CIEŚNINA SUND

Zaczynając od południa opisałem kolejne porty duńskie, by w najwęższym miejscu cieśniny przejść na stronę szwedzką i pożeglować na południe. W czasie dotychczasowych kilku rejsów nie miałem szansy odwiedzenia wszystkich portów jachtowych Sundu, jeszcze około dziesięciu pozostało niezbadanych. Mam nadzieję odwiedzić je w następnym sezonie, może jeszcze nie wszystkie, ale kilka z pewnością.

Uwaga praktyczna: Kolejne etapy rejsu powinno się rozpoczynać możliwie wcześnie. Doświadczenia z rejsu odbytego w pełni sezonu 2018 roku, wskazują na trudności ze znalezieniem wolnego miejsca postojowego pod koniec dnia.

WSTĘP

W Polsce przyjęła się nazwa własna Sund, chociaż słowo te oznacza po prostu cieśninę. Tubylcy zapisują jej nazwę, jako Øresund (Duńczycy) lub Öresund (Szwedzi). Obydwa słowa wymawia się podobnie. Obydwie wersje nazwy można przetłumaczyć jako: Złota Cieśnina.

Cieśnina morska między Półwyspem Skandynawskim a duńskimi wyspami Zelandią i Møn, jest elementem głównej drogi wodnej łączącej Bałtyk z Morzem Północnym. Ma długość około 120 kilometrów zaś szerokość od 4,4 do 49 km. Cieśnina jest stosunkowo płytka, naturalne głębokości osiągają 38 metrów. „Wąskie gardło” między Helsingør a Helsingborg powoduje, że Sund ma niewielkie znaczenie w wymianie wód między Morzem Północnym a Bałtykiem. Oprócz okresu cofek w cieśninie obserwuje się wychodzący słaby prąd powierzchniowy niosący cieplejszą i mniej zasoloną wodę z Bałtyku. Zasolenie oscyluje w granicach 10-16 ‰. W kilku miejscach wymaganą głębokość i szerokość toru wodnego zapewnia uporczywe pogłębianie.

W cieśninie leży kilka wysp: Zelandia, Amager, Ven, Saltholm i od kilkunastu lat sztuczna wysepka Peberholm usypana, jako element przeprawy Zelandia-Skania. Pozostałe małe wysepki z reguły powstały sztucznie skutkiem odcięcia kanałami kawałków stałego lądu lub większych wysp. Na brzegach rozłożyło się kilka dużych miast: Kopenhaga, Helsingør, Køge należące do Królestwa Dani iHelsingborg, Landskrona oraz Malmö należące do Królestwa Szwecji. Na początek mała dawka historii.

Od Brommso Lyngby do św. Ansgara

Najstarsze ślady człowieka na Sundem sięgają 14 tysięcy lat wstecz, pozostawiły je ludy określane nazwą kultury Brommso Lyngby. (Miasta w Danii) Byli to łowcy reniferów wędrujący po tundrze w poszukiwaniu zwierzyny. Charakterystyczne zabytki, głównie toporki z rogów renifera, trzoneczkowate groty strzał i łukowate drapacze napotyka się wzdłuż południowego Bałtyku od Danii po Litwę. W tym czasie linia brzegowa sięgała miejscami nawet 100 km na północ od naszego obecnego wybrzeża. Teraz żeglując w pasie przybrzeżnym z pewnością przepływamy nad zalegającymi na dnie artefaktami kultury Brommso Lyngby. Aktualne głębokości wskazują, że z Danii do Skanii można było przejść szerokim przesmykiem lądowym, czyli cieśniny właściwie nie było.

W ciągu kolejnych tysięcy lat na brzegach Sundu koczowały ludy łowiecko zbierackie. Przemieszczały się młodsze kultury paleolityczne; hamburska i ahrensburska, zaś po ociepleniu klimatu kultury mezolityczne; Duvensee i Maglemose. Dopiero około początku VI do ostatniej ćwierci V tysiąclecia p.n.e., Na Półwyspie Jutlandzkim wykształciła się kultura Ertebølle trwająca prawie 2 tysiące lat, z czasem opanowując tereny nad zachodnim Bałtykiem. W Polsce jej stanowiska odkryto nawet w Dąbkach na wschodnim wybrzeżu. Ludność Ertebølle żyła dzięki darom morza. Wyraźnym śladem jej funkcjonowania są tzw. nadmorskie śmietniska muszlowe, czyli wielkie hałdy odpadków zawierających muszle zjedzonych mięczaków. Największe z nich posiadają długość do 150 metrów i objętość ponad 1500 m3. Wśród odpadów znajduje się artefakty: harpuny, wiosła, fragmenty łodzi, sieci, haczyki na ryby. Bardzo nielicznie natrafiono na sprzęt do polowania na zwierzęta lądowe. Po raz pierwszy nad Bałtykiem pojawiła się prymitywna ceramika tzw. naczynia workowate z półokrągłym dnem. Zdobywanie podstawowego pożywienia (mięczaków) nie było zbyt czasochłonne, toteż poświęcano się sztuce wytwarzając z drewna, rogu i bursztynu realistyczne figurki zwierząt na wysokim poziomie artystycznym.

Przez następne tysiąclecia, aż do epoki brązu panowała młodsza epoka kamienia, czyli neolit. Dzięki wpływom rolniczych kultur naddunajskich zaczęto uprawiać ziemię i hodowlę zwierząt, powstawały trwalsze osady. Do naszych czasów przetrwały kamienne monolity, menhiry i dolmeny, czyli konstrukcje z olbrzymich głazów. Część z nich, czyli dolmeny, interpretuje się, jako grobowce, nikt jednak nie wie, czemu służyły menhiry, kamienne słupy ustawione pionowo. Jest wprawdzie kilkanaście koncepcji, ale wszystkie „diabła warte”.

Dania posiadająca najżyźniejsze relatywnie ziemie w całej Skandynawii rozkwitła w epoce brązu. Podstawą wyżywienia były płody rolne i mięso hodowlanych zwierząt. Niebagatelną rolę odgrywało rybołówstwo determinujące rozwój żeglugi. W społeczeństwach epoki brązu doszło do wyraźnego rozwarstwienia majątkowego ludności. Świadczą o tym pochówki; hołotę grzebano w dołkach wykopanych w ziemi, zaś wśród arystokracji modne stały się okazałe pochówki pod wielkimi kurhanami ziemnymi. Największe z nich wymagały usypania kilku tysięcy ton ziemi. Szacuje się, że w Danii istniało ponad 30 tysięcy kurhanów. Już ich tyle nie ma, przetrwało około tysiąca, w tym kilkanaście na wyspie Møn, którą odwiedzimy. Epoka żelaza, to nad Bałtykiem okres mniej, więcej od 500 lat przed narodzinami Chrystusa do 500 po tychże narodzinach. Dopiero teraz można mówić o praprzodkach wikingów, a nawet o ich okrętach. Słynny kamienny okręt z Kåsebergi koło Ystad w Szwecji z pewnością wyobraża używaną wtedy jednostkę. Został zbudowany najpóźniej około 1500 lat temu. Rysunki naskalne, petroglify znajdowane w całej Skandynawii wskazują, że początków żeglugi morskiej należy szukać nawet ponad tysiąclecie wcześniej. Uboga skandynawska gleba i kapryśne morze nie były w stanie wyżywić rosnącej populacji. Kolejne plemiona (Burgundowie, Goci, Gepidz i…) emigrowały na południowe wybrzeże Bałtyku i dalej na południe Europy. Pozostali, by „związać koniec z końcem”, zaczęli rabować sąsiadów, stali się wikingami. Pojawili się w zapiskach kronikarskich, jako bicz Boży.

Wikingowie

Nie pojawili się nagle „jak królik z kapelusza”. Ich sposób zarobkowania kształtował się przez kilkanaście pokoleń, choć za początek ery wikingów uważa się najazd na klasztor Lindisfarne we wschodniej Anglii, w końcu VIII wieku. Wikingowie norwescy kontynuowali najazdy na Wyspy Brytyjskie, szwedzcy zajęli się wschodnim Bałtykiem i terenami przyszłej Rusi, duńscy skupili się na terenach północnej Francji. Łupami z najazdów i towarami przywożonymi z dalekich podróży, handlowano między innymi w portach leżących nad Sundem. Podstawowym towarem byli niewolnicy przywożeni z Yorku (Jorvik), Dublina w Irlandii i dalej eksportowani na bliski wschód. W celach wojennych lub handlowych Wikingowie używali kilku typów okrętów. Muzea prezentują jakieś stare deski pozostałe po nich, można napotkać ich lepsze lub gorsze repliki żeglujące obecnie po Atlantyku, Bałtyku i Morzu Północnym. Jednak dopiero spotkanie „oko w oko” z najlepiej zachowanym „Okrętem z Osebergu” znajdującym się w Muzeum Wikingów w Oslo poraża jego urodą, zwłaszcza pięknem linii i finezją rzeźbionych ornamentów. Z Oslo do Sundu jest tylko nieco ponad sto mil i z pewnością takie zjawiskowe statki tu pływały. Okręt przetrwał, jako grobowiec, i to nie wikingów, a dwóch kobiet, co niezbyt pasuje do obiegowych poglądów. Podobnie jak powszechne używanie mieczy przez wikingów, którzy w znakomitej większości uzbrojeni byli w uniwersalne, poręczne topory. Wiele z nich to prawdziwe dzieła sztuki dobrze świadczące o kunszcie kowali. Ofiary uderzone czymś takim raczej nie miały szans na dłuższe podziwianie motywów zdobiących przedmiot służący do zabijania ludzi.

Topór bojowy z X wieku

Z czasem podbite ludy zmuszone były do uiszczania kontrybucji, Królestwa angielskie przez dziesięciolecia opłacały pokój tonami specjalnie bitych srebrnych monet, kontrybucję nazywano „dannegeld”. Jeden z angielskich królów odmówił płacenia haraczu, skutkiem tego potomni nadali mu przydomek „Nierozważny”. Z czasem rabusie osiedli się na terenach dotychczas gnębionych przejmując władzę z rąk lokalnych dynastii. Dotychczasowi wikingowie okazali się sprawnymi administratorami podbitych terenów. Duńscy wikingowie utworzyli silne księstwo Normandii, wnuk Mieszka I Kanut Wielki podbił ostatecznie Anglię i został jej powszechnie szanowanym królem. Norwescy banici utworzyli posiadłość na Islandii i Grenlandii. Odkryto też ich osiedle w Kanadzie założone około 1000 roku. W następnych pokoleniach ekspansja skierowała się w basen Morza Śródziemnego (Sycylia). Królowie duńscy upaństwowili wiking i zdarzało się powiesili tu i tam jakiegoś rabusia indywidualistę, bardzo przywiązanego do tradycji. Pojawiła się też silna konkurencja w postaci chąśników wendyjskich (słowiańskich).

W okresie „raczkowania” państw feudalnych, do Skandynawii zawitało chrześcijaństwo. W Danii wprowadził je współczesny Mieszkowi I, król Harald Sinozęby, władca Danii, Skanii i kawałka południowej Norwegii. Przez elity było przyjęte dość szybko, natomiast motłoch odnosił się z dużą rezerwą, tracąc kolejne źródło utrzymania. Chrześcijaństwo zakazywało niewolnictwa i nie było już, czym handlować. Pierwszym misjonarzem Skandynawów był św. Angsar żyjący ponad sto lat przed Sinozębym.

Św. Ansgar

Lokalny święty, patron wielu kościołów w krajach skandynawskich. Niemiecki mnich, który dzięki poparciu dworu cesarskiego zrobił gwałtowaną karierę w hierarchii kościelnej. Jako dwudziestolatek został legatem papieskim i arcybiskupem Hamburga a następnie Bremy. Odbył kilka wypraw misjonarskich do Skandynawii, w tym nad Sund. Nigdzie dłużej nie zagrzał miejsca, był zewsząd szybko wypędzany. Uważa się, że dokonał sporego falstartu i wyprzedził swoje czasy o stulecie. Jego, obiektywnie mówiąc nieliczne, nawrócone owieczki z wielkim wdziękiem potrafiły połączyć przykazanie miłości bliźniego z prokurowaniem „krwawego orła” tymże bliźnim. Chyba w związku z głęboką bessą na światowym rynku relikwii, już po dwóch latach od śmierci został wyniesiony na ołtarze; duchowo w całości, materialnie w kawałkach. Po reformacji rozproszone po całej północnej Europie szczątki-relikwie oddano matce ziemi. Przygotowując wyprawy misyjne, wybitnie dbał o ich oprawę ideologiczną, robił dużo szumu wokół własnej osoby, wciągnął nawet chrześcijańską Europę w dyskusję na temat; czy należy chrzcić psiogłowców?. Odpowiedź uczonych scholastyków brzmiała: „tak, wszak nawet św. Krzysztof był psiogłowcem”. Może to właśnie świetny pijar był przyczyną niezwykle pospiesznej kanonizacji.

Chrześcijaństwo

Wprowadziło swój system prawny, uznający wszystkich ludzi za równych w obliczu Stwórcy. Oczywiście tylko wtedy, gdy byli ochrzczeni. Pogańscy Skandynawowie już od kilku wieków posiadali własny system prawa zwyczajowego. W wielu prowincjach funkcjonowały lokalnie tzw. zwody praw opartych na ustnej tradycji. Część np. prawo zachodniej Gotlandii dotrwało do czasu wprowadzenia chrześcijaństwa, kiedy to zostało spisane przez mnichów. Prawo różnicowało ludzi w zależności od ich statusu społecznego. Na przykład za zabicie niewolnika (trara) trzeba było właścicielowi zapłacić 2 aurar (mała, złota moneta) zaś za zabicie właściciela już 8-16 aurar. Gdy zabójca był niewypłacalny, sumą odszkodowania obciążano jego rodzinę w zależności od stopnia pokrewieństwa.

Nowe prawo wprowadziło nową władzę, królowie już nie byli pierwszymi wśród równych. Nie byli władcami wybieranymi na lokalnych tingach, dzierżyli władzę z boskiego namaszczenia. Teraz obowiązywał system dziedziczenia, powstawały dynastie (w Danii dynastia Skjolding). Lokalnymi wodzami zostawali mianowani przez króla urzędnicy (nadzieleni ziemią). W powstających miastach formowała się klasa średnia obejmująca kupców i rzemieślników. Podstawową gałęzią gospodarki było rolnictwo, uprawa ziemi i hodowla zwierząt. Tu najdłużej zachowały się tradycyjne struktury społeczne. Na czele gospodarstwa stał dziedziczny właściciel „boendr”. Ten termin odpowiada polskiemu określeniu „władyka”.

