POŁUDNIOWA SZWECJA

Od kanału Falsterbo, czyli miejsca, które uznaje się za koniec Sundu. popłyniemy na wschód, północny-wschód w kierunku malutkiego archipelagu kilku szkierów o wspólnej nazwie Utklippan. Po drodze zwiedzimy większość portów południowej Skanii. Na wybrzeżach krainy historycznej Blekinge odwiedzimy tylko przystanie położone w pobliżu miejsc szczególnie atrakcyjnych turystycznie. Szwecja posiada ponad 60 tysięcy kilometrów linii brzegowej i życia nie starczy by zajrzeć we wszystkie zakamarki.

POŁUDNIOWE WYBRZEŻE SKANII

Rejs po wodach cieśniny Sund zakończyliśmy w kanale Falsterbo. Kanał z jego awanportami opisałem w rozdziale Sund.

W wodach okalających półwysep Skanor koncentrowały się ogromne, ponoć największe w Europie ławice śledzi podążających na wiosenne tarło. Odławiane masowo, stanowiły podstawę utrzymania okolicznej ludności i narzuciły specyficzny tryb życia. W chudych, śledziowych latach nie zawierano nawet związków małżeńskich. Powtarzano powiedzenie: „nie ma śledzi, nie będzie wesela”. Podobne zwyczaje obowiązywały na innych „śledzionośnych” wybrzeżach Europy między innymi na wschodnim brzegu Wielkiej Brytanii. Obecnie liczebność śledzi zmniejszyła się zdecydowanie, na szczęście jeszcze wystarcza ich na potrzeby mieszkańców i turystów. Przestały jednak być podstawą gospodarki. Po okresie hossy przetrwały nieliczne jednostki rybackie, obecnie odbudowywane z pietyzmem i zamieniane na jachty turystyczne lub szkoleniowe. Dzięki temu mogą przetrwać kawałki prawdziwej historii. Oczywiście nie piszę tu o wycofanych z użytku kutrach rybackich „zdobiących” wiele z naszych portów. Nadbudowane często dyktą, pomalowane na zuluskie wzorki, wożą wczasowiczów i turystów. One jednak wyglądają często karykaturalnie.

Jeszcze kilkanaście lat temu Bałtyk był skrajnie przełowiony. Ryby, zwłaszcza powszechnie poszukiwane drapieżniki, występowały nielicznie, bardzo rzadko osiągały większe rozmiary. Dopiero po wycofaniu z eksploatacji znakomitej większości jednostek łowczych, trawlerów i kutrów, ichtiofauna morska miała szansę na odrodzenie się. Kolejne meldunki informują o wzroście bałtyckiej populacji dorsza. Skoro liczebność dorsza zajmującego szczyt łańcucha pokarmowego wzrasta należy spodziewać się, że inne gatunki np. śledzie, szproty i płastugi też uzyskały szanse na przetrwanie.

 

SKÅRE

Malutka miejscowość ciągnąca się wzdłuż brzegu, dysponuje małą przystanią posiadającą dwa baseny. Podejście prawie dokładnie z południa, wyznacza światło sektorowe ustawione w pobliżu zachodniej główki falochronu i kilka pław, w tym kardynałka na skraju niebezpiecznej, kamienistej mielizny. Poza wyznaczonym podejściem na dnie zalegają duże głazy, kilka z nich kryje tylko dwumetrowa warstwa wody. Wg locji głębokość basenów portowych waha się od dwóch do trzech metrów. Miałem jednak informacje, że można napotkać lokalne wypłycenia. Jachty gościnne cumują przy północnej i zachodniej kei pierwszego basenu. Keja przy wschodnim falochronie, przy silnym wietrze z południa, może być narażona na nieprzyjemny rozkołys. Basen drugi (wewnętrzny) zajmują głównie jednostki rezydentów i rybaków.

Będąc w Skåre warto zobaczyć romański kościół Maglarps z początku XII wieku, bardzo niewiele przebudowywany przez ostatnie 800 lat i tradycyjną, rybacką zabudowę terenów przy porcie. Ale to tylko kilka domków. Na skraju osady ustawiono pomnik ku czci Karola XII, króla watażki, który inicjując w XVIII wieku różne awantury militarne w Europie Środkowej i Wschodniej doprowadził do zapaści demograficznej i gospodarczej swoje królestwo. Szwecja straciła posiadłości w Inflantach nad wschodnim Bałtykiem. Wojny ograniczyły również władztwo Szwecji na południowych i zachodnich wybrzeżach naszego morza. Karol XII dał się jednak zabić w młodym wieku. Może właśnie uznano to za jego główne osiągnięcie, honorując króla pomnikiem, w końcu gdyby żył dłużej mogło być jeszcze gorzej. Monarcha był lubiany przez swoich żołnierzy, w czasie wypraw wojennych rezygnował z przynależnych luksusów, jadł to samo co jego prości gejmani, często owinięty w szynel, sypiał na gołej ziemi. Wśród osób popierających Karola XII, kryła się grupka malkontentów, którzy przeprowadzili skuteczny zamach na jego życie. Jako historyczną wersję oficjalną podaje się śmierć króla od zbłąkanej kuli muszkietowej w czasie oblężenia twierdzy Fredrikstad przy wejściu do Oslofiordu. Wg współczesnych badań sądowo-lekarskich strzał oddano z bardzo bliskiej odległości, praktycznie przyłożono lufę do głowy. Trudno nawet przypuszczać by pocisk zbłądził na kilkunastu centymetrach.

Mimo zdewastowania gospodarki kraju i niejasnych okoliczności śmierci Karol XII jest wysoko oceniany przez Szwedów, zaś mieszkańcy sąsiednich krajów, w tym Polski, wypominają mu między innymi słynny rozkaz, będący swoistym mottem panowania: „żeby wszystko, co tylko można wycisnąć, wygrzebać i zabrać”.

Osobiście nigdy nie byłem w Skåre, zamieszczone tu informacje uzyskałem od spotkanej w Ystad sympatycznej polskiej pary, która od kilku sezonów żegluje wzdłuż szwedzkiego wybrzeża odwiedzając kolejne porty i zakamarki między szkierami.

 

TRELLEBORG

Podejście do portu wyznacza farwater i nabieżnik. Trelleborg jest najważniejszym portem południowej Skanii, tędy prowadzi odcinek ważnej trasy łączącej Skandynawię z Europą Środkową i Południową. Kilkadziesiąt promów kolejowych i służących do przewozu samochodów ciężarowych codziennie odwiedza port. Na drugim końcu morskiego odcinka trasy znajduje się Neu Mukran, główny port Rugii, leżący na przedmieściach Sassnitz. Regularne linie prowadzą też do Świnoujścia, Kłajpedy, Warnemṻnde, Travemṻnde i kilku innych portów bałtyckich. Oprócz terminala promowego port przystosowany jest głównie do przeładunków systemem ro-ro. Niewielka marina dla żeglarzy mieści się w Gislovs Lage na NNE od wejścia do portu i raczej nie wzbudza podziwu lokalizacją wymagającą długiego spaceru do centrum. Szwedzi uważają Trelleborg za miasto o najdłuższych w kraju ulicach.

„Twierdza Wikingów”, tak głoszą popularne przewodniki. Tu trzeba odsiać stwierdzone fakty od marketingowych, pobożnych życzeń. W Trelleborgu na szczycie niewysokiego wzgórza znajduje się kolisty w obrysie wał ziemny otoczony fosą a właściwie suchym rowem. Wał zbudowany z warstw darniny i przekładany pniami drzew osiągał wysokość do 7 metrów. W obrysie umocnień dokonano wykopalisk archeologicznych, odsłonięto resztki kilku budynków, bardzo regularnie ustawionych wokół centralnego, niezabudowanego placu. Budynki zachowały kształt łodzi odwróconych stępką do góry. Miały równą długość około 100 stóp rzymskich, czyli blisko 30 metrów i mieściły po 50 ludzi. Ściany zewnętrzne wykonywano z przepołowionych pni, wypukłą stroną ustawionych na zewnątrz. Zachowały się swoiste modele takich domów, między innymi słynny relikwiarz św. Korduli z katedry w Kamieniu Pomorskim przypominał miniaturę budynku z Trelleborga (relikwiarz zaginął w czasie wojny). Kolisty obrys ufortyfikowanego terenu podzielono na cztery ćwiartki, każda mieściła po cztery identyczne budynki ustawione w czworokąt z niewielkim podwórcem w środku. Wyjątkowo w Trelleborgu dokonano rozbudowy obiektu kilkunastoma budynkami ustawionymi promieniście. Były one chronione dodatkowym wałem zewnętrznym. Podobne obiekty, często zdecydowanie większe, przetrwały w kilku miejscowościach leżących na terenie wpływów formującego się państwa duńskiego. Panujący w X wieku król Harald Sinozęby i jego następca Sven Widłobrody osadzali w nich niewielkie stałe garnizony swoich wojów. Okresowo gromadzili się tu „poborowi” powołani na wyprawę wojenną. Nie znaleziono nawet resztek obiektów do przechowywania większych zapasów żywności i sprzętu, niezbędnych w czasie długotrwałej obrony twierdzy. Według Jomsvikingsaga załogi tych obozów warownych składały się z samych mężczyzn. Pewne wątpliwości wzbudzają jednak, liczne kobiece szkielety odkryte na pobliskim cmentarzysku. Ponadto na terenie ufortyfikowanej osady wykopano żelazne kroje i lemiesze pługów, co sugeruje, że mieszkańcy zajmowali się również uprawą ziemi. Wyjaśnienie tych sprzeczności może być dość prozaiczne: kobiety mogły mieszkać w niedalekiej osadzie, zaś żelazne części pługów stanowić zapas cennego ówcześnie żelaza służącego do produkcji i naprawy broni. Sagi były spisywane na Islandii nawet ponad 200 lat od opisywanych wydarzeń i raczej nie mogą być zbyt wiarygodnym źródłem historycznym. Na dodatek słowo saga, w języku szwedzkim oznacza bajkę. Gdy Kanut Wielki następca i syn Svena, oraz wnuk Mieszka I podbił Anglię, „twierdze” przestały być użytkowane.

Turystom trzeba pokazać coś więcej niż puste miejsce po wykopaliskach, dlatego częściowo zrekonstruowano umocnienia i dom, w „dość swobodnym stylu wikingów”, mieszczący niewielkie muzeum. Wygląd domu zaprojektowano na podstawie wyników badań archeologicznych dotyczących budynku zbudowanego około sto lat po epoce wikingów.

