panuje wielki ruch. Kormorany całymi stadami odlatują na połów ryb. Razem też wracają karmić młode. Często kolonia jest nadzorowana przez kilka bielików, siedzących na drzewach i liczących na łatwy łup.

Kolonia kormoranów. Foto: Lech Karauda

Kormorany nie posiadają gruczołu kuprowego i nie mogą natłuszczać piór czyniąc je nieprzemakalnymi. Polując na ryby muszą wiele razy nurkować, potem suszyć przemoknięte pióra. Samo polowanie przypomina dobrze zorganizowaną akcję, można zaobserwować zespół łowców, linię nagonki, doskonale z sobą współpracujące.

Zakątki żeglarskie

Brzegi jeziora Dąbie są z reguły niskie, często podmokłe, porośnięte trzciną i oczeretami, również głębokości wód przybrzeżnych nie pozwalają na podejście większości jachtów do brzegu. Na stosunkowo dużym jeziorze funkcjonuje tylko kilka przystani grupujących się w miejscach przeobrażonych przez ludzi. W trakcie kilku ubiegłych wieków akweny pogłębiono, zaś tereny nadbrzeżne wzmocniono nasypami. Była to bardzo kosztowna I gigantyczna praca. Gwoli prawdy żeglarze odziedziczyli tereny wykorzystywane wcześniej przez transport, przemysł czy siły zbrojne.

Tak czy owak, brakuje przystani, czy nawet kawałków brzegu gdzie można by dojść jachtem lub innym pływadełkiem, rozpalić ognisko bądź delektować się mięskiem z grilla. Kilka lat temu członkowie Klubu Kapitanów Jachtowych zgłosili pomysł budowy kilku takich miejsc nazwanych zakątkami żeglarskimi. Miasto Szczecin podjęło temat i zrealizowało zadanie budowy czterech zakątków żeglarskich, które wiosną 2015 roku przekazano do użytkowania wodniakom. W ostatnim roku zbudowano pięć nowych,  zakątków dla kajakarzy nad jeziorem Małe Dąbie i wschodnim brzegu jeziora Dąbie.

BRAWO SZCZECIN !!!

 

Zakątek Żeglarski Wydrnik (Kanał Krętego Węża) – zlokalizowany na południowym brzegu wyspy Radolin. Niegdyś istniała tam leśniczówka, zaś jesienią żeglarzy wabiły orzechy laskowe dojrzewające na leszczynach. Również jesienią można napotkać tu bardzo rzadkie grzyby; gwiazdosze, przypominające z wyglądu zamszowe kwiaty.

Wydrnik. Foto: Mariusz Deremacki

Zakątek Żeglarski Głębia – zlokalizowany na południowym brzegu wyspy Dębina w rejonie ujścia Świętej do jeziora Dąbie.

Głębia. Foto: Mariusz Deremacki

Zakątek Żeglarski Orły – zlokalizowany na północnym brzegu wyspy Dębinka w rejonie ujścia Świętej do jeziora Dąbie. Faktycznie w pobliżu gniazdują orły a właściwie bieliki, które nie należą do orłów.

Orły. Foto: Mariusz Deremacki

Zakątek Żeglarski Kwadrat – zlokalizowany w południowo-zachodnim rożku wyspy Dębina w pobliżu ujścia Świętej do Odry.

Kwadrat. Foto: Mariusz Deremacki

Umbriaga

Wyspę Dębinę, od położonych na północ wysepek zwanych Mewimi Wyspami oddziela żeglowny kanał. Przebiega tędy farwater łączący ujście Regalicy z Odrą.

Umbriaga. Foto: Magda Kucharska

Oficjalna nazwa kanału brzmi Babina i jest kalką z niemieckiego, ale żeglarze używają nazwy Umbriaga podobno na pamiątkę ryżego kocura, który na początku lat pięćdziesiątych postradał tu życie wypadając w nocy za burtę. Kocur wabił się Josip Wissarionowicz, ale zważywszy ówczesne czasy, by uniknąć kłopotów wołano go Bradziaga, z czasem „spolszczono” imię na Umbriaga.