W dogodnych miejscach wybrzeża, szczególnie tam gdzie brakowało ziemi uprawnej, głównym zajęciem ludności było rybołówstwo i handel solonymi śledziami. Liczne posty obowiązujące w chrześcijańskich krajach wprowadziły duży popyt na śledzie. Zasolone w beczkach, zachowywały trwałość i można było przewozić je na duże odległości. Przez wieki były podstawowym towarem eksportowym osad portowych położonych na brzegach Sundu. Do czasu jednak, pod koniec XIV wieku ławice śledzi zmieniły niespodziewanie trasy wędrówek na tarło. Nieznane są przyczyny takiego zachowania, jeszcze nie można mówić o zanieczyszczeniu wód i ociepleniu klimatycznym. Wprost przeciwnie klimat stawał się zimniejszy, zbliżała się Mała Epoka Lodowa. W szczytowym okresie zimna, ludzie między wyspami duńskimi a Skanią mogli w ostrzejsze zimy podróżować pieszo lub na saniach.

 

DANIA

Wyspa Møn

Już kilkanaście mil od wyspy można zauważyć długi pas białego wybrzeża. To unikalny, najwyższy nad Bałtykiem, kredowy klif (Møns Klint) wysokości 143 metrów nad poziomem morza. Pod klifem ciągnie się wąziutki pasek plaży usłanej bułami krzemiennymi, głazami polodowcowymi i złożami glonów wyrzuconych na brzeg. Przy silnych wiatrach i wysokiej fali z NE-E plaża jest zalewana przez wodę i w zasadzie przejście jest niemożliwe. Niebezpieczeństwo potęgują głazy i bryły skały wapiennej spadające z urwiska skutkiem erozji wiatrowej i wodnej.

Geografia pozwala na opłynięcie Møn dookoła, jednak jest to droga przez mękę. Wąskie, kręte farwatery, liczne mielizny i mosty zwodzone potrafią ostudzić zapał odkrywców. Jednak, gdy mocno sztormi ze wschodu, na otwartych wodach Sundu, można skryć się tu przed wysoką falą.

Klif kredowy na wyspie Møn. Foto: Kazimierz Olszanowski

Prehistoria pozostawiła na wyspie megalityczne grobowce z neolitu, oraz kurhany z epoki brązu. Późniejsze, burzliwe czasy, zwłaszcza presja najazdów różnych nacji wikingów zmusiły mieszkańców do budowy obiektów obronnych, głównie kamiennych, umocnionych kościołów. W kilku kościołach nad Sundem, istnieją specjalne pomieszczenia gdzie przechowywano broń. Głównym elementem systemu obrony wyspy był zamek w Stege. Obecnie po nim pozostała jedynie Brama Młynarska (Molleporten). W niedalekim Liselund znajdują się pałac i dwór z XVIII wieku, otoczone pięknym parkiem w stylu angielskim.

Na wyspie funkcjonuje kilka niewielkich portów. Największym i najważniejszym z nich jest port w Klintholmie. Zapewnia dogodny przystanek dla jachtów płynących między Sundem a południowym wybrzeżem Bałtyku. Stanowi swoistą bramę do wysp duńskich, Z Warnemunde i Stralsundu jest tu tylko około 50 mil, ze Świnoujścia 100, z Rønne na Bornholmie 75, czyli wszystkie leżą w zasięgu jednodniowej żeglugi od Klintholmu.

 

KLINTHOLM

Długi, kamienny falochron chroni kilka basenów portowych. Jachty powinny zajmować te położone w głębi portu na lewo od wejścia. Basen przy wejściu zajmują głównie jednostki rybackie. Sanitariaty i biuro mieszczą się na pirsie między częścią żeglarską i rybacką portu. Oprócz typowej infrastruktury portowej teren zabudowany jest koloniami piętrowych, drewnianych domków dla turystów.

W miasteczku brak większych atrakcji, zaś kilkanaście godzin żeglugi nieco wyczerpuje i z reguły załogi pozostają w porcie lub idą do pobliskiej cukierni na kawę czy lody. Jest pierwsza okazja na przeżycie szoku cenowego: 80 koron, czyli około 40 złotych za dwie gałki lodów wydaje się być ceną wygórowaną, mimo, że owe gałki są nieco większe od serwowanych w naszym kraju.

Marina w Klintholm. Foto: Filip Podgórski

Czysta woda w zakamarkach basenów pozwala czasami na obserwacje gatunków żyjących w morzu. Oprócz stad narybku można zobaczyć kolonie rzadkiego na naszym wybrzeżu morszczynu pęcherzykowatego, innych glonów i roślin wodnych, czy pełzające po dnie rozgwiazdy. Nawet pospolite parzydełkowe, chełbie bałtyckie są z reguły dużo większe niż w naszych stronach.

Wyspa Zelandia

Wąska cieśnina dzieli wyspę Møn od Zelandii, największej wyspy archipelagu. Pierwszym portem na Zelandii jest niewielka przystań Prӕstø leżąca w głębi fiordu o tej samej nazwie. Podejście prowadzi wąskim kanałem między piaszczystymi mieliznami. Jest tu płytko i niezbyt bezpiecznie, locja podaje głębokości 2 m. Trudne warunki na podejściu, głównie ruchy piasku na dnie, powodują, że z przystani korzystają głównie rezydenci i żeglarze dobrze znający okoliczne wody. Wprawdzie farwater jest dobrze oznaczony gęsto rozstawionymi pławami, ale nie gwarantuje to bezpiecznego wyjścia pod silny, wschodni wicher i wysoką falę rozbudowaną na całej długości Bałtyku.
Dalsza nasza trasa aż do Helsingøru wiedzie wzdłuż wschodniego brzegu Zelandii, po drodze odwiedzimy porty na pobliskich wyspach Saltholm i Amager.

 

FAXE

Bezpiecznym portem jest niedalekie, leżące w zatoczce Faxe. Podejście wiedzie od południa, blisko brzegów półwyspu flankującego od wschodu zatokę. Od morza akwen portowy chroni długi falochron. Przerwa na jego wschodnim krańcu pełni rolę wejścia do portu, umożliwia ruch jednostek pływających. Podejście wskazuje nabieżnik z dwóch czerwonych świateł i wyznaczony trzema parami pław farwater. Port posiada dwa baseny, pierwszy służy obsłudze statków wywożących kredę i kamień wapienny. Drugi osłonięty dodatkowym, poprzecznym falochronem zajmuje marina żeglarska.

Kościół. W obecnej formie został zbudowany w późnym stylu gotyckim z końcem XV wieku. W tym miejscu istniał romański kościół z bloków wapienia (poświadczony sto lat wcześniej). W ścianach odkryto jeszcze starsze, datowane na lata 1200-1250, granitowe kwadry z reliefami wyobrażającymi ludzkie dłonie. Mogły jednak pochodzić z innej, rozebranej już budowli. Przez kilkaset lat gotycka wersja budynku była wielokrotnie, modernizowana, rozbudowywana i remontowana. Reformacja też dołożyła swoje trzy grosze m.in. zamurowując część otworów drzwiowych i okiennych oraz zamalowując wapnem bogate freski, w zamian dobudowując nawę północną.

Kolorowa „biblia dla analfabetów” pokrywała obrazami wykonanymi na świeżym tynku wszystkie sklepienia i ściany wewnętrzne. Tematyka przedstawiała sceny biblijne w tym opowieść o konflikcie króla Heroda z Janem Chrzcicielem. Tego ostatniego ponoć na życzenie królowej Herodiady zdekapitowano. Miłośników templariuszy z pewnością zainteresuje scena adoracji odciętej głowy Jana Chrzciciela. Rzekoma adoracja głowy, uznana za praktykę heretycką, posłała wierchuszkę zakonu na stos. Historycy sztuki w pracach nad freskami doszukują się udziału malarza tzw. Mistrza z Brarup, który również ozdobił kościół na wyspie Falster, gdzie istnieją podobne malowidła sygnowane jego gmerkiem. Inni z ostrożności procesowej używają określenia „warsztat Mistrza z Brarup”. Freski powstawały w czasie ponad 150 lat, a takiego okresu żaden Mistrz, nawet najbardziej żywotny z pewnością nie był w stanie wytrzymać.

Pięcioprzęsłową nawę przykrywają sklepienia krzyżowe, oparte na smukłych kolumnach. Skromne, protestanckie wnętrza zdobią jedynie; barokowy ołtarz i ambona.

Muzeum geologiczne. Przez ponad 900 lat fragmenty klifu wykorzystywano, jako kamieniołomy wapienia, wyrobiska kredy i miejsca pozysku buł krzemiennych. Krzemień w czasach nowożytnych stał się bardzo pożądanym surowcem w okresie używania broni skałkowej. Z czasem pozostawiono klif samemu sobie, zaś rozpoczęto wydobycie ze złóż leżących nieco dalej od morza. Powstałe zagłębienia wypełniła woda tworząca piękne, zabarwione jonami wapnia błękitne jeziora. W pokładach wapienia, datowanych na 63 mln lat, przetrwały resztki zwierząt zamieszkujących ówczesne morze. Są to głównie belemnity, jeżowce, koralowce, muszle mięczaków, ale też archaiczne ryby. Wśród pięciuset gatunków skamieniałych zwierząt, gwiazdą kolekcji lokalnego muzeum geologicznego jest kompletny szkielet potężnego krokodyla. Wszystko to można zobaczyć w Geomuseum Faxe, a na dodatek spenetrować, pobliski spory teren w poszukiwaniu skamieniałości. (Faxe Limestone, Quarry)

Stevens Klint. Rozciąga się między Faxe a Rodwig. Wkrótce po niespodziewanym, a dramatycznym końcu dinozaurów, miejsce gdzie leży obecnie Zelandia kryło się pod wodami ciepłego morza. Jego skaliste brzegi zasiedliły koralowce budujące wielką rafę. Do utworzenia takiego tworu geologicznego niezbędne są: polipy koralowców, bardzo długi czas, wapń pochodzący z martwych organizmów morskich lub skał rozpuszczanych przez kwaśne deszcze i dwutlenek węgla. Tak informują plansze ustawione w pobliżu muzeum, nie wspominają jednak o genezie kredy – podstawowego budulca klifu. Skały kredowe powstały z opadłych na dno mikroskopijnych tarczek wapiennych tworzonych przez glony Coccos farellus tzw, kokkolity. Mają długość ok 0,002 mm, czyli na milimetrze można ich ułożyć prawie 500. Bryłka kredy wielkości kostki cukru może zawierać nawet 250 000 000 000 resztek kokkolitów.

Z czasem siły tektoniczne wypchnęły pokłady skał wapiennych na powierzchnię ziemi. Patrząc na białe masywy Steven Klint i podobnych urwisk wapiennych często nie zdajemy sobie sprawy, jaką istotną rolę odegrały w historii ziemskiego klimatu wiążąc gigantyczne ilości dwutlenku węgla, gazu cieplarnianego, którego nadmiar w atmosferze powoduje wzrost globalnej temperatury. Dwutlenku węgla dostarczały głównie erupcje wulkaniczne. Ponoć jeden cm3 skały wapiennej, zawiera ponad dwa litry gazu w cieśnieniu atmosferycznym.

Oprócz tradycyjnego wykorzystywania skalnego klifu, w szczytowym okresie napięć zimnej wojny w 1953 roku przy latarni morskiej Højerup na północnym skraju klifu rozlokowano baterię amerykańskich rakiet przeciwlotniczych. HAWK Battery Højerup stanowiła jeden z elementów systemu obronnego Kopenhagi, miała bronić stolicy Danii przed nisko lecącymi samolotami i rakietami. Był to obiekt należący do najtajniejszych w Danii. Na szczęście nigdy nie został użyty bojowo. Aktualnie teren i obiekty stanowią własność komune, czyli gminy, można je zwiedzać, nawet tunel i pomieszczenia podziemne wykute w wapiennych skałach. Ze względów bezpieczeństwa tylko w obecności przewodnika.

Wioseczka w pobliżu latarni chlubi się dwoma kościołami, jeden prawie współczesny, o dość dziwnej architekturze leży około 200 metrów od brzegu morza. Drugi, przy samej krawędzi klifu został zbudowany w stylu romańskim. Należy do długiej serii kamiennych kościołów obronnych strzegących w średniowieczu wybrzeży wysp duńskich. Jedno z pomieszczeń w budynku kościoła było magazynem broni.

 

RÖDVIK

Na południowo wschodnim wybrzeżu Zelandii leży niewielkie miasteczko Rödvik z relatywnie sporym portem. Podejście wskazuje masywna, biała wieża wyglądająca jak pozostałość starej latarni morskiej.

Latarnia morska w Rödvik. Foto: Filip Podgórski

Zwyczajem stosowanym w kilku duńskich portach oznaczono główki dużymi powierzchniami pomalowanymi na kolory czerwony i zielony. Port jest bezpieczny, jednak przy silnych wiatrach z południa falochron nie chroni wystarczająco przed podmuchami. W kompleksie portowym mieści się marina żeglarska i przystań rybacka. Stacjonują tu również małe jednostki morskie: holowniki, hydrografy i statki pracujące przy obsłudze farm wiatrowych. Nad zachodnim basenem funkcjonuje stocznia budująca lub remontująca niewielkie jednostki pływające. Jak zwykle w małych portach duńskich trudno zauważyć wyraźną granicę między zabudową miejską i portową. Przykładowo, sanitariaty dla żeglarzy znajdują się w kompleksie budynków jakiegoś małego muzeum po drugiej stronie ulicy okrążającej port.

Miasteczko nie może pochwalić się większymi atrakcjami architektonicznymi czy zabytkami. Posiada jednak bardzo sympatyczną trasę spacerową oferującą wspaniały widok. Polna dróżka Stevns Klint-Trampesti biegnie krawędzią klifu między polami a urwiskiem. Latem można napotkać tu wiele kwitnących roślin, w tym gatunki bardzo rzadko spotykane na naszych wybrzeżach. W czasie intensywnego kwitnienia na określonych roślinach bytują gromadnie motyle, w tym gatunki nieczęsto spotykane w innych siedliskach i na innych kwiatach. Jeśli nie przeszkodzi zbyt silny wiatr kołyszący łodygami bylin można liczyć na udany portret motyla czy innego owada. Nie trzeba mieć profesjonalnego aparatu fotograficznego, wystarczy zwykła komórka. Widok na mielizny u podnóża klifu pokazuje kolorowy obraz utworzony przez fale, piasek, ławice wapienia i skupiska głazów.