Galeria Axela Ebbe. Mieszkający w Trelleborgu artysta podarował swoje dzieła miastu dość skromnie wyposażonemu w atrakcje turystyczne. Bank miejski ufundował galerię do pomieszczenia dzieł twórcy, oczywiście tylko tych, które nie zostały wykonane na zamówienie innych miast. Rzeźby Axela Ebbe i kilku innych artystów często napotyka się  na ulicach, placach, w zakamarkach miasta. To właśnie one nadają Trelleborgowi nieco indywidualizmu i niepowtarzalnego uroku. Mnie zachwyciła fontanna przedstawiająca dziewczyny osłonięte parasolami. Jej autorem jest jednak inny artysta  Fred Åberg. W miasteczkach południowej Skanii można jeszcze zauważyć inne dzieła Axela Ebbe. Moim zdaniem są z reguły lepsze, niż te w Trelleborgu, widocznie artysta podarował swojemu miastu rzeźby, które nie znalazły nabywców.

Palmy z Trelleborga. Wiele lokalnych folderów zachwala subtropikalne palmy zdobiące miasto. I rzeczywiście na kilku ulicach można napotkać egzemplarze dorodnych drzew rosnących w wielkich donicach, ale niestety tylko w czterech miesiącach letnich. Zimniejszą porę roku palmy spędzają w oranżerii.

Skegrie. W małej wsi położonej na północ od Trelleborga zachowało się kilka megalitycznych dolmenów. Niestety z mariny trzeba dreptać ponad 8 km w jedną stronę, a to już trochę boli. W takich sytuacjach rozumiem dlaczego wiele osób wozi na jachtach składane rowerki.

 

SMYGE

Smyge to szwedzki, a nawet skandynawski koniec świata, oczywiście jeśli weźmie się pod uwagę położenie na najbardziej na południe wysuniętym koniuszku Półwyspu Skandynawskiego. Ten kawałek szwedzkiego wybrzeża słynął z licznych katastrof statków, które z powodu błędnej nawigacji rozbiły się na kamienistych mieliznach. W latach osiemdziesiątych XIX wieku zainstalowano stalową latarnię morską. Źródłem światła była lampa olejowa. Latarnia miała wysokość około 17 metrów, a światło zasięg 2-3 mile morskie. Funkcjonowała kilkadziesiąt lat, aż do chwili wybudowania nowej zasilanej prądem elektrycznym latarni Kullagrund, zlokalizowanej na mieliźnie w rejonie przylądka. Starą latarnię rozebrano i sprzedano na złom. Przed niewielu laty odtworzono budowlę z przeznaczeniem na lokal rozrywkowy, organizujący śluby, chrzciny i przyjęcia z różnych okazji.

Babcia. Miejski park zdobi rzeźba młodej, nagiej dziewczyny, dzieło Axela Ebbe. Powstała w latach trzydziestych XX wieku. Modelką była Birgit Holmquist babcia znanej, szwedzkiej aktorki Umy Thurman. Aktorka jest uznanym przykładem typu „wysokiej, pięknej Szwedki”, jak widać babci też niczego nie brakowało. Tu muszę wyznać, że kilku czytelników zaprotestowało przeciwko temu stwierdzeniu. Niezależnie od ich opinii, widok pomniczka skłania do rozważań na temat upływu czasu.

„Famntaget” (dzień rodzinny) rzeźba Axela Ebbe. Foto: Jerzy Kowalewicz

Przyroda. Okolice Smyge, dzięki różnorodności siedlisk, słyną w Szwecji z bogatej przyrody. Gleba z domieszką węglanu wapnia stanowi wspaniałe siedlisko dla roślin preferujących podwyższone Ph. Można napotkać tu różne gatunki goryczek, tłustosza, len trwały, wapieniolubne gatunki storczyków i inne. Latem, pobliskie, podmokłe łąki, dla odmiany charakteryzujące się lekko kwaśnym odczynem gleby, pokrywają się kwitnącymi storczykami reprezentowanymi przez kilka innych gatunków o innych wymaganiach glebowych. Wiele roślin może rozwijać się wyłącznie we współpracy w określonym gatunkiem zapylacza, głównie owada. Dzięki takiej zależności można zauważyć tu bardzo rzadko spotykane na niżu gatunki owadów.

Lokalne warunki sprzyjają nawet życiu nieczęsto notowanych salamander plamistych, spotykanych w Polsce jedynie w górach. Średniowieczne bestiariusze twierdziły jakoby delikatne, wrażliwe zwierzątko rodziło się w ogniu, a po wejściu na drzewo zatruwało owoce.

Salamandra plamista. Foto: Cezary Korkosz

 

YSTAD

Podejście do portu często wskazują promy zdążające do Ystad lub wychodzące w morze, kierując się na Bornholm lub Świnoujście. Wejście do mariny otwiera się na zachód od ruty promowej. Zaraz po minięciu główek wejściowych zauważamy duże tablice informujące gdzie są stanowiska dla rezydentów, a gdzie mogą cumować jachty gościnne. Pomysł prosty, a jak bardzo pomaga w czasie poszukiwania wolnego miejsca.

Dotychczas miałem niewiele okazji na zwiedzenie Ystad, z reguły odbywałem szybki zjazd z promu, często nocą i zaczynałem dalszą jazdę na północ lub wschód. Miasto zza szyby samochodu jawiło się jako skupisko nudnych budowli portowych lub przemysłowych. W zasadzie nic ciekawego. W ostatnim rejsie planowaliśmy tylko jeden nocleg. Dopiero wieczorny spacer w kierunku centrum wywołał szok i konieczność przedłużenia pobytu.

Za przemysłowo-rybackim sztafażem kryje się piękna starówka wypełniona ponad trzema setkami zabytkowych budowli. W większości są to bardzo dobrze zachowane domki ryglowe stanowiące największy w Skandynawii zespół architektury tego typu. Uważa się, że budownictwo ryglowe jest pozostałością duńskiego panowania nad Skanią. Ponad kolorowymi dachami domków z XV-XVII wieku górują wieże kilku kościołów. Tak wiele zabytków przetrwało dzięki wielkiemu szczęściu miasta. Przez ponad 800 lat istnienia ani razu nie dotknęła go pożoga wojenna, niedalekie wojny wręcz nakręcały koniunkturę i sprzyjały bogaceniu się mieszkańców. W czasach wojen szwedzkich zarabiano na transporcie wojsk, materiałów wojennych i łupów zrabowanych w wielu krajach. Blokada kontynentalna w czasie wojen napoleońskich  przyczyniła się szczególnie do rozwoju przemytu towarów z kontynentu i w efekcie rozkwitu miasteczka.

Starówka. Zachowane budynki, głównie domy mieszczan nadają miastu dużo niespotykanego uroku. Powstawały przez kilka stuleci, nie doznały klęsk niszczących zabudowę prawie wszystkich miast w Europie, gdzie wojny i katastrofalne pożary, niszczyły doszczętnie drewniane budynki. Starówka składa się z kilkunastu uliczek, w części nie zmieniła się istotniej od 3-4 stuleci.  Spacerując po miasteczku z pewnością trafimy na ulicę Stora Östergatan gdzie najciekawsze budynki ryglowe zbudowano około 1500 roku. Wśród nich najstarszy w Szwecji zespół Szkoły Łacińskiej, dom możnej rodziny Brahe, czy dom burmistrza przeniesiony w ogrody klasztoru franciszkanów. Na drugim końcu ulicy stoi Kaplica Brygidy, która nigdy nie pełniła roli przybytku kościelnego, zachowane zapisy raczej wiążą ją z przybytkiem rozrywki.

Przy próbie odczytania, gęsto usiane egzotycznymi dla nas kropkami, kreskami i kółeczkami nazwy uliczek w szwedzkich miastach już na pierwszy rzut oka wyglądają poważnie i nawet groźnie. Dopiero po przetłumaczeniu, gdy stwierdzimy, że groźnie brzmiący … gatan znaczy po prostu „uliczka plotkarek”, inaczej patrzymy na mieszkańców miasta.

Na pobliskim placu Mattorget wzniesiono jeden z najbardziej okazałych gmachów ryglowych. Sprawia dość nowe wrażenie, jednak to raczej efekt zabiegów konserwatorskich bowiem zbudowano go w pierwszej połowie XVII wieku wykorzystując znacznie starsze konstrukcje. Elewacje budynku ozdobiono ceramicznymi maskami aniołów, co pozwoliło określać budynek jako dom pod aniołami. Część masek trudno nazwać podobiznami anielskimi, bardziej wyglądają jak głupawe gęby.

Budownictwo ryglowe

Ściany większości oglądanych budynków prezentują konstrukcję ryglową wypełnioną cegłą. Nawet te otynkowane i robiące wrażenie wykonanych w całości z cegły, też pod warstwą zaprawy tynkarskiej często kryją konstrukcję szkieletową. W zasadzie już od średniowiecza wykonywano dwa rodzaje ryglówki:

  • Szachulec, gdzie pola szkieletu, między słupami, ryglami i zastrzałami wypełniano drewnianymi żerdkami lub plecionką z wikliny, zasmarowywano i wyrównywano mieszaniną gliny z sieczką. Tym sposobem budowano biedniejsze chałupinki mieszkalne i ściany budynków gospodarczych, choć napotyka się ten typ w budowlach reprezentacyjnych (zamek w Pęzinie koło Stargardu).
  • Pruski mur, gdzie pola szkieletu wypełniano murem z cegły. W późniejszych wiekach często modernizowano budynki zamieniając szachulec na cegłę ceramiczną. W Ystad ściany budynków ryglowych obecnie wykonane są z pruskiego muru. Wymiary cegły datują najstarsze przeróbki na połowę XIX wieku.

Ze względu na słabą izolacyjność termiczną moda na budownictwo ryglowe przyjęła się szczególnie na terenach gdzie klimat pozwalał, a drewno pełne stawało się towarem deficytowym. W granicach państwa pruskiego właściciele budynków ryglowych płacili niższe podatki od nieruchomości, co można traktować jako zachętę od oszczędności drewna i jeden ze sposobów ówczesnej ochrony lasów.