Na brzegach okolicznych wysp ustawiono wieżyczki nabieżników farwateru Szczecin – Świnoujście. Przy każdej z nich jest pomost pozwalający na zacumowanie i wyjście na ląd. Wiszą tam jakieś urzędowe tabliczki, lecz ja nie znam ich treści, bo zawsze byłem skupiony na manewrach i nie zdążyłem przeczytać.

 

PÓŁNOCNY BRZEG JEZIORA

INOUJŚCIE

Płynąc dalej Umbriagą wkrótce osiągamy Odrę i kierujemy się na północ, prawą burtą mijając Mewie Wyspy wracamy przez szeroką cieśninę na jezioro. Jest to Inoujście i nie powinno być mylone z ujściem Iny, które znajduje się dalej na północ. Na północnym brzegu cieśniny istniała wieś licząca kilkanaście zabudowań. Budynki stały na gruncie wzmocnionym refulatem z dna Odry, aktualnie teren został wykupiony i należy się spodziewać jego komercjalizacji. Dużo więcej na temat tej omijanej miejscowości można przeczytać w bardzo ciekawym artykule pana Mariusza Deremackiego.

Symbolem Inoujścia jest słynny wrak żelbetowego tankowca.

„Betonowiec”

Wśród kilku żelbetowych statków zbudowano w Darłówku, dwa bliźniacze, tankowce „Karl Finsterwalder” i „Urlich Finsterwalder, (długość 90 m, szerokość 15 i zanurzenie 6,5 m) o wyporności po 2947 BRT. Pływały pod banderą szczecińskiego armatora Lubberl & CO Reederei. W sierpniu 1944 rozpoczęły przewozy benzyny syntetycznej z Polic. Transportowa kariera pierwszego z nich zakończyła się 12 marca 1945 skutkiem zbombardowania przez amerykańskie samoloty. Statek ciężko uszkodzony osiadł na dnie blokując częściowo tor wodny. Po wojnie został podniesiony i przeholowany na Starą Świnę w okolicy Karsiborza. Pod koniec lat sześćdziesiątych został ponownie podniesiony i zatopiony w Zatoce Pomorskiej w pobliżu Wisełki, stanowiąc rafę podmorską ku uciesze morskich żyjątek i małych rybek, które znalazły tu Lebensraum.

Betonowiec. Foto: Mariusz Deremacki

Drugi z bliźniaków, Urlich, przetrwał tylko kilka dni dłużej, bo już 20 marca 1945 został zbombardowany w porcie szczecińskim dla odmiany przez radzieckie samoloty. Po wojnie odholowano wrak do Inoujścia i zatopiono. I spoczywał sobie dostojnie na dnie, aż do przełomu lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych gdy na fali przedświtu demokracji został podniesiony przez płetwonurków z koła przy stoczni im A. Warskiego. Pomysłodawców motywował szczytny zamiar przerobienia wraka na pływający basen kąpielowy dla stoczniowców i ich rodzin. Trzeba go tylko przeholować do Dąbia i napełnić czystą wodą. Już nawet zlecono wykonanie dokumentacji do biura projektów. I tu wyszło drobne ale, zanurzenie pustego wraka ok. 5 m, głębokość jeziora na trasie przeholunku od 1,5 do 3,5 m. W efekcie koszt robót pogłębiarskich mógł przekroczyć koszt budowy czterech krytych basenów klasy olimpijskiej. W międzyczasie wrak przytopił się nieco na skraju głębi dokowej przy pochylniach Wulkan utrudniając wodowania statków. To wyczerpało cierpliwość wodzów stoczniowych, którzy „pogonili kota” autorom pomysłu i „Urlich Finsterwalder” powrócił do Inoujścia gdzie stanowi niewątpliwą atrakcję turystyczną a także raj dla mew i kormoranów.