Fastfoody duńskie. Na terenach portu Rödvik funkcjonuje kilka lokali gastronomicznych, gdzie można szybko zaspokoić głód. Moje doświadczenia dotyczą jedynie potraw serwowanych w właśnie w takich portowych knajpkach i barach. Chyba najwięcej sprzedaje się tam wienerpølser. Wyglądają jak hot dogi z bardzo czerwoną kiełbasą wewnątrz. Jaskrawa czerwień przypomina lata światowego kryzysu, kiedy to byle, jakie odpadki rzeźne barwiono karminem, by imitowały mięso. Aktualnie produkowane są masowo z bardzo dobrego surowca. Wg mnie są dość smaczne, choć kolor wiąże się z zakazem lub niebezpieczeństwem podobnie jak czerwone światło.

Porty bałtyckie kojarzą się ze śledziami i faktycznie większość lokali oferuje potrawy ze śledzi. Głównie są to sałatki z różnymi dodatkami, czasami dość zaskakującymi. Tradycja połowu i zjadania śledzi funkcjonuje już kilka tysięcy lat, toteż potrawy śledziowe są bardzo smaczne. Podobnie jak wegetariańskie sałatki owocowe i warzywne.

Specjalnością duńską są wysokiej jakości wyroby cukiernicze. Tu nie oszukuje się klientów zamiennikami. Tu śmietana jest śmietaną, a nie białym proszkiem rozbełtanym w wodzie z kranu. Słodycze są bardzo popularne, o czym świadczą obfite figury wielu pań. Dużym wzięciem cieszą się tebirkes, podobne do francuskiego croissanta, tylko bardzo słodkie..

Port w Rödvik. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

KØGE

Miasto Køge leży na Zelandii w głębi zatoki Køge, która w przeszłości była miejscem kilku bitew morskich. W historii zapisały się bitwy w latach 1677 i 1710. Tradycyjnym przeciwnikiem floty duńskiej była flota szwedzka. Wojujące strony zadbały o publikę obserwującą przebieg zdarzeń z wysokiego klifu Steven Klint. Pamięć o obydwu morskich starciach przetrwała dzięki zachowanym wotywnym modelom galeonów admiralskich biorących w nich udział. Modele można oglądać w kościele świętego Mikołaja. W wyniku bitwy w 1677 roku Szwedzi stracili 8 okrętów liniowych, które zniszczono po wejściu na mielizny. Duńczycy nie stracili żadnej jednostki. Bitwa położyła kres supremacji Szwedów na Bałtyku. Bitwa w 1710 polegała na spotkaniu wielkich flot; duńskiej i szwedzkiej. Okręty trochę sobie postrzelały, a gdy okręt duńskiego admirała niespodziewanie eksplodował, wojujące strony syte chwały wróciły do portów macierzystych.

Køge dysponuje sporym portem posiadającym terminal promowy regularnej linii żeglugowej do Rønne na Bornholmie. Składa się z kilku dużych basenów osłoniętych dwuczęściowym falochronem. Port z reguły nie cierpi na brak miejsca do cumowania, inaczej niż marina żeglarska położona na północ od portu. Tu w tak zwanym „wysokim” sezonie trudno znaleźć kawałek wolnej kei, choć marina dysponuje około czterystoma miejsca postojowymi. Do basenu postojowego wchodzi się przez trzy „bramki” w falochronach, dzięki nim rozkołys z otwartego morza jest dobrze tłumiony.

Na północ od wejścia do mariny ciągnie się dość nietypowe wybrzeże ozdobione wąską, długą mierzeją. Ścieżka biegnąca jej koroną pozwala na wygodny spacer i podziwianie otwartego morza oraz wąskiego akwenu powstałego z odciętej części zatoki Køge.

Kościół św. Mikołaja. Najstarszym zabytkiem architektury miejskiej jest gotycki kościół pod wezwaniem św. Mikołaja patrona żeglarzy. Powstał w połowie XIII wieku, jako skromna kamienna budowla. Przez całe średniowiecze budynek podlegał kolejnym rozbudowom i modernizacjom. Reformacja spowodowała dewastację bogatego wyposażenia, między innymi zniszczono 14 ołtarzy konsekrowanych różnym „papistowskim” świętym,. Dopiero po stu latach zamożne mieszczaństwo zapragnęło luksusu w domu bożym, zdobiąc świątynię bogatymi przedmiotami, w tym amboną, drewnianymi, rzeźbionymi stallami, marmurową chrzcielnicą czy kryształowym żyrandolem. Z czasem ściany wnętrza pokryły kamienne rzeźbione epitafia lokalnych możnych. Kościół słynie z urządzenia bardzo rzadko spotykanego nad Bałtykiem. W szczycie gotyckiej wieży znajduje się wnęka, w której w razie potrzeby rozpalano dużą lampę olejną, był to rodzaj latarni morskiej. Aktualnie wnękę częściowo przesłania metalowy krzyż.

Stary domek. Najsłynniejszym zabytkiem miasta jest ryglowy domek datowany na 1525 rok. Przynajmniej w tym roku ścięto drzewo, z którego zbudowano konstrukcję ryglową. Datę powstania budynku potwierdzają badania dendrochronologiczne i C14. Z tysięcy ryglowych budynków rozsianych na wybrzeżach Bałtyku, ten wyróżnia się charakterystycznymi konsolowymi wspornikami pod belkami stropowymi podpierających krokwie okapu. Konsole nie pełnią roli elementów konstrukcyjnych, są tylko ozdobą. Podobne rozwiązanie można spotkać na kilku budynkach w niezbyt odległym, szwedzkim mieście Ystad.

 

GREVE-ISHØJ-VALLENSBÆK-BRØNDBY

Musiałem użyć poczwórnej nazwy dla kompleksu przystani jachtowych położonych w północno-wschodniej części zatoki Køge. Na pozór są tu dwie mariny, z jednym wejściem, zarządzane przez dwa różne podmioty. Żeby jeszcze bardziej skomplikować geografię, kilkaset metrów na SW leży trzecia marina Greve. A na drugim końcu zespołu kolejna marina Brøndby. Między środkową mariną Ishøj a Greve ciągną się równolegle do brzegu morza dwa duże, prostokątne zbiorniki wodne. Kilka podobnych rozciąga się na północ od Vallensbæk do Brøndby. Zbiorniki służą odwadnianiu przyległego obszaru i są rezerwą zabezpieczającą teren dla rozbudowy wszystkich marin. Aktualnie mieści się w całym kompleksie ponad 1000 jachtów. Rozbudowa może nawet dziesięciokrotnie zwiększyć ich ilość.

Ten dziwny układ planistyczny jest skutkiem niegdysiejszych powodzi, kiedy spiętrzone fale zalewały tereny nadbrzeżne. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, od Greve do Brøndby, z refulatu i głazów usypano masywną mierzeję chroniącą obecnie tę część Zelandii. Dzięki takiemu rozwiązaniu powstały akweny przystani, zbiorniki rezerwy terenowej i dość fantazyjne w kształcie wysepki mieszczące lądową infrastrukturę marin.

Wejście do portu Vallensbæk. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wejścia do portu są dość bezpieczne i wygodne, nie zachęcam jednak do odwiedzin w czasie silnego wiatru i wysokiej fali przy kierunkach SE-S. Na terenie wszystkich przystani obowiązuje ograniczenie prędkości do trzech węzłów. Jedynie przystań Brøndby z wejściem od zachodu pozwala na wejście w prawie wszystkich warunkach pogodowych. Mnie jednak odstrasza zabudowa przemysłowa na półwyspie chroniącym port przed wiatrami ze wschodu.

Zaplecze lądowe portów, oprócz Brøndby, można określić sformułowaniem: „nuda małych domków”. Oczywiście jest szansa zrobić tu zakupy w pobliskim hipermarkecie, ale niewiele więcej. Jedyną atrakcją może być Muzeum Sztuki Współczesnej w pobliżu mariny Ishøj. Kilka dużych rzeźb eksponuje się na zewnątrz budynku. 

Wyspa Amager

Niewielka wyspa, przyklejona do południowo-wschodnich brzegów znacznie większej Zelandii. Jej głównym portem jest Dragør.

 

DRAGØR

Na południe od Kopenhagi, mały farwaterek wyznaczony kilkoma pławkami, wskazuje wejście do portu Dragør. Kamienny falochron kryje trzy spore baseny podzielone pirsami postojowymi na mniejsze akweny. Całość wygląda jak trzy oddzielne przystanie sklejone do kupy w jeden port. Miejsc postojowych jest razem ponad, czterysta, co i tak w sezonie letnim nie gwarantuje sukcesu w znalezieniu wolnego miejsca dla jachtu. Pewnie zbliża się chwila, kiedy trzeba będzie dobudować kolejny segment. W porcie cumuje się stosunkowo spokojnie, niedogodnością jest daleka odległość od sanitariatów i hałas samolotów lądujących na pobliskim lotnisku. Port lotniczy Kastrup obsługuje ruch powietrzny Kopenhagi i szczególnie w godzinach szczytu słychać ryk silników odrzutowców przyziemiających pod zachodni wiatr. Przy wietrze wschodnim obserwujemy dla odmiany serie startów równie hałaśliwych. W pobliżu mieszkają chyba miłośnicy hałasu, często urządzający na przyległym akwenie wyścigi motorówek ze śmigłowcami.

Starówka w Dragør. Foto: Kazimierz Olszanowski

Starówka. Na SW od basenów portowych rozciąga się bardzo unikalna starówka. W starych miasteczkach europejskich „pajęczyna” wąskich, krętych uliczek obramowanych malutkimi domkami nie jest, aż taką rzadkością. Tu jednak jak nigdzie indziej wszystkie domki pomalowane są jednolicie na kolor spłowiałej żółci. Ponoć tajemnicę przygotowania farby zna tylko kilka osób.

Fort Dragør. Na początku XX wieku odcięto sztucznym przekopem południowowschodni cypelek wyspy Amager i zbudowano fort, bogato wyposażony w artylerię. Fort miał bronić podejścia do Kopenhagi, a zwłaszcza utrudniać wytrałowanie min morskich stawianych w okresie zagrożenia działaniami wrogiej floty. Dalekosiężne działa mogły kontrolować ruch statków i okrętów w zachodniej stronie Sundu. Obecnie teren i budowle militarne mieszczą hotel i restaurację. Sporą część obiektu udostępniono turystom.

Most nad Sundem

Jest kluczowym elementem przeprawy drogowo-kolejowej łączącej Danię i Szwecję. Przeprawa liczy sobie 15,9 kilometra długości i składa się z trzech elementów:

  • podmorskiego tunelu o długości 3,51 km. Dzięki niemu przeprawa nie stanowi przeszkody nawet dla wielkich żaglowców z wysokimi masztami.
  • sztucznej wysepki Peberholm mieszczącej wyjazd z tunelu i wjazd na most. Pojazdy kołowe muszą pokonać różnicę poziomu ponad 60 metrów. Wyspa liczy 4,05 km długości.
  • mostu o długości 7,845 km z wantowym przęsłem nad farwaterem.

Dla jachtów i innym małych jednostek przeznaczono oznakowane przejścia pod mostem, ale z moich obserwacji wynika, że tu każdy pływa jak chce, na co pozwalają wysokie przęsła i duże odległości między podporami.

Most nad Øresundem. Foto: Filip Podgórski

Łączny koszt budowy, wyniósł ponad 40 mld duńskich koron, ma się zwrócić dopiero po 2030 roku. Początkowe obawy dotyczące niezbyt wielkiego zainteresowania mostem okazały się nieuzasadnione. Most jest wykorzystywany bardzo intensywnie i doprowadził do lokalnej „wędrówki ludów”. Mieszkańcy obydwu brzegów Øresundu często mieszkają w jednym kraju, a pracują w drugim. Doszło do integracji społeczeństw żyjących po obydwu brzegach cieśniny. Przez ostatnie tysiąc lat podejmowano w tym celu wiele, zresztą nieudanych działań politycznych, zbrojnych czy światopoglądowych. A tu wystarczył po prostu most.

Z pokładu jachtu most prezentuje się w pełnej okazałości. Na najwyższym poziomie biegnie trasa szybkiego ruchu, zaś niżej często pędzą długie pociągi kursujące wahadłowo między Danią a Szwecją. Złudzenie optyczne powodowane przez gęsto rozmieszczone słupki i krzyżulce kratownic nośnych powoduje dziwne wrażenie. Pędzący pociąg porusza się faliście i wygląda jak wściekła, agresywna żmija lub dżdżownica. Dwa pociągi jadące naprzeciw siebie wzbudzają wręcz aplauz obserwatorów.

Na południe od mostu po wschodniej stronie głównego farwateru wystaje z morza kilkadziesiąt wież farmy wiatrowej. Trzeba je ominąć dużym łukiem, bo „służby” widzą nas na podglądzie kamer i potrafią się przyczepić.

Wyspa Saltholm

Saltholm (Słona Wyspa) jest dużą mierzącą około 16 km2 łachą, która tylko maksymalnie 2-3 metry wystaje z wody. W czasach, gdy Dania kontrolowała żeglugę przez Sund, ulokowano tu kilka baterii ciężkich dział. Obecnie dział już nie ma, erozja wodna i wiatrowa zlikwidowała nasypy pod baterie, ich ślady kryją bardzo regularne w zarysie kępy drzew. W północnozachodnim sektorze wybrzeża mieści się malutka przystań, gdzie cumuje kilka motorówek. Wyspa zamieszkana przez jedną rodzinę stała się wielkim pastwiskiem, gdzie wypasa się kilkaset krów. Ekstensywnie wypasana, miejscami podmokła łąka jest idealnym siedliskiem dla wielu gatunków ptaków zwłaszcza siewek. Dzięki tym walorom powołano na Saltholmie najbogatszy duński rezerwat ornitologiczny.

Wąska, płytka cieśnina między Saltholmem a wyspą Amager zasłynęła w czasach napoleońskich. To tędy admirał Horatio Nelson przeprowadził swoją eskadrę ciężkich, okrętów liniowych. Ponoć zlekceważył sygnały flagowe głównodowodzącego admirała Parkera, tłumacząc się, że ich nie zauważył z powodu braku oka. Dzięki ryzykownemu manewrowi eskadra Nelsona wdarła się na tyły floty duńskiej blokującej podejście do Kopenhagi. Zaatakowani z dwóch stron Duńczycy ulegli, Nelsonowi zaliczono wielkie zwycięstwo. Na pamiątkę trzech słynnych bitew brytyjskiego admirała, marynarze flot wojennych zdobią swoje kołnierze białymi lub granatowymi paskami. Jeden z nich na pamiątkę zwycięstwa pod Kopenhagą. Ciekawe czy marynarze duńscy też hołdują temu zwyczajowi?.