Okazały dom ryglowy. Foto: Filip Podgórski

Część budynków zachowała wyrafinowane detale architektoniczne służące ozdobie elewacji lub bryły. Niektóre, jak widoczne na zdjęciu wolutowe wsporniki, wykonano nawet kilkaset lat po budowie, mają tyko funkcję ozdobną, konstrukcyjnie są zbędne.

W zakamarkach można wypatrzeć ozdobne detale architektoniczne. Foto: Filip Podgórski

Kościół św. Piotra. W XIII wieku w Ystad osiedlili się franciszkanie. Z czasem skromny początkowo klasztor rozbudowali do znacznych rozmiarów, ponoć największego obiektu tego typu w całej Szwecji. Najstarszą częścią zespołu budynków jest główna nawa kościoła. W pierwszych dziesięcioleciach istnienia klasztoru, stanowiła pierwszą świątynię. Powiększanie kubatury budynku uzyskiwano dzięki dobudowie kolejnych skrzydeł. Pod koniec średniowiecza wbrew zakazom franciszkańskiej  reguły dobudowano nawet wieżę-dzwonnicę. W końcu XIV wieku zespół składał się z czterech budynków otaczających prostokątny dziedziniec, budynku świątyni z wieżą i zabudowań gospodarczych. Zreformowani wierni wypędzili franciszkanów, zawładnęli ich majątkiem, budynki zamienili w szpital i przytułek dla ubogich. Bez napraw, remontów obiekt popadł w ruinę i do naszych czasów pozostało jedynie jedno skrzydło dormitorium i kościół. Lepiej późno niż wcale, resztki kościoła i ostatnie istniejące skrzydło klasztorne doczekały się remontu i zmiany funkcji. Obecnie mieści się tu muzeum miejskie.

Przy budynkach klasztornych istnieje ogród, gdzie uprawia się różne zioła ale też warzywa w tym kapustę. Ogród funkcjonuje już przez 800 lat, został założony przez franciszkanów. To właśnie oni przejęli opiekę medyczną nad bliźnimi, dbając nie tylko o ich dusze ale też o ciało. Zgodnie z zaleceniem św. Franciszka założyciela zakonu, mnisi zajmowali się leczeniem chorych oraz opieką nad osobami niesprawnymi i ubogimi. Leki w owym czasie przygotowywano najczęściej z roślin leczniczych, toteż przy klasztorach franciszkańskich zakładano ogrody. Część z uprawianych w nich gatunków ziół wykorzystuje współczesna medycyna.

Kościół pofranciszkański. Foto: Kazimierz Olszanowski

Kościół św. Marii Panny, zbudowany w XIII wieku, jest najstarszym budynkiem Ystad. Początki sięgają wczesnego średniowiecza i przejawiają się romańskim założeniem. Po tych, odległych czasach pozostała główna nawa wydzielona masywnymi filarami. Gotyk przyniósł rozbudowę kościoła o nawy boczne i nawę poprzeczną tak zwany transept. Po zawaleniu się sklepień nad nawami, odbudowano je już w stylu renesansowym. Nowe sklepienie oparto na starszej konstrukcji i obecnie na pierwszy rzut oka trudno rozpoznać elementy romańskie i renesansowe. Przez kolejne „reformacyjne” wieki budynek był wielokrotnie modernizowany stosownie do potrzeb nowej wiary. Z tych czasów zachowała się jedynie XVIII- wieczna wieżą. Na przełomie XIX i XX wieku, światły pastor Sam Stadner, spowodował rewitalizację budowli, likwidując „domorosłe” partaninki i nadając ścianom zewnętrznym wygląd ścian gotyckich. Teraz kościół wygląda jak typowa, gotycka świątynia zdobiąca rynek niewielkiego miasta na Bałtykiem. Wnętrze przekryte półkolistymi łukami i sklepieniami zachowało dawny wygląd. Przetrwało nawet sporo barokowych elementów wyposażenia, w tym ołtarz i ambona, kilka obrazów, unikalny rzeźbiony, gotycki poliptyk baptysterium (XV wiek).

Gotycki poliptyk z baptysterium. Foto: Kazimierz Olszanowski

Gabloty prezentują kolekcję sreber liturgicznych wykonanych przez miejscowych rzemieślników. W posadzki wszystkich naw wbudowano kamienne płyty nagrobne, raczej nie przykrywają on miejsc pochówków, prawdopodobnie były zdemontowane ze ścian o czym świadczą głębokie, typowe dla epitafiów naściennych reliefy, nieco utrudniające chodzenie po nierównej nawierzchni.

Komisarz Wallander. Spacerując po spokojnym miasteczku liczącym około 20-tysięcy mieszkańców, zaglądając w opustoszałe uliczki trudno uwierzyć, że słynny komisarz policji Wallander miał tu tyle pracy. Sam przeczytałem kilkanaście tomów jego przygód. Literatura kryminalna rządzi się swoimi prawami, handel również, toteż nazwisko literackiego policjanta spotyka się na wielu szyldach i reklamach. W rynku wykonano nawet replikę miejsca zbrodni, denat i plama syntetycznej krwi wystają spod kawałka tkaniny, zaś miejsce otacza zagroda z plastikowej taśmy z napisem „politi”.

Na grubych deskach ułożonych na pirsie-falochronie mariny wyrzeźbiono nazwiska sponsorów zasłużonych w rozbudowie przystani, jest wśród nich nazwisko słynnego komisarza. Jest tam jeszcze stosowna tablica objaśniająca temat, ale niestety po szwedzku.

Hejnał. Codziennie od 21 do północy z wieży kościoła mariackiego rozlega się przytłumiony sygnał grany co kwadrans na blaszanym rogu. To strażnik miejski w czasie służby powiadamia mieszkańców, że pilnie pełni służbę przeciwpożarową. Nasz słynny hejnał krakowski związany z dramatyczną legendą o najeździe tatarskim jest zdecydowanie ładniejszy. Tu w Ystad miał bardziej pragmatyczne zastosowanie, obserwację potencjalnych źródeł ognia. Była ona prowadzona tak staranie, że miasto przetrwało wieki bez poważniejszego pożaru.

 

KÅSEBERGA

Na wschód od Ystadt, w kierunku Kåsebergi, brzeg budują strome, wysokie skarpy, prawdziwa Mekka paralotniarzy. W sezonie zjeżdżają się gromady miłośników tego sportu z całej Szwecji, głównie z odległego o kilkaset kilometrów Stockholmu. Szczególnie w dniach, kiedy wieje  od morza, widać dziesiątki paralotniarzy wykorzystujących wznoszące prądy. Pamiętamy; wiatr przepływający nad zboczem zdecydowanie przyspiesza. Szeroka, piaszczysta plaża pod skarpą pozwala w miarę bezpiecznie wylądować. Widywano nawet przypadki wodowania na przybrzeżnej mieliźnie. Mimo tych przejawów ostrożności, ponoć owocny sezon skutkuje złamaniami kilku kończyn.

Ales Stenar. Z przyzwyczajenia, wszystko co wykopią skandynawscy archeolodzy z ziemi i jest dość stare, kojarzymy z wikingami. Na nadmorskim wzgórzu w pobliżu wioski Kåseberga już w 1914 roku odtworzono zespół kamiennych menhirów. Pierwotnie były ustawione w kształcie dużego statku. Podobne zabytki stosunkowo licznie występują jedynie na Gotlandii. Badania naukowe wykazały, że Ales Stenar liczy sobie ponad 1500 lat, czyli został zbudowany przez odległych przodków wikingów w późnej epoce żelaza. Prawdopodobnie był grobowcem, wykonanym na jeszcze starszym miejscu pochówków, ale to nic pewnego. Na kilku głazach zauważono wykute zagłębienia, miseczki ofiarne, typowe dla neolitu, a to przesuwa datowanie jeszcze głębiej w prehistorię.

Współcześnie, zgodnie z ezoteryczną modą, w układzie kamieni doszukuje się przejawów kultu słonecznego, czy roli urządzenia do wyznaczania przesileń zimowego i letniego. Wielu „badaczy” nawet to ponoć udowodniło matematycznie. Szkoda tylko, że zapomniano o pewnym, bezspornym fakcie. Kamienie, sto lat temu, w czasie rekonstrukcji obiektu ustawiono niekoniecznie na swoich pierwotnych miejscach i w nieco zmienionym układzie.

Kåseberga dysponuje maluteńką, „przyklejoną” do zbocza, przystanią dla kilku łódek. Głębokości zdecydowanie poniżej potrzeb i oczekiwań większości żeglarzy. Przy flaucie lub wietrze z północy można tam ostrożnie wejść i przycumować w głębszym miejscu, burtą do betonowej kei zaraz na lewo od główek.

 

SKILLINGE

Startując z polskiego wybrzeża, lub z portów Bornholmu czy Christiansö kończymy forsowanie Bałtyku w porcie miasteczka Skillinge, na w zachodniej flance zatoki Hannobukten. Ten odcinek wybrzeża można zauważyć ze wzgórz północnej części Bornholmu. Żeglarzy wabi tu spora marina dobrze osłonięta przed zachodnimi wiatrami. Oświetlone podejście wyznacza nabieżnik, światło sektorowe i kilka bojek ograniczających farwater. Jachty cumują w pierwszym basenie, jest tu około 20 miejsc dla gości.

Samo miasteczko jest stosunkowo małe, liczy około 1000 mieszańców. Lista atrakcji wymienia teatr i właściwie nic więcej. Wyspa Rodos w starożytności słynęła z Kolosa Rodyjskiego, wielkiej figury Heliosa zdobiącej port. Skillinge zamiast Heliosa postawiło w porcie coś dziwnego. Na kamiennym piedestale stoi metalowa figura kojarząca się w wikingiem z dorodnym biustem. To dzieło z pewnością nie zostanie wpisane na listę siedmiu cudów świata. Jeśli pogoda zatrzyma nas w porcie na dłużej, warto przespacerować się do pobliskiej (3-4 km) miejscowości Glimmingshus i zwiedzić romański budynek w centrum osady. We wczesnym średniowieczu nad Bałtykiem budowano z kamienia głównie świątynie, które objęte rodzajem ochrony przetrwały do naszych czasów. Romańskie budowle „cywilne” zachowały się bardzo rzadko.