I tak już kilkadziesiąt lat spokojnie spoczywa betonowiec przy brzegu Inoujścia. Od czasu do czasu niepokojony głupimi pomysłami czy zmuszany do roli sali koncertowej. Mieszkańcy Szczecina dumni byli z posiadania takiego zabytku, wodniacy nawet polubili smętne, betonowe pudło.

Niestety grupka zapaleńców udowodniła, że wrak to nie „Urlich”, ale może jego bliźniak „Kurt”. Czy da się polubić „Kurta”?

Na północy jezioro kończy się rozległą zatoką, do niej niegdyś uchodziło jedno z ramion deltowych rzeki Iny, którą statki dopływały do Goleniowa, a nawet do Stargardu. Funkcjonowały tu dwa porty przeładunkowe, komory celna i karczmy. Niewielkie głębokości powodują, że obecnie z rzadka można spotkać jedynie łódź wędkarską. Również okalające ją brzegi są bardzo odludne. Kilka lat temu Ina przypomniała sobie dawne, dobre czasy, przerwała wały ochronne i utworzyła nowe ujście do jeziora. Ludzie jednak potraktowali ten zryw wolnościowy jako wybryk, likwidując przy pomocy płotów z faszyny i worków z piaskiem.

Północny brzeg jeziora. Foto: Mariusz Deremacki

Rzeka wróciła w swoje łożysko, pozostały tylko setki kołków wbitych w dno i martwy las.

 

WSCHODNI BRZEG JEZIORA

W odróżnieniu od pozostałych, wschodni brzeg jest dość monotonny. Praktycznie od Inoujścia do Dąbia zabezpieczony jest wałami przeciwpowodziowymi. Jedynie na dwóch wyższych, piaszczystych łachach, leżą dwie osady posiadające małe przystanie. Można też zauważyć kilka niedużych, odosobnionych budyneczków. Są to przepompownie odwadniające rozległe, podmokłe łąki przy pomocy systemu kanałów i rowów melioracyjnych. Linię brzegową stanowi mozaika trzcinowisk, czystego piasku i krzaków. Bez problemu można znaleźć ustronną małą plażę dla siebie, o ile żeglujemy mieczówką.

Wschodni brzeg jeziora. Foto: Mariusz Deremacki

 

LUBCZYNA

Niegdyś Mekka żeglarzy, mały, cichy porcik a wejść można było nawet dużym jachtem, pobliska knajpka „Perełka” ofiarowała całą gamę atrakcji, zaś nieoznaczone wielkie głazy na skraju toru podejściowego potęgowały te atrakcje. Obecnie już nie ma „Perełki”, jest za to nowa marina z kilkoma basenami dla jachtów i kilkadziesiąt metrów gościnnej kei. Głazy usunięto. Pobliska strzeżona plaża daje szansę zmęczyć małoletnich członków załogi.

 Marina w Lubczynie. Foto: Mariusz Deremacki

Jedynym poważnym mankamentem są szanty wyrykiwane przez głośniki i brak jakiejś knajpki z charakterem. Potrzeby kulturalne i gastronomiczne turystów mają zaspokajać budki z frytkami, colą i piwem.

 

CZARNA ŁĄKA

Wąsatka-samczyk. Foto: Cezary Korkosz

Kolejna zatoka kryje resztki niewielkiej przystani Czarna Łąka. Wiejska droga kończy się nad wodą, z której wystają pozostałości drewnianych pali, dno usłane jest gruzem ceglanym. Przy pirsie zaczyna się niewielka plaża gdzie można podejść do brzegu. W pobliskich trzcinowiskach warto zaobserwować wąsatki, ptaszki niewielkie ale jakże pięknie ubarwione. Są bardzo ruchliwe, skaczą z trzciny na trzcinę popiskują. Próby podejścia kończą się zwykle niepowodzeniem, lepiej jest stanąć bez ruchu w trzcinach licząc, że ptaszki zbliżą się same, są bowiem dość ciekawskie. Samiczki i osobniki młode nie posiadają takich sumiastych wąsików jak ten pan w kwiecie wieku.