 

KOPENHAGA

Akwen portowy Kopenhagi chronią przed falami dwa falochrony jak długie czułki żuka wystające z wysepki Trekroner Søfort. Dzięki nim do portu prowadzą dwa wejścia. Żeglarzom zaleca się wejście południowe.

W granicach aglomeracji kopenhaskiej zlokalizowano klika dużych marin. Prawie wszystkie leżą nad Sundem na wschodnich skrajach wysp Zelandii i Amager, czyli dość daleko od historycznego centrum miasta. W kilku relatywnie niewielkich przystaniach leżących w cieśninie między wyspami trudno znaleźć wolne miejsce, a i ceny postoju też nie zachwycają. Sam z reguły żeglowałem do Kopenhagi poza sezonem wakacyjnym i nie miałem większego kłopotu z miejscem postoju w Marinie Królewskiej (Langeline) bliziutko Małej Syrenki i cytadeli Kastellet.

Rys historyczny Kopenhagi

København znaczy, w wolnym tłumaczeniu port kupujących lub port handlowy. Być może już w czasach wikingów istniało tu targowisko. Za niewątpliwe zasługi, głównie złupienie skarbca świątyni w Arkonie, król duński Waldemar I nadał całą okolicę w wieczyste lenno wojowniczemu Absalonowi biskupowi Roskilde. Pogromca Rugian bardzo szybko docenił strategiczną wartość zatoki i zbudował tu gród obronny, który w kilka dziesięcioleci rozwinął się do rangi miasta. Położone na skrzyżowaniu głównych szlaków handlowych między Bałtykiem a Morzem Północnym, oraz łączących duńskie wyspy z Półwyspem Skandynawskim rychło stało się najważniejszym ośrodkiem handlowym Skandynawii. Zabudowa objęła wszystkie wybrzeża cieśniny między Zelandią a wyspą Amager tworzącej rodzaj zatoki. W pierwszych latach XIII wieku zbudowano kościół mariacki, który z czasem awansował do funkcji katedry. Po śmierci bezdzietnego z założenia Absalona lenno przeszło pod władanie kurii w Roskilde. Kolejni biskupi, nadwyżki finansowe inwestowali w budowę kościołów, klasztorów i budowli świeckich. Tak świetnie prosperujący interes budził pożądanie duńskich władców i nienawiść konkurencji handlowej, czyli Hanzy. Od czasu do czasu konflikty przybierały oblicze zbrojnych konfrontacji, w czasie, których zawsze cierpiała ludność miasta. Słynny król Eryk VII (Eryk Pomorski) zbudował w mieście zamek, z którego rządził Danią. Spór z koroną definitywnie zakończył się sto lat później, z chwilą wprowadzenia reformacji i przejęciem przez króla wszelkich aktywów kościoła katolickiego. Hanza nie zasypiała gruszek w popiele. Jej flota pod wodzą burmistrza Lubeki kilkakrotnie atakowała i niszczyła miasto blokując przy okazji port. Świecka władza dzięki reformom i korzystnym przywilejom ponownie doprowadzała do rozkwitu miasta, które de facto stało się stolicą kraju. Rozwój Kopenhagi przerywały długoletnie wojny ze Szwecją, wielkie pożary i epidemie. Jednak miasto przetrwało wszelkie zagrożenia, jak grzyby po deszczu powstawały fortyfikacje broniące miasta, reprezentacyjne budowle, pałacyki i kamienice zamożnych mieszczan. Rozległe dzielnice nędzy wskazują, że ówcześnie nie wszystkim mieszkańcom stopa życiowa poprawiła się. Kompletny brak urządzeń sanitarnych, brud, brak higieny potęgowały zagrożenie pandemiami, zwłaszcza dżumą (1717 rok).

Przyszły czasy wojen napoleońskich. Wzmiankowana wcześniej bitwa pod Kopenhagą (1801 rok) była tylko preludium do późniejszych wydarzeń. Nelson walczył z flotą wojenną, do tego zresztą te formacje zostały powołane. Kilka lat po bitwie w 1807 roku flota brytyjska dopuściła się zbrodni wojennej, celowo bombardując dzielnice zamieszkałe przez ludność cywilną. Zabito ponad 2000 ludzi i zniszczono kilkaset budynków. W wyniku klęski Napoleona, sprzymierzona z nim Dania, musiała ogłosić bankructwo państwa, przestała być lokalnym mocarstwem i emporium handlowym, miasto czekało prawie sto lat stagnacji. Wiosna Ludów w 1848 roku zmieniła ustrój polityczny kraju, Dania stała się monarchią konstytucyjną a jej stolica siedzibą parlamentu. Kopenhagę czekała jeszcze epidemia cholery, choroby związanej głównie z brakiem właściwych warunków sanitarnych i korzystaniem z zanieczyszczonej wody pitnej. Infrastruktura sanitarna miasta wymagała modernizacji a właściwie budowy. Rozebrano część nieskutecznych, jak się okazało fortyfikacji miasta, uzyskując tereny pod zabudowę. Dało to asumpt do modernizacji i rozbudowy w pierwszych latach XX wieku, kiedy to w jego obręb włączono tereny przyległe, co pozwoliło na rozgęszczenie zabudowy mieszkaniowej. Na pierwszej wojnie światowej neutralna Dania nawet sporo zarobiła, II wojna światowa i okupacja hitlerowska nie przyniosły większych zniszczeń ani start w ludziach.

Fortyfikacje morskie

Największe miasto kraju zamieszkałego przez bardzo pacyfistycznie nastawionych ludzi wita przybywających żeglarzy „szczerząc kły” trzech umocnionych wysepek. Na lądzie też napotkamy pozostałości bogatych fortyfikacji. Szczególny ceremoniał powitalny wynika z doświadczeń historycznych miasta.

Middelgrundfortet. Na dalekim podejściu do portu, między wieżami farmy wiatrowej pojawia się sztuczna wyspa. Mało, kto wie, że kryje pod ziemią 15000 m2 pomieszczeń służących celom militarnym. W końcu XIX wieku, po długiej sekwencji wizyt nieproszonych gości postanowiono zmodernizować i wzmocnić obronę Kopenhagi. Niepożądani przybysze z reguły docierali morzem przywożąc armaty na okrętach, toteż należało kontrolować podejście. Przy okazji miasto musiało znacznie pogłębić akwen portowy. Nadwyżkę urobku około 2,5 mln ton wykorzystano, jako fundament i korpus nowej twierdzy na dalekim, morskim przedpolu. Niskie „pancerne” budynki osłonięto grubą warstwą refulatu. Dwa kamienne falochrony utworzyły basen portowy. Obecnie twierdza wygląda jak niewielka wysepka porośnięta krzewami i zielskiem. W ciągu prawie stu lat funkcjonowania militarnego obiekt służył jak fort artyleryjski, port dla małych okrętów wojennych, a w latach sześćdziesiątych XX wieku, jako bateria rakiet HAWK-B.

Flakfortet. W przededniu I wojny światowej, między północnym cyplem wyspy Saltholm a wejściem do Kopenhagi ustawiono kilkanaście żelbetowych kesonów, które stanowiły fundament sztucznej wyspy. Wyspa zajmuje powierzchnię ponad trzech hektarów, z góry wygląda jak kanciasta parówka. Pod grubą warstwą ziemnej osłony kryją się dwie kondygnacje pomieszczeń. W koszarach mieszkała załoga licząca ponad 500 żołnierzy, czyli batalion forteczny. Początkowo wyspę uzbrojono w baterie ciężkich haubic obrony wybrzeża. Rozwój lotnictwa wymusił uzbrojenie w działa przeciwlotnicze, ciężkie karabiny maszynowe i baterię reflektorów. Przed falami morskimi wyspę chroni kamienny falochron, miejscami zwieńczony żelbetowym pomostem. Falochron, na całej długości odsunięty jest kilkadziesiąt metrów od brzegów wyspy. Taki układ pozwolił na urządzenie tu małego basenu portowego, obecnie wykorzystywanego przez jachty i stateczki wycieczkowe. Falochron z pewnością utrudniał wysadzenie desantów. Ponad pół wieku temu twierdzę zamieniono na hotel i kolejną atrakcję turystyczną.

Trekroner Søfort. Najstarszy, pamiętający koniec XVIII wieku fort leży w najgłębiej w zatoce. Lokalizacja wynikała z zasięgu skutecznego ówczesnych dział ciężkiej artylerii (3 Mm) . Jedynie artyleria forteczna mogła strzelać rozgrzanymi do czerwoności pociskami, które z łatwością zapalały drewniane okręty. Piece do podgrzewania kul mogły funkcjonować względnie bezpiecznie tylko na lądzie. Używanie ich na okrętach równało się samobójstwu. Fort zbudowano na planie nieco zgeometryzowanego rogalika, podwórzec wykorzystywano, jako basen portowy dla małych okrętów. Dodatkowo wyposażono obiekt w dwa długie kamienne falochrony chroniące wnętrze zatoki przed falami wdzierającymi się z morza.

Fort dzielnie bronił Kopenhagi w czasie wojen napoleońskich. Mimo kolejnych modernizacji z końcem I wojny światowej okazał się przestarzały, obiekt wykorzystano i zaadaptowano na więzienie. W 1968 roku „przeszedł do cywila” i stał się atrakcją turystyczną.

Fortyfikacje lądowe

Wystarczy spojrzeć na plan Kopenhagi by odtworzyć przebieg XVII-wiecznych fortyfikacji miasta. Miały kształt prawie kolistego owalu o średnicach około 2,5-3,0 km. Zachodni odcinek obecnie wyznacza jedynie kanał będący odcinkiem starej fosy i kończący się w pobliżu cytadeli Kastellet broniącej północnego podejścia do miasta. Odcinek wschodni otacza szerokim łukiem położoną na wysepce dzielnicę Christianhavn.

Kastellet. W czasie wojny trzydziestoletniej, na północnym skraju umocnień miasta zbudowano cytadelę, która sprawdziła się w czasie oblężenia miasta przez Szwedów w latach 1658-60. Fortyfikacja została zaprojektowana na wzór słynnej cytadeli w Lille we Flandrii zbudowanej przez francuskiego oficera Vauban, a. Cytadela zabudowana na planie pięcioboku wyznaczonego przez wały kurtynowe. Narożniki wzmocniono pięciokątnymi bastionami. Całą budowlę dodatkowo zabezpieczono fosą wewnętrzną i na odcinkach odleglejszych od morza zwłaszcza od zachodu i południa jeszcze jedną fosą otaczającą mocno ufortyfikowany teren zwany Smedelinien. Na przedpolu cytadeli usypano sztuczne przeszkody, które miały powodować lokalne zagęszczenie atakujących żołnierzy i w konsekwencji narażenie ich na skutki ostrzału artyleryjskiego. Dwie bramy wiodące do cytadeli, szczególnie zagrożone atakami oblegających były wzmocnione kaponierami. Są to masywne, odporne na ostrzał ciężkiej artylerii budowle, posiadające strzelnice pozwalające na zmasowany ogień muszkietowy wzdłuż wałów i fosy. Obecnie teren na zewnątrz drugiej fosy został starannie splantowany.

Kastellet mógł w razie potrzeby bronić się, jako samodzielna twierdza, dlatego na wewnętrznym majdanie zbudowano koszary, kościół, magazyny, prochownie, młyny do mielenia zboża, budynki warsztatowe, pałacyk dla komendanta i wiele innych budowli. Ciekawym rozwiązaniem chlubi się więzienie, posiadające wspólną ścianę z kościołem. Przez specjalne szczeliny w murze, więźniowie mogli obserwować mszę odprawianą w kościele. Wszystkie budynki zaprojektowano w stylu barokowym usianym nieco przyciężkimi ozdobami. Załoga cytadeli liczyła do dwóch tysięcy żołnierzy i mogła bronić się nawet cztery lata. Jak mało, który historyczny obiekt w Kopenhadze cytadela przetrwała do chwili obecnej. Pełni rolę atrakcji turystycznej i ogólnie dostępnego parku, choć urzędowe tabliczki wskazują, że wojsko ma tu jeszcze coś do powiedzenia.

Christianshavn. Między dużymi wyspami Zelandią i Amager rozciągało się kilka długich wąskich wysepek. Teren obfitujący w kanały i zatoki nazwano Christianhavn, pełnił role portu handlowego. W czasie fortyfikacji Kopenhagi jedną z wysepek wzmocniono nasypami ziemnymi z trójkątnymi, gęsto rozmieszczonymi bastionami. Aktualnie półkolista w kształcie wąska, długa wysepka przypomina fragment koła zębatego. Równolegle do podstawowej linii umocnień wykonano drugą odcinając fosą od wyspy Amager kolejny wąski pasek lądu. Ta linia dla odmiany miała bastiony półkoliste.

Zabytki historyczne, ciekawe obiekty i miejsca

Muszę ograniczyć listę wyłącznie do tych, które miałem okazję zwiedzić lub chociaż obejrzeć z zewnątrz. Znakomita większość zabytkowych budynków powstała w dobie rokoko lub klasycyzmu i czasach późniejszych. Nic dziwnego, miasto wielokrotnie w swojej historii dewastowane przez ludzi i pożary, nie mogło w dobrym stanie zachować starszych zabytków.

Mała Syrenka. Z pewnością nie jest największym zabytkiem miasta, ale wymieniam ją na pierwszym miejscu, bo jest piękna, jako rzeźba i jako dziewczyna. W ciągu ostatniego stulecia stała się symbolem miasta, może, jako delikatne echo romantyzmu, który tkwi pod pragmatyczną skórką współczesnych Duńczyków.

Mała Syrenka. Foto: Kazimierz Olszanowski

Katedra N.M.Panny. Nazwa początkowo związana z małym drewnianym kościółkiem zbudowanym przez następcę biskupa Absalona. W trakcie stuleci budynek był doszczętnie niszczony przez lokalne katastrofy i odbudowywany w kolejnych stylach architektonicznych. Po zbombardowaniu Kopenhagi przez flotę brytyjską, ruiny świątyni zostały rozebrane a katedra odbudowana w stylu klasycystycznym. Druga kopenhaska katedra św. Angsara też jest zbudowana w stylu klasycystycznym. W obydwu znajdują się rzeźby Thorvaldsena, słynnego duńskiego artysty, który między innymi jest autorem kolumny Zygmunta w Warszawie.

Kościół św. Ducha. Jest jednym z najstarszych budynków sakralnych w Kopenhadze. Zbudowany został w ostatnich latach XIII wieku, jako świątynia zakonu franciszkanów. Mnisi zajmowali się chorymi, ubogimi i sierotami, a tych nie brakowało zwłaszcza po przejściu epidemii ‘czarnej śmierci”, która zabiła do 50 % mieszkańców zachodniej części Europy. Reformacja jak ostra miotła zlikwidowała klasztor, zaś kościół został przejęty przez protestantów. Wtedy też dobudowano renesansową wieżę. Przy kościele zachował się Dom św. Ducha uznany za najstarszy budynek Kopenhagi, jedynie on przetrwał zawieruchy dziejów w możliwie pierwotnej formie.