 

BRANTEVIK

Osada jest niewielka, liczy kilkuset mieszkańców, posiada jednak dwie przystanie wykorzystywane głównie przez rybaków. Robi wrażenie jakby zatrzymał się tu czas. Przystanie, nawet ta południowa, większa z podwójnymi falochronami mieszczą tylko kilka kutrów i jachtów. Wejście do portu zabezpieczone jest zewnętrznym falochronem tworzącym rodzaj awanportu. Akwen ten tłumi rozkołys od morza. Po minięciu główek wewnętrznego falochronu należy niezwłocznie kręcić w prawo do basenu postojowego. Przyczyną takiego postępowania jest konieczność uniknięcia kamienistych mielizn przy pirsie.

Węgorz z Brantevik (Branteviksålen) należał do popularnego podgatunku węgorza europejskiego (Anguilla anguilla). W 1859 roku został wpuszczony do studni w mieście, dożył do 2014 roku, czyli ponad 150 lat. Przynajmniej tak stwierdzili eksperci. Znany jest inny przypadek długowiecznego węgorza, który dożył w czeskiej Pradze matuzalemowego wieku 68 lat. Praski staruszek żył w otwartej sadzawce i był regularnie dokarmiany przez ludzi, natomiast nikt nie wie czym odżywiał się Branteviksålen.

Węgorz europejski

W Morzu Sargassowym, na głębokości kilkuset metrów wykluwają się przeźroczyste larwy węgorza europejskiego. Ciepły Prąd Zatokowy (Golfstrom) niesie je w kierunku zachodnich wybrzeży Europy. W czasie podróży trwającej 2-3 lata, znakomita większość, ponad 99 % pada łupem ryb i innych drapieżników. Nieliczni szczęściarze, którzy przeżyli, osiągają kształt i wielkość liścia wierzbowego. Francuzi nazywają je narybkiem montee, który odławiany służy do zarybiania wód gdzie liczebność węgorzy jest zbyt niska, lub osiedlany jest na fermach, hodujących węgorze. Około piątego roku życia montee przeobrażają się kolejny, ostatni już raz. Dążą w ujścia europejskich rzek, wyglądają już jak małe typowe węgorzyki o długości do około 20 cm. Węgorze wykazują duży dyformizm płciowy przejawiający się w wielkości i sposobie bytowania. Samce pozostające w rejonie ujścia rzek osiągają skromną długość do około 60 cm, zaś samice wędrują nawet na odcinki źródliskowe rzek, gdzie dorastają do dwóch metrów i osiągają masę do 10 kg (rekord Polski 6,43 kg) . Po mniej, więcej dekadzie ryby wracają do morza i wędrują na tarło w Morzu Sargassowym, po tarle giną. Przynajmniej tak się przypuszcza, nie przebadano naukowo ich wędrówki między europejskimi rzekami a tarliskiem.

Uwaga. Krew węgorza zawiera truciznę, która po przedostaniu do krwiobiegu powoduje rozpadanie się czerwonych krwinek u ludzi. Jeśli skaleczymy się w trakcie oprawiania węgorza, z całą pewnością zainfekowana ranka będzie się źle goić i paprać przez dłuższy okres.

Pierwiosnka lekarska. Ponad dwadzieścia lat temu przyrodnicy szwedzcy zaobserwowali zanik liczebności i miejscowe wyginięcie sympatycznej, kwitnącej wiosną rośliny, pierwiosnki lekarskiej. Opracowano i wdrożono program reintrodukcji na terenach wschodniej Skanii. Mimo dużego nakładu pracy i środków finansowych, wyniki działań nie pozwalały na optymizm. Jednak po latach od zaniechania programu roślina pojawiła się licznie na wybrzeżach między Kåseberga i Simirshamn.

Pierwiosnka lekarska. Foto; Jerzy Kowalewicz

 

SIMIRSHAMN

Do niedawna największy szwedzki port rybacki, obecnie głównie pełni rolę mariny żeglarskiej. Falochrony dobrze chronią akwen przed falowaniem nawet w czasie sztormu ze wschodu.

Port w Simirshamn. Foto: oficjalna strona miasta.

Miasteczko jest stare, nazwę odziedziczyło ponoć w spadku po germańskim plemieniu Cymbrów, którzy wyemigrowali stąd i w czasie wędrówki ludów pałętali po Europie. Na przełomie I i II tysiąclecia naszej ery funkcjonowała tu spora osada rybacka. Chyba nieźle prosperowała, skoro mieszkańców stać było na wystawienie reprezentacyjnego, kamiennego kościoła poświęconego patronowi ludzi pracujących na morzu.

Kościół Sankt Nicolai. Powstał w okresie panowania stylu romańskiego, jego założenia i architekturę oparto na nieco starszym kościele w Aakirkeby na Bornholmie. Kościół zachował romańską bryłę i romańskie detale chóru. Ceglane przyklejki (ganek, wieża) to już efekt rozbudowy w stylu gotyckim. Wyposażenie obejmuje schyłek renesansu (ołtarz, ambona) i barok. Dziwi nieco, że styl barokowy będący orężem ideologicznym kontrreformacji przyjął się w krajach skandynawskich zdominowanych przez reformację. Wprawdzie jest to skromniejsza, mniej ozdobna, dość purytańska w formie wersja stylu, jednakże jest to barok. Posadzkę nawy wykonano z kamiennych epitafiów, pochodzących prawdopodobnie z przykościelnego cmentarza i użytych tu raczej wtórnie.

Kościół św. Mikołaja. Foto: Jerzy Kowalewicz

Autoseum. Simirshamn szczyci się kolekcją starych samochodów. Na dużym placu eksponuje się modele pamiętające nawet okres międzywojenny. Można prześledzić zmianę stylistyki pojazdów w okresie bądź co bądź tylko kilkudziesięciu lat.

Kamienie runiczne. W pobliskiej osadzie Simris odkryto dwa kamienie pokryte inskrypcjami runicznymi. Runy wykonano w XI wieku, czyli u schyłku epoki wikingów. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa wmurowano je w ściany lokalnego kościoła, gdzie przetrwały do 1716 roku. Odszyfrowany napis zawiera jedną z najstarszych pisanych skandynawskich wzmianek o Szwecji, czyli jest rodzajem szwedzkiego „Dagome judex”. Ponoć sposób zdobienia, i tekst również świadczą o szwedzkim pochodzeniu zabytku. Jeden z kamieni ustawiono dla uczczenia pamięci wojownika o imieniu Hrafn. Kamień powstał w czasach kiedy cała Skania należała do Danii, został jednak wykonany na sposób szwedzki, czyli w jakiś sposób legitymizuje postanowienia Traktatu z Roskilde (1658 r.), który spowodował zajęcie Skanii i Blekinge przez Szwecję. W wyniku serii wojen obydwie krainy „wróciły do macierzy”.

 

BASKEMŐLLE

Kilka mil dalej leży mały porcik, typu „dziupla przyklejona do brzegu”, podwójne falochrony chronią przed rozkołysem. Bezpośrednio po wejściu za wewnętrzny falochron należy kierować się do basenu leżącego na lewo. Akwen na prawo i w rejonie slipu jest płytki, ponoć głębokości oscylują nawet w granicach jednego metra.

Sama miejscowość też jest malutka, na stałe mieszka tu może kilka tuzinów osób. Większość budynków to domki letnie mieszczuchów z odleglejszych od morza rejonów Skanii. Panuje tu dość specyficzny klimat, wynikający być może z historii najbliższej okolicy. Od kilkuset lat mieszkali tu rolnicy i rybacy, w XVIII wieku zaczęto wytapiać ołów, nawet nazwa osady tłumaczy się jako „młyn ołowiowy”. Rudę ołowiu kruszono przy pomocy urządzenia napędzanego kołem wodnym zbudowanym na pobliskim potoku. Postępował powolny rozwój demograficzny. Dopiero od połowy XIX wieku każde kolejne pokolenie przeżywało dramat. Serię nieszczęść zapoczątkowała epidemia cholery zabijającej nawet po kilkanaście osób miesięcznie, następne lata przyniosły sekwencje pożarów niszczących kompletnie siedliska ludzkie. Zachowały się tylko dwa domy. Mieszkańcy pozbawieni środków do życia emigrowali do Ameryki. Coś jednak musi być w tym miejscu skoro większość emigrantów po dorobieniu się na obczyźnie wróciła. Masowy powrót z emigracji zarobkowej jest przypadkiem bez precedensu w całej Europie.

W ostatnich latach miejscowość zasłynęła w Szwecji z powstania wioski ekologicznej Ekobyn. „Ekowieśniacy” budują domy w z materiałów biodegradowalnych, czyli w tym przypadku z keramzytu, gliny, obornika i chrustu. Niegdyś w Polsce takie materiały budowlane nazywano zaprawą GGŚ co wykłada się jako gówno, glina i ślina. Pokarm stanowią owoce, warzywa korzeniowe i zboża produkowane wyłącznie na zasadach uprawy biodynamicznej (organicznej). Naczynia stołowe produkuje warsztat ceramiczny. O wartości intelektualne i duchowe dbają: szkoła kształcącą systemem Walldorf i centrum jogi.

 

KIVIK

Stenshuvud. Z morza widać stosunkowo wysoki pagór (97 metrów), jeszcze optycznie podwyższony starym lasem. W płaskim krajobrazie dominuje nad okolicą. To wg ludowych podań „Głowa Stena”, olbrzyma, niegdyś zamieszkującego niedaleką jaskinię. Wzgórze i najbliższe tereny obecnie stanowią park narodowy. Park zajmuje niewielki teren, tylko kilka kilometrów kwadratowych, mimo tego szczyci się występowaniem ponad 600 gatunków roślin naczyniowych, co na tak małym obszarze jest liczbą imponującą. Występują tu rzadkie gatunki roślin i zwierząt. W czasie pobytu w Kivik warto odbyć spacer na wzgórze, skąd rozciąga się wspaniały widok i zwiedzić pobliskie ruiny fortyfikacji z czasów kształtowania się społeczności szwedzkich wikingów.( kultura Vendel)

Port. Kurs na główki wyznacza nabieżnik utworzony przez dwa czerwone, stałe światła. Podejście, oprócz okresu silnego wiatru z kierunków wschodnich, jest dość proste, jednak już w akwenie portowym należy zachować ostrożność. Wprawdzie locja podaje głębokość około 3 metrów, jednak przy południowym falochronie jest bardzo płytko. Falochron ten nadbudowano na skalistej wysepce zamykającej akwen. Jej wierzchołek wystaje nad wodę. Wprawdzie falochrony obejmują spory obszar, ale miejsc do cumowania jest niewiele. Jachty zatrzymują się przy pirsie równoległym do falochronu. Jest tu około 30 miejsc postojowych, kawałek kei na stałym lądzie wykorzystują głównie jednostki rybackie. Nieco na północ leży mała przystań Vitemölla.