 

JEZIORO MAŁE DĄBIE

Małe Dąbie zajmuje południową część jeziora, stanowiąc wyodrębnioną zatokę. Na jej brzegach zlokalizowane są prawie wszystkie przystanie żeglarskie Szczecina, oraz historyczne centrum dzielnicy Dąbie. Stanowi akwen stosunkowo dobrze osłonięty i wykorzystywane jest w charakterze oślej łączki przez adeptów sztuki żeglarskiej.

SZCZECIN DĄBIE

Do 1945 roku Dąbie (Damm) było samodzielnym miastem położonym u ujścia Rzeki Płoni do jeziora Dąbie.

W średniowieczu jak każde miasto położone na skrzyżowaniu szlaków rozwijało się w oparciu o handel, stanowiło też zaplecze portowe dla ziem leżących nad Płonią, głównie należących do klasztoru cystersów w Kołbaczu. Pod koniec XIII wieku otoczone wieńcem murów obronnych i fos, funkcjonowało jak inne miasta tego czasu od pożaru do pożaru. Dopiero w XVII zamieniono miasto w twierdzę. Nowoczesne fortyfikacje nadały mu kształt zbliżony do kilkuramiennej gwiazdy, a wody rzeki Płoni wypełniły system mokrych fos. Festung Damm broniła wschodniego krańca przeprawy w kierunku Szczecina. Przeprawa biegła na odcinku prawie 10 km systemem mostów i kamiennych grobli. Budowę twierdzy rozpoczęli Szwedzi, rozbudowana została przez Prusaków, ale najbardziej przydała się Francuzom, którzy panowali tu w latach 1806-1812, eksploatując finansowo mieszczan i okoliczną ludność. Okupacja francuska zakończyła się 9-miesięcznym oblężeniem. W drugiej połowie XIX wieku fortyfikacje zlikwidowano, teren splantowano i tylko przebieg niektórych ulic świadczy o ich istnieniu.

Druga wojna światowa przyniosła miastu ogromne zniszczenia sięgające 75% zabudowy i zmianę przynależności państwowej.

Obecnie stanowi największą pod względem powierzchni dzielnicę prawobrzeżnego Szczecina.

W Dąbiu można wejść do przystani Harcerskiego Ośrodka Morskiego i ewentualnie w pobliskich sklepach zrobić zaopatrzenie, oczywiście jeżeli płyniemy w dalszy rejs. Wprawdzie przystań jest niewielka i nieco ciasna, ale krótki postój nie sprawi kłopotu.

Jeśli już kończymy rejs, to musimy kierować się na południe w kierunku brzegu.

Znaczną część wschodniego i prawie cały południowy brzeg jeziora Małe Dąbie zajmują przystanie żeglarskie. Skupiają się głównie nad zatoką osłoniętą częściowo przez wyspę Czapli Ostrów.

„… tu przy kejach stoją jachty piękne …”, ale jest też sporo różnych, skromnych pływadełek, typowy przystaniowy klimacik; trochę żagli, trochę blichtru. Na przystani AZS-u ostatni raz spotkałem człowieka, który w żaden sposób nie kojarzył się z blichtrem.

Ludomir Mączka czyli „Ludek” lub „Ludojad”

Urodzony we Lwowie, skąd via Wrocław gdzie skończył geologię, przyjechał do Szczecina. Nie mówię, że osiadł bo nie osiadł, często nie posiadał adresu i zimą mieszkał kątem u przyjaciół, latem zaś na swoim jachcie „Ludojad”. Zresztą zimy nie są takie długie a Ludek i tak większość czasu tyrał jako geolog w różnych zakamarkach globu, często pod ziemią w kopalniach. Wolny czas poświęcał żeglarstwu. Początkowo rejsy europejskie; Narwik, Islandia, potem na „Śmiałym” Ameryka Południowa. Gdy jednak zbudował wymarzony własny jedenastometrowy kecz „Maria” poszedł na całość i popłynął w świat robiąc wielkie kółko.