Kościół Grundtviga. Jest stanowczo zbyt młody jak na szacowny zabytek. Zbudowany został w latach 1921-26 w stylu, który można opisać, jako nowoczesną syntezę gotyku. Elewację frontową i szczyty bocznych kaplic formują i zdobią elementy nawiązujące do wyglądu zespołu piszczałek organowych. Przynajmniej odniosłem takie skojarzenie. Grundtvig nie był żadnym świętym czy świętobliwym patronem, nazwą jedynie uhonorowano architekta, autora projektu.

Kościół św. Mikołaja. Podobnie jak katedra N.M. Panny powstał, jako jeden z pierwszych kościołów w Kopenhadze. Tu po raz pierwszy w Danii odprawiono mszę protestancką. Pożar w 1795 prawie zrównał budynek z ziemią, pozostał jedynie korpus wieży, który przez kolejne lata pełnił funkcję strażnicy przeciwpożarowej. Na początku XX wieku do istniejącej wieży dobudowano halę wystawową.

Christiansborg. Jak twierdzą archeolodzy, homerycka Troja miała 16 poziomów osadniczych, zaś obecna siedziba duńskiego parlamentu tylko pięć. Najstarszy pamięta biskupa Absalona, kolejny króla Eryka Pomorskiego. Następne wieki przyniosły trzy kolejne wersje zamku. Ostatnia ukazała nadęte, wielkie gmaszysko. Gdy zamek zniszczył pożar w 1884 roku, król wykorzystał sprzyjające okoliczności i wyprowadził się z rodziną do pałacu Amalienborg. Po odbudowie zamku król Chrystian X odmówił powrotu do swojej oficjalnej siedziby, pałac stał się budynkiem parlamentu. Z pałacem sąsiaduje wolnostojący, klasycystyczny kościół zamkowy. Szczęśliwie przetrwał wielki pożar Kopenhagi, jednak nie oparł się iskrze od fajerwerków i w 1992 roku spłonął. Został odbudowany i służy, jako reprezentacyjna sala parlamentu, z którym jest połączony specjalną galerią.

Amalienborg. Aktualnie siedziba duńskiej rodziny królewskiej składa się z czterech identycznych pałacyków ustawionych wokół ośmiokątnego w planie placu. Został zbudowany w połowie XVIII wieku na miejscu niewielkiego pałacyku, który całkowicie spłonął. Wszystkie cztery budynki w stylu rokokowym zaprojektował i nadzorował królewski architekt Nicolai Eigved. Pół wieku później, gdy spłonął zamek królewski Christianborg siedzibę władcy Danii przeniesiono do Amalienborga. Ponoć konna statua króla Fryderyka V ustawiona na centralnym placu, kosztowała drożej niż budowa wszystkich czterech pałacyków.

Christiania. W 1971 roku kilkuset hippisów zajęło stare opuszczone koszary w dzielnicy Christianhavn. Powstało osiedle mieszkaniowe wyposażone w szkoły, przedszkola i instytucje socjalne nazywane Wolne Miasto Christiania. W dobie mody na „dzieci kwiaty” społeczność liczyła kilka tysięcy mieszkańców. Obecnie nie przekracza tysiąca osób. Populacja jednak rośnie dzięki osiedlaniu się tu narkomanów, dealerów narkotyków, prostytutek czy pospolitych kryminalistów. Władze miejskie zgodnie z łagodnym duńskim prawem muszą tolerować stan istniejący osiedla. Na terenie Wolnego Miasta Christiania nie wolno fotografować i filmować mieszkańców.

Ogrody Tivoli. Zwolennik budowy ogrodu Tivoli, król Chrystian VIII miał powiedzieć: „…gdy ludzie się dobrze bawią nie myślą o polityce…”. To tylko duńska wersja rzymskiej maksymy „igrzysk i chleba’’. Igrzyska jednak są nieco inne niż w Rzymie a w każdym razie mniej krwawe. Ogrody zbudowano na sześciu hektarach terenu w pobliżu nieistniejącej już bramy zachodniej miasta. Dzięki temu powstał jeden z najstarszych publicznych parków rozrywki w Europie. W czasie prawie dwustu lat istnienia obiekt wyposażano w budynki i urządzenia służące spektaklom teatralnym, koncertom, pokazom fajerwerków, czy różnej maści rozrywce masowej. Ostatnio gwiazdą Tivoli jest najwyższa na świecie karuzela, zbudowana w 2006 roku i konkurująca z najstarszą na świecie drewnianą kolejką górską. Drzewa parkowe i kwietne rabaty nadają miejscu niepowtarzalną atmosferę.

Muzea. Przez ostatnie 200 lat zniszczenia wojenne i rabunki dóbr kultury w zasadzie ominęły Kopenhagę, dzięki temu zgromadzono wiele ciekawych zabytków eksponowanych w muzeach. W mieście funkcjonuje dziesięć dużych placówek muzealnych i bliżej nieokreślona liczba mniejszych. Ja miałem okazję odwiedzić tylko najbogatsze z nich Muzeum Narodowe. Skusił mnie darmowy wstęp. Ze względu na moje „zboczenie archeologiczne” największe wrażenie zrobiła na mnie „rodzina z Borum Eshoy”, a po prawdzie jej szkielety ubrane w dobrze zachowane, oryginalne ubiory liczące sobie ponad 3000 lat. Szkielet mężczyzny szpanował czapką, której nie powstydziłby się nawet współczesny elegant. Mężczyzna bardzo dbał o swój wygląd i prezencję. Oprócz eleganckiego stroju stwierdzono, że miał starannie utrzymane paznokcie, wyrafinowaną fryzurę rudych włosów, długi czas używał importowanych z południa pachnideł i olejków nawilżających. Rodzina z Borum Eshoy spoczywała od początku epoki brązu w okazałym kurhanie. Należała do osób posiadających wysoki status społeczny, inni z pewnością nie byli aż tak zamożni.

Pozostałe pałace, budynki i pomniki. Wiekowo są dość młode, ich rodowód nie przekracza 250 lat. Z reguły budowane w stylu rokoko lub klasycystycznym są ładne i zdobią miasto nadając mu sporo niespotykanego gdzie indziej uroku. Mimo wilgotnego atlantyckiego klimatu Kopenhaga należy do dużych miast, w których przyjemnie się mieszka.

Budowle współczesne. Kopenhaga jest stosunkowo niewielką stolicą, zamieszkuje ją około 600 tysięcy mieszkańców, posiadających ponad 600 tysięcy rowerów. Oprócz tych jednośladów miasto słynie ze wspaniałej architektury współczesnej. Tutaj nawet baterię żelbetowych silosów przerobiono na piękny budynek mieszkalny i biurowy. Znany, duński architekt Utzon zaprojektował słynny na całym świecie budynek opery w Sydney. Jego współcześni następcy zdecydowanie nie ustępują mistrzowi. Wiele aktualnie zrealizowanych budowli to prawdziwe dzieła sztuki, zachwycają wyglądem, ale też i świetnym programem użytkowym i funkcjonalnością.

Nowe wyspy. W końcu 2018 roku pojawiły się doniesienia mediów dotyczące zamiaru budowy kilkudziesięciu sztucznych wysp w rejonie Kopenhagi. Rząd duński dość gorączkowo poszukuje miejsca składowania urobku z pogłębiania farwateru i portu. Tradycyjnie klapowanie czyli zasypywanie głęboczków nie może być stosowane ze względu na brak tych ostatnich. Biznes polega głównie na uzyskaniu nowych terenów (ponad 300 ha) pod zabudowę przemysłową i biurową. Twierdzi się, że inwestycja stworzy 12 tysięcy nowych miejsc pracy. Wszystko ma być sfinansowane przez przyszłych inwestorów, firm, które poszukują działek pod inwestycje. Projekt musi być jeszcze zaakceptowany przez duński parlament.

Statki. Duże miasto, stolica narodu od tysiącleci związanego z morzem wabi stare jednostki morskie. Zwłaszcza przy nabrzeżach centrum miasta można napotkać przybyszów z różnych stron świata, ale też jednostki, które tu żeglowały lub jeszcze żeglują. Oprócz nadętych pełnorejowców Kopenhagę odwiedzają licznie szkunery, kecze, jole, często zbudowane wiek temu lub pieczołowicie odbudowane. Ich uroda lub rozwiązania techniczne potrafią zachwycić kunsztem skandynawskich szkutników, najczęściej budujących kadłuby bez żadnego projektu na papierze. Wiele z nich zbudowano w słynnej stoczni w Pukavik w Szwecji. Przy odrobinie szczęścia można zobaczyć jakąś wierną replikę średniowiecznej kogi. Jej widok przenosi nas w czasy człowieka będącego królem trzech państw skandynawskich na raz.

 

Eryk Pomorski

Wśród postaci, których imiona i nazwiska przewinęły się w tym tekście na pierwszym miejscu należy umieścić Eryka Pomorskiego. Urodził się w Darłowie, wiosną 1382 roku, czyli był młodszy ok 20 lat od Władysława Jagiełły, na chrzcie otrzymał popularne imię dynastii Gryfitów mianowicie Bogusław. Dzięki zręcznej polityce dynastycznej i pokrewieństwu z władcami krajów skandynawskich, jeszcze, jako młody człowiek, wykorzystując vacaty na tronach Danii, Szwecji i Norwegii został królem wszystkich trzech państw. Połączone Unią Kalmarską kraje miały każdy swojego króla, toteż Bogusław koronował się w Norwegii, jako Eryk III, w Danii, jako Eryk VII i w Szwecji, jako Eryk XIII. Na Pomorzu w Księstwie Słupskim i Stargardzkim panował, jako Eryk I.

Po uzyskaniu samodzielnej władzy Eryk bezskutecznie próbował odzyskać Szlezwik dla Danii, rozbudował Kopenhagę i większość głównych miast duńskich, w strategicznych punktach postawił kilkanaście nowych zamków lub zmodernizował stare. Zdecydowane forsowanie spraw duńskich wywołało zazdrość oraz niechęć w pozostałych krajach, co wkrótce zaowocowało konfliktem między królem a stanami obydwu dyskryminowanych królestw.

W polityce międzynarodowej Eryk nie przestrzegał żadnych umów i postanowień. Potrafił w jednym czasie spiskować z krzyżakami przeciwko Polsce i z Polakami przeciwko zakonowi krzyżackiemu. Kosztowna wojna z Hanzą spowodowała wprowadzenie ceł sundzkich. Wysokość ceł była systematycznie podnoszona, co w efekcie doprowadziło do upadku handlu i ograniczeniu wpływów finansowych. Król postanowił pokryć niedobory w kasie podniesieniem wysokości podatków. To jednak przechyliło czarę goryczy i rady królewskie zdetronizowały Eryka.

Został wygnany na Gotlandię. Tam, zamiast cieszyć się statusem emeryta zaczął uprawiać rozbój na morzu, stał się piratem rabującym statki zwłaszcza hanzeatyckie. Nie był to przejaw patriotyzmu, kogi z Lubeki wiozły cenniejsze towary, pozwalały lepiej obłowić się.

W obliczu karnej ekspedycji Szwedów Eryk wyjechał z Gotlandii wracając na Pomorze do swojego księstwa. Przed ucieczką starał się „na lewo” sprzedać Gotlandię krzyżakom. Jeszcze około dziesięciu lat panował ze swojej stolicy w Darłowie, gdzie zmarł i został pochowany w kościele Matki Bożej Częstochowskiej. Prezentowany tam sarkofag wykonano w stylu barokowym ponad trzysta lat po śmierci.

W czasie burzliwego życia, jako król lub pirat, zgromadził Eryk podobno duży skarb, który zaginął w otchłani czasu, co nie przeszkadza różnym „spadkobiercom” na wysuwanie roszczeń do spadku po Eryku. Na liście zainteresowanych znajduje nawet rząd jednego z państw funkcjonujących obecnie na terenie Skandynawii.

Oprócz oldtimerów widać stada małych statków, stateczków i jachtów uwijających się po wodach zatoki i kanałów między wyspami. Częstym widokiem są ogromne promy kursujące regularnie do wielu portów Bałtyku i Morza Północnego.

Między Kopenhagą a Helsingørem, wybrzeże północno-wschodniej Zelandii kryje kilka przystani, w tym nawet sporych marin żeglarskich, jednak nie miałem okazji ich odwiedzić i poznać.

 

HELSINGØR

Zmierzając do wielkiej mariny Helsingør Nordhavn leżącej już na północnym brzegu Zelandii, zbliżamy się do najwęższego miejsca Sundu, szerokość cieśniny osiąga nieco ponad 4 km. Między brzegiem duńskim i szwedzkim kursują stadka promów. Pływają z dużą prędkością, pokonując trasę między terminalami w czasie dwudziestu minut. Przecinając ich kurs należy zachować szczególną ostrożność, unikać brawurowej szarży przed dziobami. Statki mają różną wielkość i często mniejszy kryje się za większym.

Po przejściu ruty promowej możemy skupić się czymś, co przyciąga uwagę. Na rozległym cyplu stoi ogromne zamczysko, to Kronborg. William Shakespeare (Szekspir) umieścił tu akcję „Hamleta”, najsłynniejszego teatralnego dramatu wszechczasów. Słynny książę duński snując się po korytarzach i komnatach zamku przeżywał swoje rozterki. Miał przy tym wygłaszać frazy, które przez następne kilkaset lat stały się popularnymi powiedzonkami jak „.. być albo nie być…”. Wg anegdoty pewna studentka miała po spektaklu stwierdzić; „… nie wiem, dlaczego ludzie tak się zachwycają Hamletem, to jest po prostu zbiór starych, oklepanych powiedzonek…”. Literacki Hamlet miał żyć w zamku we wczesnym średniowieczu, wprawdzie zamek wybudował król Eryk Pomorski z końcem średniowiecza i, ale to nikomu nie przeszkadza. Podobnie zresztą jak legenda hrabiego Ogiera Duńskiego, którego wielka figura zdobi jeden z dziedzińców. Tenże żył ponoć w IX lub X wieku, teraz śpi, a obudzi się, gdy Dania będzie zagrożona. Chyba bardzo głęboko zasnął, jako, że kraj wielokrotnie popadał w poważne tarapaty, ale Ogier nie obudził się. Większość narodów ma jakichś swoich bohaterów, co to śpią i czekają, my mamy śpiących rycerzy pod Giewontem i niewielką na szczęście populację decydentów bojących się jakiejkolwiek decyzji.