Miasteczko leży na północ od Stenshuvud, liczy około tysiąca mieszkańców, słynie w kraju ze swoich sadów jabłoniowych, a zwłaszcza z jabłkowego cydru wabiącego koneserów z całej Szwecji. Niestety cydrowe źródełko bije obficie tylko co trzy tygodnie w sezonie letnim. Odebrałem Kivik jako takie sobie miłe miasteczko, posiada ono jednak unikalny w skali europejskiej zabytek, znany dobrze w światku archeologicznym.

Kungagraven. Ta nieco pogańska nazwa, tłumaczona jako „królewski grobowiec”, oznacza obiekt pamiętający czasy pogańskie i to zamierzchłe, bo aż epokę brązu. Grobowiec składa się z kolistego nasypu o średnicy 75 metrów, kryje on tunele i komory grobowe zbudowane z kamienia.

Wejście do komory grobowej Kungagraven w Kivik. Foto: Jerzy Kowalewicz

Megalitycznych budowli, zwłaszcza w zachodniej Europie jest dość sporo, bardziej znane są te, w których zachowały się ryty bądź malowidła naskalne. Występują stosunkowo rzadko i przedstawiają jakieś pojedyncze symbole, najczęściej interpretowane jako znaki solarne. Nawet słynny New Grange w Irlandii może poszczycić się tylko spiralą wykutą na powierzchni jednego z głazów. Jest jednak dużo starszy. W Kungagraven Kivik zachowała się cała galeria płyt z petroglifami. I to pokrytych pełnymi scenami rodzajowymi, przedstawiającymi jakieś rytuały, wizerunki ludzi, elementów uzbrojenia, zwierząt, statków, wozów, rydwanów ciągniętych przez konie. Zwraca uwagę korowód postaci ubranych w długie szaty. Wygląda to na rodzaj reportażu z obchodów jakiejś uroczystości. Podobną tematykę prezentuje tylko, pochodząca z tego samego okresu naskalna galeria z Val Cammonica odkryta w rejonie nasady Półwyspu Apenińskiego. Jednak gdzie Krym a gdzie Rzym. Jeszcze jeden element odróżnia Kungagraven od wszelkich innych dolmenów grobowych, jako jedyny ze znanych europejskich grobowców z epoki brązu jest budowlą piętrową.

W czasach nowożytnych dolmen był eksploatowany jako dogodny kamieniołom, a po odkryciu komór grobowych, dewastowany w poszukiwaniu skarbów. Skarbów nie znaleziono, zaś obiekt popadł w ruinę, zaginęło wyposażenie komór grobowych i resztki kości pochowanych tu dwóch osób. W latach trzydziestych XX wieku przeprowadzono wykopaliska archeologiczne. Na ich podstawie i przy dużym udziale wyobraźni odbudowano zdewastowane części budowli. Tu i ówdzie sztukując braki betonem. Ryty naskalne, pewnie na potrzeby licznych zwiedzających, pomalowano na żywe kolorki i wyglądają nieco zbyt świeżutko.

 

ÅHUS

Wpływamy w północne ujście sporej rzeki Helge å, wpadającej do zatoki Hanöbukten. Takie miejsca od dawien, dawna przyciągały mieszkańców morskich wybrzeży. Tu natura, tworząc osłonięty, odpowiednio głęboki akwen, odwaliła lwią część pracy przy budowie portu dla łodzi i statków. Ludziom pozostało tylko wybudowanie kilku nabrzeży i magazynów.

Na północnym brzegu Helge å rozłożyło się miasto Åhus, liczące około 10 tysięcy mieszkańców. Początkowo było osadą wikingów, po wprowadzeniu chrześcijaństwa nastąpił gwałtowny rozwój, zwiększyła się liczba ludności, na wysepce zbudowano niewielki zameczek obronny Aosehus, mógł pełnić również rolę komory celnej. Już w połowie XII wieku osada otrzymała prawa miejskie i zaczęła budować romański kościół Sankta Maria Kyrka, który przez wieki rozbudowywany i modernizowany przetrwał do chwili obecnej, podobnie jak resztki obronnych murów miejskich. Miasto jeszcze teraz posiada czytelny, średniowieczny układ zabudowy.

Przez całe średniowiecze, doskonale położony port w ujściu spławnej rzeki Helge å, łączącej centralną Skanię z morzem należał do arcybiskupstwa w Lund. Kolejni katoliccy arcybiskupi, we własnym, dobrze pojętym interesie, dbali o rozwój miasta. Jego port pełnił rolę bazy dla floty, która nawet umożliwiła opanowanie Bornholmu.

Wprowadzenie reformacji i częste wojny duńsko – szwedzkie spowodowały upadek struktur gospodarczych, a nawet odebranie praw miejskich. Dopiero wiek XIX, dzięki rozwojowi przemysłu przyniósł ożywienie gospodarcze i demograficzne. W tym przypadku też pomogła rzeka, ciężko pracując w prawie dwudziestu elektrowniach wodnych dostarczających energii na potrzeby produkcji przemysłowej i dla mieszkańców.

Oprócz ruchliwego portu dla kontenerowców w Åhus funkcjonuje rozlewnia znanej wódki „Absolut”, i siedziby kilku innych firm międzynarodowych.

Kościół Mariacki (Sankta Maria Kyrka). Trudno doszukać się w gotyckim budynku pozostałości stylu romańskiego. Jedynie na jednej z ceglanych elewacji wystają fragmenty kamiennych rzeźb pochodzących z najstarszej, kamiennej jeszcze budowli.

Kościół Mariacki. Foto: Jerzy Kowalewicz

Kilkaset lat modernizacji budynku, liczne rozbudowy i remonty upodobniły świątynię do standardowego wyglądu typowego, ceglanego kościoła na Bałtykiem. Wnętrze ogołociła reformacja, dewastując elementy wyposażenia. Przetrwały jedynie; ołtarz w formie tryptyku i romańska chrzcielnica. W kilku miejscach dolnej części najstarszych murów można zauważyć niewielkie fragmenty starych polichromii.

Na szczęście, wszelkie kataklizmy ominęły dwa gotyckie portale, które zachowały się w ścianach południowej i zachodniej. Obydwa obramowania otworów drzwiowych wykonano w obrysie typowego, gotyckiego triforium, czyli okna podzielonego na trzy segmenty, rozdzielone słupkami z kamienia lub wyprofilowanych cegieł. W drzwiach takie elementy są nie do przyjęcia, oczywiście nie wykonano ich, zachowując jednak obrys triforium. Zwieńczenia portali wskazują na genezę formy. Szczególnie w portalu ściany zachodniej zwraca uwagę subtelna zmiana potrójnego łuku triforium do linii pełnego łuku gotyckiego. Portale z Åhus są jedynymi tak ukształtowanymi elementami architektonicznymi w Szwecji, a nawet nad Bałtykiem. Ich autor, architekt lub kamieniarz pochodził prawdopodobnie z Dolnej Saksonii gdzie spotyka się podobne rozwiązania. Inna wersja wskazuje na Gotlandię.

Ӓspet. Wpływając w ujście Helge å, od razu zauważymy różnicę w zagospodarowaniu brzegów rzeki. Na prawo ciągną się tereny przemysłowe, zaś lewy brzeg pokrywa stary las Kronoskogen. W lesie leży niewielkie jezioro, prawdopodobnie pozostałość laguny przyujściowej. Takie tereny wabią ptaki wodne, które znajdują tu miejsce do rozrodu lub wypoczynku na przelotach. Presja ornitologów i podglądaczy ptaków, wymusiła wyposażenie terenu w wieże obserwacyjne i urządzenia służące licznym osobom wypoczywającym tu, szczególnie w czasie weekendów.

Festiwal Węgorza (Ålafestivalen). Niegdyś w rzekach wpadających do morza odławiano duże ilości węgorzy wędrujących w górę rzek lub spływających do morza i dalej wędrujących na tarliska w Morzu Sargassowym. W dogodnych miejscach budowano tzw. węgornie służące do odłowu smacznych, tłustych ryb. Węgorze wędzono zwiększając ich trwałość i przydatność do zjedzenia. Pamiątką węgorzowej hossy jest doroczny Festiwal Węgorza, który odbywa się w drugiej połowie sierpnia. Ponoć w czasie imprezy serwuje się ponad sto potraw z węgorzy.

 

WYBRZEŻE BLEKINGE

Wkrótce po wyjściu z Åhus opuszczamy Skanię, wpływając na teren kolejnej krainy czyli Blekinge. Zmienia się też charakter brzegu, zanikają ukształtowane przez lodowiec piaszczyste, zerodowane skarpy i głazy narzutowe wymyte ze zboczy. Zaczyna się skraj archaicznej Płyty Fennoskańskiej będącej najstarszym, widocznym kawałkiem Europy. Z morza wystają dawne górskie szczyty zbudowane z gnejsów, granitów, i pegmatytów. Czasami ich pęknięcia wypełniają żyły czarnych bazaltów lub białych kwarcytów. Lokalnie można natrafić na tzw. „wstęgowane rudy żelaza” powstałe w czasie globalnej katastrofy spowodowanej pojawieniem się tlenu w wodach i atmosferze. W czasie epoki zlodowaceń powierzchnię skał wypolerował lądolód skandynawski. W zakamarkach i pęknięciach skał rozwinęły się kolorowe kożuchy, mchów, porostów i kilku gatunków sukulentów.

Typowy szkier. Foto: Kazimierz Olszanowski

Galimatias przylądków, fiordów wysp, wysepek i szkierów skomplikował żeglugę, wymusił dokładność nawigacji. Głębokie, wrzynające się w ląd fiordy i osłonięte akweny z licznymi wyspami pozwoliły na budowę portów i niewielkich przystani, obecnie pełniących z reguły rolę marin żeglarskich.

Wybrzeża Blekinge kryją kilkadziesiąt przystani. W wielu z nich nie miałem okazji przebywać, toteż w niniejszym tekście opiszę tylko te, które odwiedziłem.