Tu właśnie widać albatrosy czarnołbiste i Ludka na południowym Atlantyku w drodze do cieśniny Magellana. Poniżej jacht „Maria” w Durbanie czyli w Afryce Południowej na krótko przed zamknięciem wielkiej pętli

Największym jednak sukcesem jest sforsowanie na jachcie „Vagabond 2” tzw Przejścia Północno-Zachodniego, czyli pierwsze w historii przepłynięcie pod żaglami z Pacyfiku na Atlantyk drogą północną. Razem Ludek przepłynął ponad 170 tysięcy mil morskich, dystans równy czterem okrążeniom kuli ziemskiej po równiku. Przyniosło to mu wiele zaszczytów i wyróżnień, ale na ten temat mówił skromnie cytując słynne słowa pana Wołodyjowskiego „nic to”. Po latach wielkiej przygody już ciężko chory marzył o rejsie choćby do Lubczyny.

Obydwa zdjęcia zamieszczone w tej ramce otrzymałem od Macieja Krzeptowskiego kapitana „Marii” na odcinku Nowa Zelandia – Szczecin w czasie drugiej wyprawy dookoła świata. W czerwcu 2008 roku ukazała się książka o Ludku autorstwa Wojciecha Jakobsona i Macieja Krzeptowskiego, przyjaciół Ludka i towarzyszy niektórych jego wypraw. Serdecznie polecam.

W 2015 roku miasto Szczecin uhonorowało Ludka wzruszającym pomnikiem postawionym na reprezentacyjnym bulwarze nad Odrą. Ludek wygląda jak Ludek, przynajmniej tak jak pamiętam jego osobę.

Ludojad”. Foto: Przemysław Wójcik

Mijając ostatnią przystań „Marina Marco” warto przyjrzeć się dość kanciastemu budynkowi stojącemu na nabrzeżu. Jest to jedyny w Polsce obiekt stojący na palach żwirowych. Ponad ćwierć wieku temu grupa „specjalistów” zakupiła w Holandii nową palownicę, czyli dużą maszynę do wbijania pali wzmacniających typowe dla terenów portowych podłoże gruntowe zbudowane z torfów i namułów. Palownica „Alcon_Coelius” stała kilka lat bezużytecznie na pobliskim lotnisku, bo nikt nie wiedział do czego w naszych warunkach ją wykorzystać, i dopiero skutkiem nacisków politycznych została użyta w tym miejscu. Budynek jeszcze stoi jako tako, więc może pale żwirowe nie były zupełnie głupim pomysłem. A może były zupełnie niepotrzebne?

Zostawiwszy za rufą rozległe akweny jeziora, płyniemy wąskim kanałem Dąbska Struga w kierunku przystani SEJK Pogoń. Na południowym brzegu kanału rozciągają się tereny doskonale nadające się pod budowę nowej przystani. Już nawet zaczęto kiedyś coś tam grzebać, ale zaprzestano, a szkoda. Podniecamy się wizją Szczecina w 2050 roku, ale póki co niech I etapem będzie nowa, prawdziwa marina żeglarska w Szczecinie. Szczytne wizje można wszak realizować stopniowo. I to jest ten właśnie promyk nadziei, bo czekają nas kolejne rejsy, coraz dalej w świat a w końcu trzeba powrócić do domu i znaleźć miejsce przy kei.

Marina „SEJK Pogoń” przed modernizacją. Foto: Cezary Skórka

W ostatnich latach marinę gruntownie przebudowano, zlikwidowano widoczny na zdjęciu prostokątny półwysep, znacznie powiększając główny basen. Jachty cumują teraz do pływających pomostów, dzięki temu mieści ich ponad dwa razy więcej.