Zamek powstał w pierwszej ćwierci XV, jako miejsce poboru ceł. Tu statki musiały się zatrzymać, poddać kontroli i zapłacić cło. Kronborg pracował w zespole z zamkiem w Helsigborgu po drugiej stronie cieśniny. Cła sundzkie, aż do połowy XIX wieku stanowiły jeden z najważniejszych elementów budżetu królestwa Danii. Oczywiście po stronie „Ma” jak mówią księgowi. Gdy Dania utraciła posiadłości na Półwyspie Skandynawskim granica celna stał się nieszczelna, wpływy z ceł znacznie zmalały.

W połowie XVI wieku gotycki zamek przebudowany w stylu renesansowym był jedną z królewskich rezydencji. Następnie przez kilkadziesiąt lat pełnił funkcję ciężkiego więzienia. Dość szczególna kariera; z pałacu do kryminału. Trzysta lat temu został przystosowany do roli twierdzy granicznej i koszar wojskowych. Od prawie stu lat zamek „przeszedł do cywila”, mieści muzeum morskie i gości tysiące turystów szlifujących butami stary bruk dziedzińców i posadzki pałacowych zrewitalizowanych komnat. Szczególnym powodzeniem cieszy się komnata o długości 62 metrów, ponoć jedyna tak długa w europejskich zamkach.

Kronborg „zamek Hamleta”. Foto: Kazimierz Olszanowski

Samo miasto kryje się w cieniu zamczyska. Turystów, żeglarzy wabi port, szczególnie reprezentacyjny basen wypełniony starymi żaglowcami. Oprócz keczów i szkunerów cumuje tu stary latarniowiec, pełniący niegdyś służbę opodal przylądka Gedser.

Port z wyjątkiem terminali promowych i zapchanego basenu reprezentacyjnego zdaje się być dość pusty. Jednak pod nawierzchnią centralnego placu kryją się nowoczesne podziemia M/S Maritime Museum of Denmark. Duńczycy są od wieków „morskim narodem”, zgromadzili wiele ciekawych zabytków żeglugi i mają się, czym pochwalić. Warto wleźć w dziurę w betonowej nawierzchni placu i odszukać wejście do prawdziwej skarbnicy wiedzy.

Stare statki w nowoczesnym basenie portowym. Foto: Filip Podgórski

Czas opuścić Danię, na kursie widać niedaleką ziemię, to już szwedzka Skania, najbardziej na południe i zachód wysunięta prowincja kraju.

W rejsie możemy zwiedzić szwedzkie miasta leżące na wschodnim brzegu cieśniny Sund, od portu Helsinborg do kanału końca kanału Falsterbo. Te tereny zaliczane są do historycznej krainy zwanej Skanią. Niewielka wyspa Ven leżąca na środku cieśniny też należy do Skanii.

 

ZACHODNIA SZWECJA

W rejsie możemy zwiedzić szwedzkie miasta leżące na wschodnim brzegu cieśniny Sund, od portu Helsinborg do kanału końca kanału Falsterbo.

 

Skania (Skåne)

Zajmuje południowo-zachodni obszar Półwyspu Skandynawskiego. Jej granice morskie opisują wybrzeża Kattegatu, Sundu i Bałtyku. Na lądzie graniczy od północy i wschodu ze słabo zaludnionym, lesistym, pełnym jezior i bagien Smålandem. Dzięki takiemu położeniu uznawana jest niekiedy za rodzaj wyspy na kontynencie. W okresie formowania się Bałtyku tereny Skanii faktycznie były wyspą morską. Terytorium Skanii stanowi nizinny płaskowyż z najwyższym szczytem Kulleberg (188 m n.p.m.) leżącym już na wybrzeżach Kattegatu. To, co nas szczególnie interesuje, czyli wybrzeża, w ogromnej przewadze są niskie i piaszczyste. Wszystkie zatoczki i osłonięte zakamarki brzegu kryją porty i przystanie. Dziki, trudno przejezdny Småland zawsze izolował Skanię od reszty terytorium szwedzkiego. Zresztą od początku ubiegłego tysiąclecia kraina ta należała do Danii, dopiero król Karol XI w początkach XVIII wieku ostatecznie przyłączył ją do korony szwedzkiej. Długoletnie związki z Danią pozostawiły liczne ślady zwłaszcza w architekturze i gospodarce. Stosunkowo łagodny, morski klimat i żyzne gleby spowodowały nazwanie Skanii spichlerzem Szwecji.

Jako ciekawostkę można podać to, że często spotykane na Pomorzu Zachodnim wielkie głazy z czerwonego granitu przywędrowały do nas z pogranicza Smålandu i Skanii, oczywiście za sprawą lądolodu skandynawskiego.

 

HELSINGBORG

Cztery milki z małym haczykiem i jesteśmy w Szwecji po drugiej stronie Öresundu, a dokładnie przed portem Helsingborg, kierując się ku jego północnej części, do dużej mariny Norra Hamnen leżącej w sąsiedztwie terminalu promowego. Jest tu ponad trzysta miejsc postojowych w tym około stu przeznaczono dla gości. Marina zajmuje sporą część starego basenu portowego przebudowanego czterdzieści lat temu dla potrzeb żeglarzy. Wykonano nowe, osłonięte półkolistym falochronem wejście wyłącznie dla jednostek sportowych. Wąski pomost oddziela przystań żeglarską od pasażerskiej i przemysłowej części portu. Promy do Helsingøru cumują w terminalu na południe od mariny. Urządzenia portowe rozciągają się wzdłuż brzegu w kierunku południowym aż do ujścia niewielkiej rzeki gdzie zlokalizowano dużą marinę Råå Helsingborg Segelsållskap. Nowoczesna marina z reguły jest przepełniona jachtami pobliskich mieszkańców. Przez żeglarzy turystów jest omijana ze względu na dużą odległość do atrakcji centrum miasta. W ujściu rzeczki, aż do pierwszego mostu, brzegi obstawione są jachtami rezydentów. Wyżej za mostem mogą cumować wyłącznie motorówki.

Miasto. Helsingborg położony przy najwęższym przesmyku Sundu należy do najstarszych miast Półwyspu Skandynawskiego. We wschodniej części Szwecji znajdowało się kilka starszych miejscowości, jednak obecnie są to już tylko archeologiczne resztki, a nie miasta tętniące życiem. Wzmiankowany został w końcu XI wieku. Wkrótce potem zbudowano twierdzę Karnan. W latach dwudziestych XV wieku, król Eryk Pomorski, prawem kaduka, nakazał pobieranie ceł od wszystkich statków przepływających Sundem, zwłaszcza od hanzeatyckich kog. Prawdopodobnie gdzieś w pobliżu istniał port gdzie stacjonowały okręty celne, w razie potrzeby pilnujące wykonania królewskiego rozkazu.

Wojna duńsko-szwedzka (1657-1658) zadecydowała o zmianie przynależności Skanii jednak bez miasta i jego okolicy. Pół wieku później w czasie III wojny północnej Szwedzi postanowili zdobyć miasto. Zwycięstwo armii dowodzonej przez Magnusa Stenboka spowodowało przejęcie przez Szwedów północnego fragmentu Skanii w tym kompletnie zniszczonego Helsinborga. Zwycięski wódz po latach został uhonorowany konnym pomnikiem przy ratuszu, choć prawdę mówiąc walnie przyczynił się do dewastacji substancji miejskiej.

Po ustaniu serii wojen, miasto miało szansę na odbudowę i rozwój. Szczególnie w połowie XIX wieku powstało wiele budynków, których budowę finansowały wpływy z rozwijającego się gwałtownie przemysłu i handlu międzynarodowego. W trakcie upływu ponad150 lat zabudowa starówki pokryła się „pyłem wieków” i cieszy oko urodą małych, brukowanych uliczek, secesyjnego ratusza czy ryglowego domu Jakuba Hansena, w ostatnich latach pięknie odremontowanego. W mieście jest kilka innych atrakcji, którym warto poświęcić kilka słów.

Kärnan. Miejsce ważne strategicznie trzeba umocnić. Pomyślano o tym jeszcze u schyłku epoki wikingów budując zamek na niewysokim wzniesieniu w pobliżu morza. Z czasem zamek rozbudowano i zaopatrzono w obronne wieże. Wprowadzenie artylerii wymusiło osłonę murów ziemnymi szańcami, odpornymi na uderzenia pocisków. Fortyfikacje uzyskały fosę i powszechnie stosowany ówcześnie narys gwiaździsty. Obecnie pozostały tylko jedna, gotycka wieża, teren przyległy splantowano i zamieniono w park.

Tarasy Oskara II. Uliczkę biegnąca od Kärnan do centrum zamykają słynne tarasy widokowe, jest to dość dziwna XIX-wieczna budowla w kilku stylach architektonicznych. Kondygnacja przyziemia nawiązuje do renesansu zaś ostrołuki pięter do gotyku. W sumie nie jest to zbyt piękne, oferuje jednak wspaniały widok na Sund. Na początku XX- wieku ludziom znudziła się pseudohistoryczna maniera tworząca dzieła w rodzaju tarasów. Reakcją był rozkwit secesji stylu gdzie w zdobnictwie dominują swobodne motywy roślin i zwierząt.

Kościół mariacki. Jest jednym z nielicznych zabytków średniowiecznych, jakie zachowały się w mieście starannie niszczonym w czasie drobniejszych potyczek i dużych bitew. Wyposażenie zgodnie z modą ewangelicko-luterańską nie szokuje bogactwem zabytków. Warto jednak przyjrzeć się gotyckiej, rzeźbionej szafce przed ołtarzem.

Sofiero Castle. Na skraju miejskiej zabudowy w pobliżu wybrzeża, między starymi drzewami funkcjonuje pałacyk będący jedną z letnich rezydencji szwedzkiej rodziny królewskiej. W okresach, kiedy nie gości tu król, pomieszczenia recepcyjne i reprezentacyjne udostępnia się zwiedzającym. Piękne otoczenie i wspaniały widok na pobliski, duński zamek Kronborg wabią tłumy mieszkańców miasta i turystów. Szczególnie w porze kwitnienia rododendronów, których bogata kolekcja zdobi park, zatłoczone otoczenie przypomina jarmark. Ciężkie jest życie króla w demokratycznym społeczeństwie.

Fredriksdal. Trudno powiedzieć czy jest to park typu angielskiego czy też skansen starego budownictwa. Właściwie to takie dwa w jednym. W rozległym parku pełnym drzew i krzewów można spacerować alejkami podziwiając ciekawe okazy roślin. Spotyka się też niewielkie zwierzęta; gady, płazy, ptaki i owady. W wielu miejsca poustawiano zabytkowe budowle przeniesione z okolicy. Są to domki mieszkalne, zagrody chłopskie, budynki gospodarcze. Wśród nich wyróżnia się ponad dwustuletnia budowana na zrąb chałupa mieszkalna z oddzielnym spichlerzem i pomieszczeniami dla żywego inwentarza. Dwuspadowy dach w sposób niegdyś typowy dla skandynawskiej wsi porasta trawa.

Meczet. Obiekt zbudowano ćwierć wieku temu, robi dość egzotyczne wrażenie swoją charakterystyczną kopułą i minaretem. Wyglądem i proporcjami korpusu nawiązuje do słynnej Kopuły na Skale w Jerozolimie. Przy świątyni stoi budynek centrum islamskiego, skupiający liczącą ponad 65 tysięcy ludzi gminę muzułmańską. (Miasto liczy ogółem prawie 300 tysięcy mieszkańców). Na początku XXI wieku były trzy próby podpalenia obiektów. Sprawcy pozostali nieznani. Czy próby zniszczenia meczetu zaprzeczają poprawności politycznej Szwedów?. Oni sami twierdzą, iż podpalenia były skutkiem waśni między religijnymi doktrynami muzułmanów; szyici kontra sunnici lub odwrotnie. Nigdy nie próbowano podpalić „domu bożego” czyli meczetu, ogień podkładano pod budynki towarzyszące.

Råå. Położona na południe od miasta niewielka osada słynie z szerokich, piaszczystych plaż i sporego jak na taką niewielką miejscowość muzeum morskiego. Dość niezwykłym zjawiskiem są gorące źródła. Ponoć ich woda ma własności lecznicze.

 

ÅLABODARNA,

Kilkanaście domków u podnóża nadmorskiej skarpy i już cała miejscowość. Jeszcze tylko marina osłonięta dwoma falochronami i dwie małe plaże „tekstylna” i „goła”. Zaletą miejscowości jest cisza i spokój. Wejście do portu od południa. Przy silnym, południowym wietrze może być nieco nerwowo. Przystań mieści 60-70 łódek średniej wielkości.

 

BORSAHUSEN

Tu właściwie nie ma zamieszkałej miejscowości, jest tylko marina i to galanta na 250-280 stanowisk dla jachtów. Miejscowość została założona w XVIII wieku przez braci Borsta, jako osada rybacka. Pozostało po niej kilka domków. Na brzegu w pobliskim lesie mieści się jedyny w Szwecji, pięciogwiazdkowy kemping, pole golfowe i podobne obiekty.

 

LANDSKRONA

Niewielka wyspa Gråen osłania cieśninę przed gniewem morza, sztormowe fale próbują ją znieść z powierzchni morza. By temu zapobiec usypano wały ochronne z dużych głazów. Na wschodnim brzegu cieśniny widzimy nieco urządzeń portowych, jakieś żurawie, suwnice, itp. W północnej części portu mieści się mała przystań dla promów pływających na szwedzką wyspę Ven. Dwie, niewielkie przystanie żeglarskie zajmują baseny przy północnym wejściu do cieśniny. Trzecia, największa leży 2-3 kilometry dalej, na południowym skraju miasteczka, jest narażona na rozkołys przy silnym wietrze z SSW.

Landskrona liczy kilkanaście tysięcy mieszkańców, jest ładnym, właściwie bardzo poprawnym na skandynawski sposób, ale dość nudnym miasteczkiem. Jako jedyne miasto szwedzkie utrzymuje jeszcze komunikację trolejbusową. Jedynym zabytkiem położonym w pobliżu morskiej plaży, nieco na północ od przystani promowej jest słynna cytadela.