Blekinge

Wprawdzie nazwa krainy wywodzi się od zwrotu cisza morska, to jednak przez kilkaset lat nie było tu dłuższych okresów spokoju. Duńczycy jako pierwsi wśród ludów skandynawskich utworzyli państwo feudalne. Dania w czasie kilku dziesięcioleci podporządkowała sobie liczne plemienne państewka rządzone przez lokalnych władców, w tym tereny obecnego Blekinge (1026 r.).  Od wczesnego średniowieczu przez 650 lat, na rzece Mörrumsån przebiegała granica między terenami należącymi do Danii i do formującej się Szwecji. W czasach nowożytnych, dzięki rozbudowanej flocie Szwedzi głównie wojowali na morzu lub za morzem, traktując Blekinge jako wygodnie położony poligon ćwiczebny dla wojsk lądowych. Pogranicze często stało w ogniu wzajemnych walk, aż do czasu utraty przez Danię posiadłości na Półwyspie Skandynawskim. Nastąpiło to w wyniku ustaleń  Traktatu z Roskilde (1658 rok). Wkrótce po inkorporacji ziem, Szwecja przestąpiła do ich ufortyfikowania. Rozbudowano kilka miast twierdz leżących poza linią brzegową; Elleholm, czy Avaskär. Główny, duński punkt oporu zniszczony działaniami wojennymi zamek Sölvesborg pozostawiano na pastwę czasu.  Na wyspie Trossö  zbudowano miasto-twierdzę Karlskrona stanowiącą potężną bazę sił morskich, która funkcjonuje do chwili obecnej, czyli ponad 350 lat.

Niegdyś, nachylony łagodnie ku południowi teren prowincji, porastały lasy dębowe, w ciągu wieków wykorzystywane przy budowie jednostek pływających i jako miejsce hodowli zdziczałych świń. Był to powszechny w średniowiecznej Europie sposób gospodarowania. Z czasem miejsce dębów zajęły sady owocowe, głównie jabłoniowe. Sprzyjają im łagodniejsze niż w reszcie kraju zimy, cieplejsze lata i szczególnie w szerokich dolinach żyzna ziemia. Dzięki temu Blekinge stało się ogrodem Szwecji.

 

SÖLVESBORG

Wchodzimy w głąb wąskiej zatoki Sölvesborgsviken, jej kamieniste, poszarpane brzegi, płycizny i stada widocznych i ukrytych płytko pod wodą głazów wymagają starannej żeglugi dobrze oznaczonym farwaterem. Trzymając się lewego brzegu, mijamy tereny portowe i dochodzimy do mariny żeglarskiej, dalszą drogę blokuje nisko zawieszona nad wodą kładka dla pieszych prowadząca na niedaleką wyspę Kaninholmen. Sama marina to tylko kilka pomostów prostopadłych do brzegu. Należy zwrócić uwagę na głębokości przy pomostach. Patrząc od południa dwa pierwsze oferują nieco ponad dwa metry, pozostałe już tylko około 1,7 metra (2012 rok rok).

Sölvesborg powstał jako organizm miejski na początku XII wieku. Miasto zbudowano wokół warownego zamku chroniącego wschodnie rubieże duńskiej Skanii przed atakami agresywnych dzikusów ze wschodu. Jest to oficjalna, lansowana wersja, jednak stwierdzono, że część kościoła jest starsza od zamku, czyli musiała tu już istnieć osada w czasach wikingów. Kościołów nie budowano z reguły na odludziu.

Zamek. Blokował główną drogę łączącą Skanię (Skåne) i Blekinge. Przez lata był powiększany i rozbudowywany. Podobnych zamków było na pograniczu więcej (m.in. w niedalekim  Bäckaskog), można powiedzieć, że przy ich budowie zastosowano projekt typowy. Wszystkie składały się z warownej wieży, budynku mieszkalnego i bramy otoczonych masywnym murem. Zabudowę uzupełniały drewniane stajnie, magazyny, warsztaty i podobne budynki gospodarcze. Po przegranej bitwie pod Knäred w 1637 roku, załoga duńska opuściła  zamek, wcześniej podkładając ogień, który zniszczył cały obiekt. Do naszych czasów przetrwał tylko fragment wieży i ostańce murów.

Kościół św. Mikołaja. Najstarsza część budynku pochodzi z XII wieku, obecny wygląd wskazuje na serię kolejnych rozbudów i modernizacji. Prawie sto procent widocznych, gotyckich murów wykonano z cegły ceramicznej, którą nad Bałtykiem zaczęto stosować dopiero z końcem następnego stulecia. Wprawdzie w kościele i pobliżu istnieje kilka kamieni pokrytych runami, i pamiętających przełom I i II tysiąclecia, jednak one mogły, szwedzkim zwyczajem zostać ściągnięte z okolicy i ustawione znacznie później przy kościele.  Jeśli uda się trafić na moment, kiedy kościół jest otwarty warto obejrzeć kamień z najbardziej czytelnym napisem, jak również XIV-wieczne freski na ścianach.

 

PUKAVIK

U wschodniej nasady, sterczącego w morze półwyspu w głębi niewielkiej zatoki leży mała miejscowość Pukavik, posiada niewielką stocznię specjalizującą się niegdyś w budowie drewnianych żaglowców. Stocznia głównie budowała jednostki rybackie i handlowe kabotażowce, przystosowane do pracy na szczególnie trudnym nautycznie Bałtyku. Wiele statków zbudowano w okresie końca Małej Epoki Lodowej, kiedy pola lodowe na południowych akwenach naszego morza nie były rzadkością tak jak obecnie.

Część żaglowców wypłynęła na dalekie oceany, bardziej znane to:

  • Trzymasztowy bark „The Black Opal”, („The Black Pearl”), rok budowy 1909
  • Trzymasztowy szkuner „Yngve”, („Lindo”, „Aleksandria”), rok budowy 1929
  • Trzymasztowy bark „Orion”, („SV Earl of Pembroke”), rok budowy 1945

Wszystkie wymienione wyżej statki mają za sobą bogatą karierę filmową, występowały w kilkunastu filmach. „Yngve” odszedł już na „wieczną wachtę”, w sztormie opodal przylądka Hatteras, pozostałe jeszcze pływają, bądź pracują jako hulki. Wiele innych, mniej znanych jeszcze żegluje turystycznie po Bałtyku i Morzu Północnym.

Stocznia podobno buduje jeszcze kutry rybackie, ale brak tu miejsca dla żeglarzy. Jest wprawdzie kilka malutkich przystani, kryjących się w brzegu, niestety w zasadzie brak atrakcji wabiących turystów-żeglarzy, którzy omijają były matecznik drewnianych żaglowców.

 

KARLSHAMN

W połowie XVII wieku, Szwecja włączyła w swoje terytorium Skanię i Blekinge. Wojowniczy król Karol X Gustaw, znany w Polsce z Potopu Szwedzkiego, postanowił umocnić wybrzeża zawłaszczonych terenów, budując fortyfikacje i bazy dla floty. Prace rozpoczęto w okolicy wioski Bodekull leżącej nad koniuszkiem fiordu w ujściu rzeki Mörrumsån. Zbudowano tam nawet stocznię budującą mniejsze okręty wojenne. Lokalizacja miała jednak wadę polegającą na łatwym dostępie od strony stałego lądu. Ostatecznie zdecydowano na budowę fortecy i bazy morskiej na wyspie Trossö leżącej bardziej na wschód. Stocznia jednak funkcjonowała stanowiąc zaczyn do powstania i rozwoju miasta, liczącego obecnie około 20 tysięcy mieszkańców. Miasto zbudowano w okresie triumfu reformacji, wtedy zaniechano już budowy kościelnych, gotyckich wież sterczących ku niebu. Współcześnie, zwłaszcza na podejściu można zauważyć, że w panoramie ujścia Mörrumsån wysokościowo dominują budowle przemysłowe i energetyczne.

Port. Oprócz terminalu dla promów kursujących do Kłajpedy, wydzielonych nabrzeży dla statków handlowych i małych promów w mieście i okolicy funkcjonuje kilka niewielkich przystani jachtowych. Większość jachtów przypływających do Karlshamn cumuje burtą do nabrzeży rzeki lub do kilkunastu Y-bomów zamontowanych przed pierwszym mostem. Cumując na rzece powinno się zwrócić uwagę na prąd, jego prędkość okresowo sięga 2 węzłów.

Cytadela (Kastelet). Na skalistej wysepce leżącej przed wejściem do portu zlokalizowano cytadelę mającą w założeniu bronić dostępu od strony morza. Po dobudowaniu od zachodu pirsu-falochronu wysepka broni port przed falami. Obecnie w Kastelet pozostało niewiele budowli z okresu powstania twierdzy, jakieś resztki kamiennych murów, bastionów, podziemne magazyny środków wybuchowych i kilka armat z czasów wojen napoleońskich porozstawianych sobie a muzom. Wysepka przeszła do cywila, stała się weekendowym wyrajem mieszkańców miasta, zwłaszcza tych obarczonych nieletnim przychówkiem. Od prawie ćwierci wieku urządzane są tu letnie spektakle teatralne wystawiane przez zespoły amatorskie. Tematykę spektakli oparto na popularnych, powszechnie znanych bajkach co i tak niewiele pomaga jako, że teksty napisane zostały w języku szwedzkim. Zabytkowy kościół stał się ulubionym miejscem ślubów. Istnieje znaczny popyt na jego usługi bowiem statystyczny Szwed, w wieku 40 lat ma za sobą średnio 2,18 ślubu.

Dziewczyna z łososiami. Przez miasto przepływa niewielka rzeczka Mörrumsån o górskim charakterze. Jej wartkie wody służyły łososiom do wędrówki na tarliska. W sezonie migracji odławiano je na skalę masową. Obecnie, znaną w światku wędkarskim rzekę wykorzystują jedynie amatorzy sportowego połowu ryb. Połów wymaga wykupienia stosunkowo drogiej licencji. Pamiątką po łososiowej obfitości jest klimatyczna statuetka dziewczyny łapiącej ryby wyskakujące z wody. Dziewczyna jak to dziewczyna podskakuje sobie goła na kamieniu, natomiast ryby wyskoczyły prawie sto lat temu z wody i zawisły w powietrzu. Można odnieść wrażenie, że za chwilę spadną z pluskiem do rzeki, ale one nie spadają. Moim zdaniem ta skromna rzeźbka jest jednym z najlepszych przykładów uchwycenia ruchu. Ciekawi mnie czy artysta tworzący to unikalne dzieło zapoznał się z walorami kulinarnymi swoich modeli? Wyjaśniam na wszelki wypadek: to pytanie dotyczy ryb a nie dziewczyny.