Cytadela. Główną część, jądro fortyfikacji stanowi kilka murowanych budynków ustawionych wokół centralnego dziedzińca. Dziedziniec ma kształt prostokąta. Narożniki budynków na zewnątrz wzmocniono czterema, murowanymi wieżami (bastionami?). Budowla pochodzi z czasów Eryka Pomorskiego i nie posiada stanowisk artyleryjskich, a jedynie strzelnice do broni ręcznej, łuków, kusz i może muszkietów. Centrum cytadeli otacza wewnętrzna fosa. W związku z rozpowszechnieniem się artylerii, twierdzę wzmocniono fortyfikacjami ziemnymi odpornymi ma ostrzał ciężkich dział. Usypano cztery trójkątne bastiony połączone wałem kurtynowym. Na bastionach mieściły się baterie dział służących do walki z artylerią oblężniczą oraz działek mniejszego kalibru flankujących podejście do wałów kurtynowych. Twierdza uzyskała narys gwiaździsty, powielony przez fosę zewnętrzną. Prawdopodobnie w czasie kolejnej modernizacji umocniono przedpole twierdzy, budując trójkątne nasypy ziemne, raweliny i kolejną fosę. Nawet w chwili obecnej można wszystko zobaczyć w terenie. W efekcie wszystkich rozbudów i modernizacji plan cytadeli przypomina płatek śniegu z czterolistną koniczynką w środku.

Port cytadeli. W zasięgu armat, nawet średniego kalibru, broniących niegdyś twierdzy funkcjonuje dziwna w rozplanowaniu marina Lindeshamn. Prostokątny, stosunkowo długi basen mieści obecnie około 200 jachtów. Wejście flankują dwa równoległe falochrony sterczące w morze na ponad 150 metrów. Ich układ przypomina dziób bociana lub żurawia. Obiekty hydrotechniczne oprócz funkcji portowej ułatwiającej zaopatrzenie cytadeli, były jeszcze kolejnym elementem fortyfikacji. Stanowiły rodzaj fosy utrudniającej atak desantu wysadzonego na piaszczystych plażach na północ od miasta i twierdzy. Wejście do basenu portowego zamykała pływająca zapora z długich pni dębowych zamocowanych kutymi łańcuchami do końców falochronów.

Jeńcy polscy. W pierwszych latach XVIII stulecia trwała wojna między Szwecją (Karol XII) a kilkoma państwami z Europy Środkowej (Saksonia, Rosja, Dania, Brandenburgia). Polskę do wojny wciągnął król August II Mocny z dynastii saskiej. W początkach wojny wojska szwedzkie wzięły do niewoli wielu żołnierzy przeciwnika, których morzem przewieziono do Landskrony i przetrzymywano w cytadeli. Wśród jeńców była duża grupa pochodząca z terenów ówczesnej Rzeczypospolitej. Intryguje mnie pytanie; czy po klęsce Szwedów, byli jeńcy pozostali i „rozpłynęli” się przez lata w społeczeństwie szwedzkim, czy powrócili w swoje strony?. Czy wiedzieli, po co i gdzie?. Pewną poszlaką sugerującą odpowiedź na pytania jest zachowany tekst zeznań jednego z jeńców. Zapytany o imię, nazwisko, kraj pochodzenia, miejsce zamieszkania, odpowiedział „jam Kuba Jaśnie Pana ze dwora”. Kuba nawet nie wiedział, że Jaśnie Pan sprzedał go w saskie gejmany za kilka złotych monet.

 

Wyspa Ven

Na północ od wejścia do Kopenhagi, na środku cieśniny Sund, leży niewielka, szwedzka wysepka Ven. Jej długość nie przekracza czterech kilometrów, zaś szerokość maksymalna osiąga niewiele ponad dwa kilometry.

Typowy domek. Foto: Kazimierz Olszanowski

Wyspa jest dość dziwna, wygląda jak kawałek rolniczej Skanii rzucony na środek morskiej cieśniny. Taki sobie sielsko-anielski krajobraz porównywany z Bullerbyn znanym z powieści Astrid Lindgren. Z morza wysepka wystaje dość stromymi klifami, u podnóża, których kryją się skupiska małych domków i kilka niewielkich przystani. W odróżnieniu od białych klifów zdobiących wschodnie wybrzeża niedalekich, duńskich wysp nad Sundem, te nie zawierają skał kredowych, są żółte jak piasek, pewnie zbudował je lodowiec. Na jednym z wygładów polodowcowch znajdują się petroglify z epoki brązu.

 

KYRKBACKEN

Na północno zachodnim wybrzeżu leży mały porcik. W odróżnieniu od pozostałych przystani wyspy Ven jest dobrze osłonięty przed północnymi wiatrami i rozkołysem. Główną atrakcję stanowi pobliski, romański kościół górujący nad koroną urwiska, dobrze widoczny już w czasie podejścia z morza. W czasach budowy kościoła, czyli w połowie XII wieku był on budowlą bardzo drogą i zbyt okazałą dla garstki chłopskich rodzin bytujących w kurnych półziemiankach. Można przypuszczać, że budowa była inspirowana przez kler chrześcijański i miała służyć likwidacji i zamaskowaniu wierzeń pogańskich. Z pewnością w okresach zagrożenia murowany, masywny budynek pełnił obowiązki obronnego fortu. Data budowy sugeruje, że kościół mógł służyć obronie przeciwko słowiańskim piratom, gnębiącym ówcześnie wybrzeża wysp duńskich. Tędy wiódł szlak wypraw łupieżczych, w tym słynnego najazdu księcia Racibora na Konungahelę w południowej Norwegii.

W pobliżu nasady południowego falochronu eksponuje się kilka urządzeń, które stanowią zaczątek niewielkiego muzeum. Wśród eksponatów znajduje się pomysłowy chwytak służący niegdyś do wydobywania z wody dużych głazów.

Widok z poru na romański kościół. Foto: Kazimierz Olszanowski

Dla odmiany widok z kościoła na porcik Kyrkbacken. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

BACKVIKEN

Na wschodnim wybrzeżu leży niewielka przystań żeglarska z kawałkiem kei dla promów łączących wyspę z Landskroną na wybrzeżu szwedzkim, a nawet z portami duńskimi w tym z Kopenhagą. Promy dochodzą właśnie do tej kei, na szczęście leżącej poza basenem dla jachtów. Skierowane na północ wejście i keję dla promów osłania niewielki falochron. W czasie podejścia trzeba jednak zachować szczególną ostrożność, bowiem ruch, zwłaszcza w dni wolne od pracy jest dość spory. Pasażerami promów są z reguły rowerzyści grasujący potem stadkami po wszystkich drogach wyspy.

 

NORREBORG/TUNA

Metropolię wyspy stanowią dwie sąsiadujące osady Norreborg i Tuna, liczące razem kilkadziesiąt domków. Posiadają malutką przystań, jednak widziałem tu wyłącznie motorówki i inne niewielkie jednostki o małym zanurzeniu.

Tycho Brahe

Pochodził z bogatej szlacheckiej rodziny. Jedna z gałęzi rodu zamieszkiwała między innymi zamek Spycker na Rugii, inna posiadała dom w Ystad. Jako ówczesny playboy brał udział w pijatykach i burdach. Nawet w jednym z pojedynków stracił nos, który zastąpił metalową protezą. Oprócz zajęć typowych dla XVI – wiecznej „złotej młodzieży” interesował się nauką, głównie astronomią i matematyką.

W latach 1576 – 1580 korzystając ze szczególnego poparcia duńskiego króla oraz bliskości Ven do Kopenhagi zbudował na wyspie dwa obserwatoria. W ciągu 21 lat pracy na Ven dokonał istotnych odkryć dotyczących ruchu księżyca oraz komet. Brahe oprócz pracy naukowej prowadził bogate życie rozrywkowe. Organizował częste imprezki, miał wróżącego karła i oswojonego łosia, który w pijanym widzie spadł ze schodów i stracił życie.

Do roku 1658 Ven (zwany wówczas Hven) należał do Danii i uważany był za część Zelandii. Jednak po podpisaniu pokoju w Roskilde na mocy, którego Dania zrzekła się na rzecz Szwecji dużej części swojego terytorium, szwedzki król Karol X Gustaw uznał, że także Ven powinien być częścią Skanii, a zatem Szwecji. „Jeśli nie dostanę Ven, zrywam pokój!” – zagroził. Skutecznie, bo Ven dostał, a pokój zerwał i tak.

Po aneksji Ven przez Szwecję Tycho Brahe wyjechał do Pragi. Tam pełnił posadę astrologa cesarza Rudolfa. Przez 20 lat prowadził systematyczne obserwacje ruchu ciał niebieskich w szczególności Marsa. W owym czasie obowiązywała teoria kolistych orbit planet i księżyca. Badania Brahe wykazały dziwne zachowanie się Marsa. Planeta przesuwała się po orbicie, jednak w pewnym momencie zatrzymywała się a nawet nieco wracała z powrotem, by po kilku nocach podjąć wędrówkę we właściwym kierunku. Teoria kolistych orbit w żaden sposób nie wyjaśniała takiego ruchu planety.
Dość niespodziewana śmierć astronoma wywołała szereg teorii spiskowych w tym otrucie rtęcią, jednak badania szkieletu przeprowadzone kilka lat temu nie wykazały śladów rtęci w organizmie.

Obserwacje Brahe wykorzystał jego następca Johannes Kepler, który udowodnił matematycznie, że heliocentryczna teoria Kopernika jest prawdziwa a planety krążą po orbitach eliptycznych. Wyjaśniało to dziwne zachowanie się Marsa.

Obecnie na wyspie pozostało niewiele zabytków związanych bezpośrednio z Tycho Brahe lub jego czasami. Nazwisko słynnego uczonego widnieje jedynie na szyldach i reklamach dość odlegle związanych z astronomią.

 

BARSEBӒCK

Linia wybrzeża ucieka nagle na wschód, na cypelku widać kilka dużych budynków, to zabudowania elektrowni atomowej. Brzeg kryje jeszcze basen portowy i chyba kanał wody chłodzącej płaszcz reaktora. Budowle wyglądają nowocześnie, zaś wody w Sundzie nie brakuje, toteż powtórki z Czernobyla nie należy się spodziewać. W basenie portowym nie zauważyłem ani jednego jachtu.

W pobliżu miejscowości istnieje słynny dolmen z neolitu, jednak, aby do niego dotrzeć należy przycumować w Lommie lub Malmö.

 

LOMMA

Na wschodnim brzegu Sundu, w ujściu rzeki Höje å, leży 10-tysięczne miasto Lomma. Leży już tak sobie od tysiąca lat dzieląc koleje losu tego kawałka Szwecji. Na początku, dzięki spławnej rzece miasto pełniło rolę portu dla arcybiskupiego miasta Lund i jego okolicy. W XVII wieku zaczęto wykorzystywać naturalne, łatwo dostępne, złoża surowców mineralnych głównie gliny, doskonale nadającej się do produkcji ceramiki budowlanej. Pokłady osadowej kredy eksploatowano dla potrzeb produkcji cementu portlandzkiego. Zbudowano jedną z największych w Szwecji cegielnię. Rozwój przemysłu wymagał rozbudowy portu.

Już w XX wieku rozpoczęto produkcję wyrobów z zaprawy azbestowo-cementowej, czyli eternitu. Niezbędny do produkcji azbest prawdopodobnie był importowany, bowiem jego złoża nie występują w Skanii. W obrazie mikroskopowym azbest wygląda jak plątanina igiełkowatych włókienek usianych ostrymi zadziorkami. Substancja szkodzi zdrowiu ludzkiemu, powoduje choroby płuc i ponoć sprzyja powstawaniu nowotworów. Ze względu na powyższe, w 1977 roku firmę Lomma Eternit zamknięto, czyli załatwiono sprawę krótko i jednoznacznie.

Sprawa azbestu należy do największych, globalnych przejawów hipokryzji. Z jednej strony zwalcza się produkcję wyrobów z dodatkiem azbestu. Kilka europejskich państwa powołało nawet specjalne instytucje zajmujące się tropieniem producentów azbestowych podkładek czy innych drobnych elementów. Z drugiej strony zapomniano o imporcie azbestu przez europejskie porty. Ilość azbestu przewożonego przez port w Hamburgu sięga dziesiątków tysięcy ton. Wprawdzie jest to biała odmiana surowca, którą od szarej odróżnia tylko kolor ostrych włókienek, ale czy to oznacza, że przyjemniej umiera się skutkiem wdychania białego pyłu azbestowego.

W Polsce wdrożono skuteczny program demontażu i utylizacji elementów azbestocementowych. Już stosunkowo rzadko spotyka się pokrycia dachów i ścian płytami eternitowymi.

Marina. Ujście rzeki o dość pogańskiej nazwie Höje å, osłaniają dwa falochrony. Po minięciu główek otwiera się wejście do sporej mariny leżącej za południowym falochronem. Ujściowy odcinek rzeki też wykorzystuje się, jako przystań żeglarską. Powyżej mostu cumują tylko jachty motorowe. Rzece przypisałem określenie „pogańska nazwa”, jestem ciekaw, co powiedziałby przeciętny Szwed po zauważeniu nazwy strumyka Chełszcząca na prawobrzeżu Szczecina.

Lomma z lotu ptaka. Źródło: Wikipedia

 

MALMÖ

Centrum miasta wskazuje słynny wieżowiec Turning Torso. Wysoki jest na 190 metrów, każda kolejna, pięcioboczna w rzucie kondygnacja jest nieznacznie skręcona w stosunku do poprzedniej, co w efekcie daje sumaryczny skręt o 90 stopni, między pierwszą a ostatnią kondygnacją. Uważa się, budynek stanowi ozdobę miasta, moim zdaniem dość wątpliwą. Falliczna w kształcie bryła mieści biura, mieszkania prywatne i dwa centra konferencyjne. Budynek, jako jeden z niewielu podobnych wieżowców nie posiada tarasu widokowego dostępnego dla ogółu mieszkańców i turystów. Być może lokalizacja tu bardzo drogich mieszkań prywatnych jest przejawem postępującego rozwarstwienia dotychczas bardzo egalitarnego społeczeństwa szwedzkiego.

W pobliżu wieżowca leży przystań jachtowa, jednak zajęta prawie w całości przez jachty rezydenckie. Większość popularnych przystani żeglarskich rozlokowano na południe od miasta. W największej z nich, pomosty do cumowania są bardzo niskie, co bardzo utrudnia zejście na ląd. Rezydenci na swoich stanowiskach postojowych pomontowali podesty ze schodkami. Jeśli cumujemy do stanowiska pozbawionego tego udogodnienia musimy liczyć się z ekwilibrystyką między dziobem jachtu a brzegiem.

Postój w tym rejonie wiąże się z godzinnym spacerem do centrum. Droga wiedzie nadbrzeżnymi błoniami, na których mieszkańcy miasta wypoczywają. Oprócz ludzi snują się tu stadka gęsi gęgawych i bardzo rzadko spotykanych w Polsce ostrygojadów. Południowy skraj łąki okupują golasy, w słoneczne dni jest ich dużo więcej niż ostrygojadów.