„Wikingowie”. Już ponad tysiąc lat temu wikingowie z tych okolic wyprawiali się po łupy na wschodnie wybrzeża Bałtyku. Bardzo cenionym towarem były futra zwierząt, lisów, bobrów, kun, nawet importowanych z Syberii soboli, jeszcze licznie występujących na północnych skrajach kontynentów Europy i Azji. Wikingowie z reguły rabowali zapasy tubylczych myśliwych zamieszkujących tajgę i tundrę.

Obecnie mieszkańcy wschodnich terenów rewanżują się. Oczywiście rozwój techniki zrobił swoje, współcześni wikingowie nie wiosłują pracowicie przez Bałtyk. Przypływają wygodnie promami linii Kłajpeda-Karlshamn. Pierwszym zadaniem jest kradzież odpowiednio pakownego samochodu, najlepiej jakiegoś kampera. Następnie okradając liczne i zupełnie nie zabezpieczone domki letniskowe wypełniają pojazd po sam dach. Pozostaje tylko powrót na prom i rejs do Kłajpedy. W przeważającej liczbie przypadków odbywa się to bez kłopotów.

Zdarzają się jednak małe potknięcia. W maju 2018 celnicy zatrzymali przy wjeździe na prom samochód z przyczepką, wypełnione kradzionymi, żeliwnymi meblami ogrodowymi, kosiarkami do trawy, telewizorami, lodówkami itp. Kierowcę tymczasowo zatrzymano, jednak wkrótce został zwolniony ze względu na brak dowodów, iż uczestniczył w kradzieży. Sprzyjający przestępcom system prawny i obowiązująca poprawność polityczna wystawiają Szwedów a właściwie mieszkańców wszystkich państw skandynawskich na ataki neowikingów. Cóż nosił wilk razy kilka …

 

KARLSKRONA

Podejście. Akwen usiany jest wyspami, wysepkami, mrowiem szkierów i ławicami podwodnych głazów. Żegluga wymaga starannej nawigacji. Radzę unikać nocnej żeglugi. Podejście najbezpieczniej rozpocząć przy czerwono-białej pławie otwartej wody (56 03.3033 N, 015 33.3153 E). Od tego punktu nasza trasa pokrywa się z rutą promową linii Gdynia-Karlskrona. Dalej płyniemy 3.3 Mm w białym sektorze światła ustawionego na wschodnim krańcu podwodnej sztucznej grobli. Grobli nie widać, skrywa ją dwumetrowa warstwa wody. Światło mijamy lewą burtą. Następnie sterujemy przez ok 3 Mm kursem 026, pilnując by utrzymać się w bezpiecznym sektorze, białego światła za rufą. Kolejne trzy mile przed dziobem, na wysepce w dzień widać dużą białą stawę a w nocy białe światło sektorowe. Płyniemy w bezpiecznym, białym sektorze światła, aż do początku farwateru wiodącego do mariny. W lewo kręcimy w momencie gdy czerwone boje farwateru ustawią się w linię prostą. Farwater wyznaczają pławy systemu bocznego i kardynalnego. Akwen portu jachtowego osłaniają dwa falochrony. Nie wiem jaką nazwę nosi marina, leży w miejscu zwanym Pottholmen. Jest tu ponad 200 miejsc postojowych. W Karlskronie, w tym na wyspie Trossö znajduje się kilkanaście niewielkich przystani dla jachtów.

Miasto, stolica krainy historycznej Blekinge, leży na kilkudziesięciu wyspach i szkierach, liczy prawie 40 tysięcy mieszkańców. Powstało w końcu XVII wieku jako zaplecze bazy floty wojennej. O wyborze lokalizacji zadecydowały: położenie w centralnej części Bałtyku i naturalna obronność miejsca. Król wymyślił sobie budowę bazy na terenie będącym własnością rolnika, który nie chciał pozbyć się źródła utrzymania. W oczekiwaniu na zmianę decyzji został na kilka lat zamknięty w lochu fortecy Kastelet w Karlshamn. W międzyczasie trwały roboty budowlane. Król Karol X Gustaw zlitował się w końcu nad uparciuchem i nawet wypłacił mu niewielkie odszkodowanie za ziemię i starty moralne.

Wszystkie znaczące budowle zbudowano w jednym okresie na „surowym korzeniu”, toteż ich architektura jest dość spójna. W mało zmienionym stanie zachowała się większość budowli z pierwszego okresu istnienia Karlskrony, dlatego miasto wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Cieśninę między główną wyspą Trossö a pobliską, ufortyfikowaną wysepką Lindholmen zamknięto dwoma falochronami i zamieniono na basen portowy. Wybudowano też stocznię, która wkrótce stała się największym zakładem przemysłowym w kraju. Ówcześnie Szwecja jako jeden z niewielu krajów europejskich posiadała dostęp do wysokiej jakości dębiny, podstawowego materiału do produkcji okrętów wojennych. Już w czasach Gustawa Adolfa dęby stanowiły regalium, czyli należały do króla. Nielegalna wycinka i wywóz dębiny za granicę mogła być ukarana śmiercią. Okręty budowano bez rysunków szczegółowych i nawet planów zładu opierając się wyłącznie na wiedzy i doświadczeniu szkutników. W Szwecji pracami szkutniczymi głównie kierowali przybysze z Holandii, gdzie sztuka budowy okrętów stała na bardzo wysokim poziomie.

Kościół Świętej Trójcy. Przy centralnym placu Stortorget spotyka się kościół zbudowany na przełomie XVII i XVIII wieku wg projektu Nicodemussa Tessina. Jest typową rotundą na planie centralnym, przekrytą półkulistą kopułą. Taki sposób zadaszenia nie ma odpowiednika na terenie całej Szwecji. Tu po prostu moda na kopuły nie przyjęła się. Kościół służył gminie niemieckiej i pewnie dlatego zbudowano go w tak egzotycznej w Szwecji formie.

Wyspa Stulholmen. Przy wschodnich wybrzeżach wyspy Trossö leży niewielka wysepka Stulholmen. Przez trzy wieki dominowały na niej obiekty służące wojsku. Obecnie mieści się tu bogate Muzeum Marynarki Wojennej. Muzeum eksponuje zbiory marynistyczne i militarne pamiętające XVII wiek. Na wysepce ustawiono kilka armat strzelających Panu Bogu w okno z okazji świąt lub uroczystości państwowych. Przy nabrzeżach cumują statki i niewielkie okręty wojenne. Szczególnym zabytkiem jest wrak zatopionego galeonu, który można oglądać z przeszklonego, podwodnego tunelu. Turystom udostępniono także okręt podwodny o napędzie konwencjonalnym, były brytyjski HMS „Neptun”.

Bastion Aurora. Foto: Jerzy Kowalewicz

Bastion Aurora. Projekt twierdzy obejmował budowę wieńca obronnych fortów mających w założeniu bronić dostępu do wyspy Trossö. Z braku środków finansowych i w wyniku zmian w polityce, zamierzenie spaliło na panewce, zbudowano jedynie trzy forty w tym tylko jeden zwany Bastionem Aurora został całkowicie wykończony. Jak na końcówkę XVII wieku bastion był słabo ufortyfikowany. Z pewnością nie przetrwałby ostrzału ciężkimi działami okrętowymi, mógł jedynie chronić przed desantami. Strzelnice na zadaszonej galerii mogły służyć artylerii o małym kalibrze i żołnierzom używającym muszkietów. Wiele wskazuje na to, że bastion służył głównie jako oprawa ważniejszych uroczystości; wizyt króla lub innych możnych.

Kościół Admiralicji. W pobliżu nasady wschodniego falochronu basenu wojennego rzuca się w oczy dość dziwna budowla. To największy w Szwecji drewniany kościół. Deskowe poszycie ścian pomalowano na typowy kolor ochry z Falun. Ponoć purytańsko wyposażone wnętrze może pomieścić nawet 4000 osób, co wydaje się być wartością mocno naciąganą, chyba że wiernych poukłada się warstwami. Przed kościołem ponad 200 lat temu ustawiono drewnianą figurę żebraka Roseboma, który zamarzł w mroźną noc sylwestrową. Pragmatyczni mieszkańcy miasta wykorzystują figurę jako skarbonkę na datki dla biednych. Sam Rosebom nie wygląda zbyt biednie, ubiór świadczy o elegancji i zamożności.

Skärva Herrgård. W XVIII wieku admirał Frederic Chapman, superintendent floty nabył tu posiadłość i zbudował wg własnego projektu rezydencję letnią. Podobnież cały budynek zbudowano w jednym okresie, choć wygląda jakby do istniejącego budynku w lokalnym stylu szwedzkim, nagle dobudowano elementy neoklasycystyczne, tworząc dość eklektyczne dzieło. Obiekt przetrwał do chwili obecnej w niezmienionej formie. Mieści niewielki, luksusowy hotel, jest miejscem spotkań okolicznościowych, uroczystości i konferencji.

Główny pas obrony. Trzy dekady temu jako „turysta-komunista”, z wrogiego kraju objętego Układem Warszawskim mogłem zwiedzić jedynie część wyspy Trossö. Wiele słyszałem o fortyfikacjach Karlskrony, rzeczywistość przyniosła rozczarowanie, kilka budowli o charakterze obronnym, kilka luf armatnich, poustawianych tu i tam. Jak na wielką twierdzę to zwykła mizerota. Dopiero po latach, już jako turysta z Europy, mogłem zwiedzić główne fortyfikacje i poznać nieco prawdy.

Jedyny szlak żeglowny wiedzie cieśniną Aspösund, między wyspami Tjurkö i Aspö, a właściwie między dwoma dużymi, silnie ufortyfikowanymi szkierami Kungholmen, i Drottningskär, które jeszcze bardziej ograniczają szerokość farwateru. Pod wodą, między Drottningskär a środkiem trasy żeglownej ułożono z głazów sztuczną rafę blokującą 70% szerokości przejścia. Widać ją nawet na zdjęciach satelitarnych. Pozostałe przesmyki i cieśniny, płytkie, wąskie, usiane szkierami i podwodnymi głazami wykluczają wszelkie próby wtargnięcia wrogich jednostek. Zaś kolejna rafa usypana wokół wyspy Kungholmen zamyka cieśninę na wyspę Tjurkö i chroni twierdzę przed desantami. Komunikację wyspy z pozostałymi obiektami Karskrony umożliwia unikalny w kształcie port Ekenabben na północnym cyplu wysepki. Na północ od fortecy Drottningskär funkcjonuje niewielka marina żeglarska, niegdyś pełniąca rolę przystani dla jednostek zaopatrzeniowych.

Port Ekenabben w fortecy Kungholmen. Foto: Wikipedia

Główny projektant twierdzy Eryk Dahlbergh, znany również z budowy kilku obiektów militarnych na terenie Szwedzkiego Pomorza i Mecklemburgii, między innymi w Wismarze i Lubece, doskonale wykorzystał warunki naturalne zatoki. Wąski farwater umożliwiał podejście jedynie w szyku torowym, czyli „gęsiego”. Strzelać mogły tylko pierwsze w szyku okręty i to wyłącznie z dwóch dział pościgowych każdy. Ich główna artyleria, ulokowana na burtach nie mogła być użyta. Dahlbergh postawił tzw” kreskę nad T”. Obydwie fortece Kungholmen, i Drottningskär tworzące ową kreskę, mogły strzelać pełnymi salwami, wykorzystując całą posiadaną artylerię. Dzięki temu miały dużą przewagę nad okrętami przeciwnika. Oprócz głównych fortec strzegących wejścia ufortyfikowano wszystkie wyspy i większe szkiery wokół Karlskorony. Nic dziwnego, że nie było nawet próby ataku na bazę floty, oprócz jednego, niezbyt odległego w czasie przypadku.

Wielka kompromitacja. Zbudowana ponad trzysta lat temu twierdza, wielokrotnie modernizowana i rozbudowywana, nie doczekała się w zasadzie próby wrogiego ataku. Zresztą twierdza miała chronić bazę ofensywnej floty umożliwiającej panowanie nad Bałtykiem. Po śmierci wojowniczego króla Karola XII, Szwedzi porzucili politykę ekspansji. Państwo przyjęło politykę neutralności w kolejnych wojnach. Neutralności też w razie czego trzeba bronić orężem, toteż fortyfikacje wzmacniano, aż do końca „zimnej wojny”. Okres gdy konfrontacja militarna „wisiała na włosku”, już na szczęście przeszedł do historii. Ale na wszelki wypadek chronicznie neutralna Szwecja zakupiła kilkaset doskonałych czołgów typu „Leopard”. Obecnie w porcie widzi się okręty wojenne, a stocznia buduje nowe. Do niedawna turyści z innych państw byli niezbyt mile widziani w Karlskronie.

Na początku lat osiemdziesiątych okazało się, że forteca nie spełnia właściwie swojej roli. Niewielka radziecka łódź podwodna U-137, sforsowała w nocy wszystkie zabezpieczenia i weszła do strzeżonego portu i to jeszcze ponoć w „pijanym widzie”. Przynajmniej tak wyjaśniła incydent strona radziecka. Ciekawe co by to było gdyby „podwodnyje moriaki” byli trzeźwi. Okręt był wyposażony w torpedy z głowicami jądrowymi, całe szczęście, iż nikt z załogi nie zauważył, że jest okazja trochę sobie postrzelać na wiwat.

Twierdzę najłatwiej poznać z pokładu jednego z krążących po porcie promów lub stateczków turystycznych. Warto poświęcić około 150-250 SEK i odbyć 3-4 godzinny rejs połączony ze zwiedzaniem Kungholmen.

 

Kurs Utklippan

Twierdza i jej fortyfikacje pozostają z rufą, autopilot steruje w kierunku Utklippan. Przychodzą myśli w stylu „słoń a sprawa polska”. Tłukliśmy się ze Szwedami ponad 200 lat. Sąsiedzi z północy upuścili nam sporo krwi i zrabowali gigantyczne dobra. Nawet potrafili ogołocić z ruchomości zamek w Wiśniczu położony daleko na południowym skraju Polski. Kilku naszych hetmanów przeszło do historii tępiąc Szwedów w wielu bitwach. Między szarymi obywatelami obydwu krajów też nie było widać przejawów sielanki. Szwedzkie matki, niegrzeczne dzieci straszyły Polakami. Rabunkowa eksploatacja podbitych terenów Polski spowodowała wybuch antyszwedzkiego powstania. Przyłączyli się do niego nawet chłopi pańszczyźniani, w owym czasie obojętni na politykę. Po śmierci Karola XII w ciągu prawie kolejnych dwustu lat wzajemne animozje wygasły. Po wybuchu II wojny światowej w Szwecji schroniły się polskie okręty wojenne i statki handlowe oraz „Dar Pomorza”. W Sztokholmie przez całą wojnę funkcjonowała ambasada polska, a w Malmö konsulat. Po wojnie Szwecja przyjmowała uciekinierów i emigrantów politycznych z Polski. W ostatnich latach prawie 40 tysięcy osób, które wyemigrowały na północ z przyczyn ekonomicznych. Obecnie mieszka na stałe w Szwecji ponad 110 tysięcy Polaków.

 

UTKLIPPAN

Panorama Utklippan. Źródło: Oficjalna Strona Wysepek

Wybrzeże Blekinge od wschodu flankuje grupka skał i szkierów odległych kilkanaście mil od najbliższego, stałego lądu. Cieśninę między dwiema większymi Södraskär i Norraskär zabezpieczono krótkimi falochronami tworząc rodzaj awanportu. Kamienny falochron wewnętrzy dzieli akwen na dwie części. W masywie wyspy północnej, przy pomocy środków wybuchowych, wykuto niewielki, prostokątny basen portowy. Tam można przycumować burtą do betonowego nabrzeża. Lokalizacja portu pozwala na wybór bezpieczniejszego wejścia do awanportu. Obydwa są wąskie i najeżone skałami, toteż należy unikać nawietrznego w danej chwili. Oprócz basenu postojowego przy wszystkich innych brzegach jest płytko i kamieniście.

Na wysepkach jest latarnia morska (rok budowy 1870), stacja ornitologiczne, kilka domków w tym jeden wykorzystywany jako hostel i niewiele więcej. Latarnia funkcjonowała od XVIII wieku, jednak światło zasilane było olejem. Cieśnina między wysepkami służyła rybakom łowiącym w pobliżu jako port schronienia. Pełniła też rolę okresowej bazy rybackiej, tu kutry łowcze wyładowywały beczki z połowem i zaopatrywały się w sól i puste beczki. Specjalne statki łącznikowe odwoziły połowy na ląd i przywoziły niezbędne zaopatrzenie.

Lansuje się informacje jakoby na Utklippan funkcjonowała twierdza, jako dowód przedstawia starą armatę z początku XIX wieku. Obecna wieża latarni morskiej ponoć kryje resztki fortyfikacji. Po twierdzy powinny pozostać jakieś ślady, ale nic takiego nie można zauważyć. Nie dość, że nie ma śladów twierdzy to jeszcze ze strategicznego punktu widzenia budowa tu fortyfikacji była bezsensem.

XVIII-wieczna armata. Foto: Jarek Pasierski

Rośliny. Skały, morze, powietrze i nic więcej. Ubogie środowisko pozwalające przetrwać bardzo niewielu gatunkom roślin i zwierząt. Przy niskiej bioróżnorodności, część gatunków z braku konkurencji, rozwija się ekspansywnie. Rośliny zajmują wszelkie dostępne miejsca. Na Utklippan i podobnych odosobnionych skałach nadmorskich gwałtownie rozwijają się sukulenty, głównie rozchodnik ostry z rodziny gruboszowatych . Zwłaszcza te ostatnie potrafią powierzchnię wysepek pokryć dywanem jednokolorowych kwiatów. Sukulenty wykształciły specjalne przystosowanie do życia w trudnych warunkach. Masywne łodygi i listki magazynują w tkankach zapas wody niezbędnej do wzrostu i przetrwania. Ponoć rozbitkowie wykorzystywali wodę zawartą w tych roślinach.

Rozchodnik ostry. Foto: Andrzej Chrzczonowski

Powierzchnie zwilżanych morską wodą i deszczem gnejsów i granitów pokrywają kolorowe plamy prymitywnych porostów. To one były wśród pionierskich organizmów kolonizujących suchy ląd. Porosty rosną bardzo wolno a jeszcze wolniej rozpuszczają skały podłoża. Za kilkadziesiąt mln lat wysepki zostaną zniszczone przez symbiont glonów i grzybów czyli porosty. Tylko kto to sprawdzi zwłaszcza, że skały Płyty Feenoskańskiej od czasu ustąpienia lodowca podnoszą się nawet do jednego centymetra rocznie, co może utrudniać obserwację. Porosty z pewnością przetrwają, przy braku istotnej konkurencji ze strony roślin naczyniowych, rosną nawet w najtrudniejszych warunkach. Rosjanie w czasie podróży kosmicznej „wystawili próbki porostów za okno”, narażając je na temperaturę bliską zeru absolutnemu, próżnię i promieniowanie kosmiczne. Po powrocie na ziemię porosty podjęły cykl życiowy i zaczęły się rozwijać.

Porost złotorost ścienny na Utklippan. Foto: Jarek Pasierski

W skalnych szczelinach gdzie zgromadziło się trochę słodkiej wody wraz z rozpuszczonymi w niej ptasimi odchodami, można trafić na skupiska roślin naczyniowych, głównie cykorii podróżnika i małych delikatnych dzwoneczków campanuli.

Zwierzęta kręgowe. Z ssaków tylko foki wykorzystują skaliste, nachylone ku wodzie brzegi wysepek. Nie stwierdzono jednak przypadków ich rozrodu. Przybrzeżne wody archipelagu zamieszkuje kilkadziesiąt gatunków ryb. Jedynie awifauna jest bogato reprezentowana, zarówno przez typowe morskie gatunki jak i gatunki lądowe traktujące wysepki jako przystanek w trakcie migracji. Typowe, morskie gatunki ptaków przedstawiłem w rozdziale Bornholm i Erholmene. Nie ma większych różnic między awifauną morską wysepek Ertholmene i Utklippan. Spektakularne migracje odbywają się z reguły poza sezonem żeglarskim, toteż mamy niewielkie szanse na ciekawsze obserwacje.

To już ostatni tym rejsie port na wodach Skanii i Blekinge, czas wracać do domu. Odległość z Utklippan do Christiansö wynosi 44 mile. Do Svaneke na Bornholmie trzeba przebyć 60 mil, do Kołobrzegu 105 mil, zaś do Świnoujścia około 132 mile.