Rodowód miasta sięga początku XII stulecia. Pierwsza wzmianka o tej miejscowości pochodzi z XII wieku, prawa miejskie Malmö otrzymało w 1354 roku. Pod koniec XIV wieku miasto zdobył i złupił znany pirat Klaus Stöertebecker, przywódca Braci Witalijskich grasujących na Bałtyku. W tym czasie Malmö należało do Danii (do 1658 roku) toczącej z Hanzą permanentne wojny celne, które często przeradzały się otwarte konflikty zbrojne. Miasto podległe królowi duńskiemu nie mogło należeć do Hanzy, jednak rozwinęło i wzbogaciło się znacznie handlując z jej konkurencją, czyli kupcami niderlandzkimi i angielskimi. Jakieś spore wpływy z hanzeatyckiej kontrabandy też z pewnością odnotowywano, choć raczej w sekretnej księgowości. Wpływami finansowymi podzielił się z mieszkańcami słynny pirat Klaus Stöertebecker.

Malmö. Widok na Turning Torso. Foto: Kazimierz Olszanowski

W XIX i XX wieku Malmö było jednym z głównych ośrodków gospodarczych i handlowych Szwecji. Przez długi czas w mieście dominował przemysł wytwórczy, głównie stoczniowy, maszynowy, włókienniczy. Zaplecze rolnicze sprzyjało rozwojowi przetwórstwa żywności. Skutkiem kryzysów gospodarczych produkcja statków ograniczyła się do realizacji rządowych zamówień okrętów wojennych. Pod koniec XX wieku miasto „szczyciło” się najwyższym w Szwecji bezrobociem. Jako metodę wyjścia z zapaści gospodarczej Malmö postawiło na rozwój nowych technologii, elektronikę, badania naukowe i szkolnictwo wyższe. Most nad Öresundem ożywił całą aglomerację, pozwolił na zatrudnienie części mieszkańców w pobliskiej Danii i rozwój handlu dzięki niższym cenom w Szwecji.

Zamek. Budowę, tradycyjnie w okolicy Sundu przypisuje się Erykowi Pomorskiemu. Jak większość gotyckich zamków nad Bałtykiem zbudowany jest z cegły. Został usytuowany na skraju rozległej kotliny, którą obecnie zajmuje stary park wzbogacony niewielkim ogrodem botanicznym. Zamek znajduje się na prostokątnej wyspie otoczonej szeroką fosą, w średniowieczu składał się z czterech budynków tworzących prostokąt z wewnętrznym dziedzińcem. Przetrwało tylko skrzydło zachodnie z bramą i dwiema narożnymi wieżami na planie kolistym, czyli około 30% dawnej infrastruktury.

Gotycki zamek. Foto: Filip Podgórski

Pozostałe skrzydła zamku zastąpiły współczesne budowle, w tym hala z przeźroczystym dachem mieszcząca muzeum eksponujące wypchane zwierzęta lub ich repliki. Jedyny widok na zamek rozciąga się od zachodu. Dobrze widać gotycki budynek, fosę, bramę i most nad fosą. Tędy prowadzi droga do zamku. Rząd dużych okien w elewacji wskazuje na późną przebudowę obiektu. W średniowieczu takie dziury zdecydowanie podważały obronność zamku, ponadto nie produkowano wtedy tak dużych szyb. Prawdopodobnie duże okna powstały w czasie adaptacji budynku na cele kulturalne i w czasie symbiozy zabytkowej architektury z gastronomią

W Polsce do zabytków odnosimy się z większym pietyzmem i nie spotyka się takiego „poplątania z pomieszaniem”. Naszą specjalnością jest raczej pozostawianie zabytkowych budynków bez opieki, co naraża je na niepożądane skutki upływu czasu i dewastację.

Jak większość starych zamków, ten posiada swojego ducha, który ponoć czasami pokazuje się turystom. Legenda mówi, że jest to duch jednego z więźniów ściętych na dziedzińcu. Rzekomo był niewinny.

W pobliżu wejścia do zamku zachował się dom komendanta sąsiadujący z targiem rybnym gdzie eksponowane są stare łodzie rybackie i tradycyjny sprzęt połowowy.

Kościół św. Piotra. Na miejscu malej, romańskiej świątyni, zbudowano w połowie XIV wieku wielką trójnawową gotycką bazylikę z transeptem i ambitem, czyli obejściem kaplic wokół prezbiterium. Siły rozporowe wysokiego sklepienia ostrołukowego przeniesiono systemem przypór i łęków przyporowych. Budowę wzorowano na konstrukcji kościoła Mariackiego w Lubece. Kościół bez większych strat i zniszczeń przetrwał okres obrazoburstwa związanego z reformacją. Dopiero w połowie XIX-wieku w majestacie tytułu profesorskiego architekt Carl Georg Brunius w czasie renowacji zdewastował budynek demontując zabytkowe drewniane elementy. Przy okazji wyburzył przyległe, gotyckie budynki i urządzenia terenu. Kilkadziesiąt lat później zbudowano neogotycką wieżę. Część zabytków drewnianych uratował architekt Theodor Wåhlin i ponownie zamontował na ich właściwym miejscu.

Starówka. Centralny plac ratuszowy ozdobiony jest XVI wiecznym budynkiem ratusza obwieszonym barokowymi ozdóbkami. W pobliżu widać wieżę kościoła św. Piotra. Od staromiejskiego rynku na trzy strony świata biegną uliczki Östergatan, Södergatan i Vӓstergatan. Wszystkie te „…gatany” wyznaczone są pierzejami renesansowych kamienic mieszczańskich.

Dolmen. W niedalekiej osadzie Barsebӓck istnieje unikalny zabytek, neolityczny dolmen. Ponoć jest najlepiej zachowanym megalitem w Szwecji. Dolmeny były grobowcami znaczniejszych członków społeczności. Zbudowane z wielkich, podłużnych głazów ustawionych na sztorc i przykrytych dachem z podobnych monolitów. Głazy z dolmenu Barsebӓck ważą średnio po kilkanaście ton. Do średniowiecza tereny nad Bałtykiem obfitowały w podobne konstrukcje, jednak boom budowlany doprowadził do ich rozbiórki, połamania i wtórnego wykorzystania w budowlach sakralnych i świeckich.

Teatr miejski. Teatr mieści się we współczesnym budynku, nawet stosunkowo ładnym. Plac przed budynkiem zdobią rzeźby autorstwa trzech najbardziej wybitnych rzeźbiarzy szwedzkich. Są to; „Galata” Nilsa Mölerba, „Pegaz” Karola Millesa, „Zbiory” i „Geniusz czasu” Ivara Johnssona.

Memento. W ostatnich miesiącach II wojny światowej Malmö przyjęło i zaopiekowało się kilkunastoma tysiącami ludzi wykupionych przez Szwecję z hitlerowskich obozów koncentracyjnych, głównie kobiet z Ravensbruck. Słynne „białe autobusy księcia Bernadotte”, zjeżdżały z promu w porcie Malmö. Jako ostatni, dwa dni po zakończeniu wojny przypłynął parowiec „Homberg” z Duisburga z dwoma tysiącami byłych więźniów. Naziści planowali zatopienie statku z ludźmi w głębinach. Na szczęście statek zatrzymały angielskie okręty i eskortowały go do Malmö. Obecni w porcie mieszkańcy miasta przeżyli potworny szok. Jednostka obwieszona była zwłokami więźniów, którzy zmarli w czasie rejsu. Trupy powiązano sznurkiem do konstrukcji statku by nie wypłynęły i nie zdradziły miejsca zbrodni.

Miasto staranie przygotowało się na przyjęcie byłych więźniów. Urządzono obozy w budynkach komunalnych i szkołach. Nawet budynek muzeum, czyli zamek, opróżniono czasowo z eksponatów i zamieniono na obóz przejściowy, gdzie więźniowie byli odwszawiani i uzyskali pomoc lekarską. Kontrolowane odżywianie pod nadzorem lekarzy i dietetyków pomogło im nabrać sił niezbędnych do dalszego życia. Sądzę, że miasto w pełni zasłużyło na przydomek „HARBOUR OF HOPE”

 

KLAGSHAMN

Płynąc na południe zauważymy prostopadły do brzegu niewielki przylądek, jeszcze przedłużony rodzajem ostrogi-falochronu. Osłania on wejście do portu przed wysoką falą biegnącą z południa. Dzięki temu zawinięcie, nawet w ciężkich warunkach jest w miarę bezpieczne. Port służący niegdyś do wywozu kamienia wapiennego posiada dwa baseny. Północny, głębszy z reguły nie jest wykorzystywany przez jachty. Basen południowy, zdecydowanie płytszy, dysponuje głębokościami od 1,0 do 2,8 metra. Mielizny występują wzdłuż południowego i wschodniego brzegu. Cumujemy do Y-bomów kilku pływających pomostów, tam głębokości kształtują się w zakresie 2,0 do 2,5 metra.

Osada wchodzi w skład obszaru metropolitarnego Malmö. Powstała w końcu dziewiętnastego wieku, jako zaplecze dla kopalni odkrywkowej kamienia wapiennego dla potrzeb lokalnej cementowni i na eksport. Wydobycie i przerób kamienia wapiennego zakończono w latach trzydziestych XX wieku. Od roku 1969, teren na kilka lat zamieniono w wysypisko śmieci z Malmö. Niestety okazało się w 2003 roku, że doszło do skażenia metalami ciężkimi wód gruntowych i stwierdzono nawet przecieki do morza. Wysypisko zlikwidowano, a cały obszar uprzątnięto. Oprócz portu, po kopalni pozostały jedynie wyrobiska wypełnione wodą.

W pobliżu Klagshamn znajduje się znany rezerwat ornitologiczny. Również w czasie jesiennych migracji przelatują tędy miliony ptaków odpoczywających przed przelotem nad morzem. Duża zawartość wapnia w glebie stanowi o składzie szaty roślinnej. Występują tu gatunki rzadko spotykane nad Bałtykiem.

Kanał Falsterbo

Południowozachodni koniuszek Skanii zakończony jest niewielkim, ale eksponowanym półwyspem Skanor, który łagodnie pogrążając się w morzu buduje mieliznę sięgającą kilku mil od lądu. Statki o zanurzeniu ponad 5 metrów musiały opływać ją sporym łukiem. W nawigacji korzystały z zakotwiczonego tu niegdyś latarniowca Falsterbo. Bezpieczny farwater przebiegał 4 Mm od cypla, jeszcze w granicach szwedzkiego morza terytorialnego. Dzięki temu w czasie działań wojennych statki nie powinny być zatrzymywane i przeszukiwane przez jednostki wojenne innych państw. Statki państw neutralnych, w tym szwedzkie mogły być kontrolowane wyłącznie na wodach międzynarodowych. W czasie drugiej wojny światowej po zajęciu Danii. Niemcy rozszerzyli zasięg duńskich wód terytorialnych włączając szwedzki farwater w kontrolowany przez siebie akwen. Wody przyległe do Falsterbo zaminowano. Dzięki takiemu posunięciu ograniczono handel neutralnej Szwecji z państwami alianckimi. By temu przeciwdziałać zbudowano kanał żeglowny przecinający u nasady półwysep Skanor. Na powstałej wyspie kryją się niewielkie osady zabudowane głównie domkami letniskowymi.

W latach II wojny kanałem kursowały między innymi promy łączące stolicę okupowanej Danii – Kopenhagę z Bornholmem. Pasażerowie, często duńscy Żydzi wyskakiwali ze statku uciekając w ten sposób przed spodziewaną deportacją do obozów zagłady. Skok do wody w kanale i przepłyniecie kilkunastu metrów pozwoliły na azyl w neutralnej, bezpiecznej Szwecji.

Polskie jachty całymi latami wykorzystywały latarniowiec Falsterbo, jako znak kursowy w czasie regat morskich. Okrążenie latarniowca lewą burtą było „stałym fragmentem gry” w czasie biegu trzystumilowego regat o mistrzostwo Polski.

Kolory pław na podejściu z morza z reguły dobiera się wg zasady; po prawej stronie boje zielone zaś po lewej boje czerwone. Tu jednak płyniemy z morza do morza, toteż zastosowano zasadę, że na całej długości kanału i na podejściach, znaki zielone ograniczają tor wodny od strony południowo-zachodniej.

Kanał ma długość około 1 Mm, szerokość kilkadziesiąt metrów. Obecnie pozwala na przejście jednostek o zanurzeniu do 4 metrów. Bezpośrednio po zbudowaniu obsługiwał jednostki o zanurzeniu do siedmiu metrów. Ruch statków w kanale reguluje zwodzony most drogowy i zatapiane wrota ograniczające również przepływ wody. Stosowne znaki zabraniają prędkości powyżej 5 węzłów i kotwiczenia. W sezonie żeglarskim jego wrota i most zwodzony podnoszone są, co godzinę w porze dziennej. Obydwa wejścia osłonięte są obszernymi awanportami.

Awanport północny. W awanporcie północnym, osłoniętym długim, prostym pirsem, falochronem znajduje się spora marina o nazwie Höllviken. Cumujemy przy wewnętrznej stronie falochronu lub do pływających pomostów tworzących baseny postojowe. W marinie jest około 400 miejsc, cumowanie między dalbami. Z reguły są tu wolne miejsca nawet późnym wieczorem. Przy silnych wiatrach z NW w porcie może panować rozkołys, okresowo obserwuje się silne prądy utrudniające cumowanie. Pirs jest na tyle długi, że cumując w pobliżu główek trzeba liczyć się z kilkusetmetrowym spacerem do sanitariatów i automatu gdzie płacimy za postój. Nasyp kamienny przy pirsie jest siedliskiem słonolubnych roślin, a nawet eksponuje wypełnione puchem gniazda edredonów.

Awanport południowy. W awanporcie południowym znajduje się kilka pomostów z Y-bomami, nadającymi się wyłącznie dla niewielkich jachtów. Jednostki większe mogą zatrzymać się przy kilku dalbach i poczekać na otwarcie mostu i przejście do mariny w awanporcie północnym.

To już ostatni tym rejsie port na wodach cieśniny, czas wracać do domu. Odległość z Falsterbo do Rønne na Bornholmie wynosi 62 mile, do Sassnitz 63, do Klintholmu 35 zaś do Świnoujścia około 100. Wybierając trasę do Sassnitz trzeba omijać dużą farmę wiatraków zlokalizowanych na NNE od Rugii. Farma jest nadzorowana przez szybki, pomalowany na czerwono statek, jego załoga nie lubi jak jakieś jachty pałętają się między wiatrakami. Ukaefka, aż dudni wrzaskami mającymi zdyscyplinować niesfornych żeglarzy.