LAGUNA FISCHLAND-ZINGST-DARSS

W pobliżu portu Barhöft przy zachodnim krańcu Strelasund trzeba podjąć decyzję gdzie płyniemy dalej. Wygodnie wystartować z mariny miejskiej w Stralsundzie, lub właśnie z mariny Barhöft oczywiście jeśli poszczęściło się nam ze znalezieniem wolnego miejsca na nocleg. W tzw. wysokim sezonie często słychać tu jakiegoś człowieka, który stojąc w główkach portu wydziera się, że już brakuje miejsc postojowych. Skutecznym antidotum na wrzaski jest słowo awaria.

 

OPIS AKWENU

Można popłynąć na północ w boddeny między Rugię a wyspę Hiddensee, albo wyjść cieśniną Gellenstrom na otwarte morze, lub pożeglować na południowy zachód w łańcuszek boddenów osłoniętych długim (45 km), poskładanym z kawałków lądu półwyspem. Tam właśnie prowadzi nasza trasa mierząca około 80 Mm. Brzegi skrywają kilkanaście niewielkich, urokliwych portów i przystani.

Doświadczenia z ubiegłego rejsu (lipiec 2015 roku, niska woda) wyraźnie wskazują, że pływanie tutaj wymaga starannej nawigacji i powinno się pływać przynajmniej w dwa jachty o podobnej wielkości (zanurzeniu). Wtedy zawsze można liczyć na pomoc zaprzyjaźnionej jednostki. Wprawdzie napotkaliśmy tu sporo większych miejscowych jednostek jednak by nie zapłacić nadmiernie wysokiego frycowego moim zdaniem zanurzenie nie powinno przekraczać 1,6 metra.

Akwen ten klasyfikowany jako laguna powstał po zamknięciu szerokiej zatoki przez naturalne wzniesienia polodowcowe oraz mierzeje utworzone między wyspami Darss, Zingst i półwyspem Fischland. Historia mówi, że piaszczyste wybrzeża na niskich odcinkach były często przerywane przez spiętrzenia sztormowych fal, a to niezbyt podobało się mieszkającym tu ludziom, którzy wykorzystując chwilowy kaprys morza, czyli zapiaszczenie przesmyków między wyspami, pod koniec XIX wieku nasypali tu i tam zwały piasku i kamieni, budując groble umacniające brzeg. Spętane nimi morze nie chciało być gorsze odkładając piaszczyste mielizny lub wysepki ledwo, ledwo wystające z wody. Drobniejsze frakcje piasku zwiewane z plaży przez silne wiatry utworzyły pasma białych wydm. Od kilkudziesięciu lat obydwie siły czyli morze i człowiek sprzymierzyły się i wspólnie próbują przedłużyć półwysep o dalszy segment czyli wyspę Grosser Werder. Są mapy, które wskazują, że to już nastąpiło. Na odmorskim brzegu pobliskiej wyspy Bock ludzie refulują piasek uzyskany z pogłębienia farwaterów. Fale morskie systematycznie przesuwają urobek na zachód budując mierzeję. Podobne procesy obserwuje się wzdłuż łańcucha wysp i wysepek. Płyciuteńkie cieśniny wypełnione są piaskiem i wodą tak, że trudno określić czy widzimy mielizny wynurzające się przy niskiej wodzie czy też wyspy zalewane przez wyższe fale. Woda laguny należy do wód brachicznych, czyli jest mieszanką wód słonych i słodkich.

Od strony otwartego morza, w ciągu setek lat osad mineralny był przemieszczany wzdłuż brzegu budując rozległe piaszczyste plaże na północnym wybrzeżu całego półwyspu tworząc siedlisko dla rzadkich obecnie gatunków fauny i flory. W sezonie letnim ponoć najpiękniejsze w Niemczech plaże okupują stada plażowiczów eliminujących pierwotnych mieszkańców piaszczystych wybrzeży.

Bałtyckie powodzie sztormowe

W tym zakątku Bałtyku wśród zapisków dotyczących groźnych katastrof, oprócz wojen, pożarów czy epidemii napotyka się wzmianki historyczne o powodziach sztormowych wywołanych przez tzw. cofki bałtyckie. W pamięci już kilku pokoleń trwa wspomnienie rekordowej cofki z jesieni 1872 roku.

W pierwszych dniach listopada 1872 roku huraganowy wiatr z SW popędził wody Bałtyku w kierunku Finlandii. Na tereny osuszone sztormem przez cieśniny duńskie napływała woda z Morza Północnego. W pewnym momencie wiatr wzmógł się i zmienił kierunek o 180 stopni. Sztormowa fala runęła ku południowo-zachodnim skrajom Bałtyku zatapiając niskie wybrzeża Niemiec i Danii, niszcząc porty i budynki. W szczycie fali powodziowej poziom wody wzniósł się o ponad 3,30 metra nad średni poziom morza. W nocy z 12 na 13 listopada 1872 zginęło prawie 300 osób, kilkanaście tysięcy osób zostało bez dachu nad głową. Najbardziej ucierpiało niedalekie miasto Eckenforde. Dwa lata później katastrofa powtórzyła się w nieco mniejszej skali.

Powódź wywołała zmiany w geografii regionu. Wyspy Darss i Zingst połączyły się z półwyspem Fischland. Wyspa Usedom w rejonie Koserow została podzielona na dwie części, Achterwasser stała się cieśniną. Kilka miejscowości z racji położenia i szczególnego narażenia na kolejne powodzie zostało porzuconych. W ciągu najbliższych kilkunastu lat usunięto przerwy między wyspami budując umocnione groble i wały przeciwpowodziowe. Na pamiątkę tego wydarzenia w wielu nadmorskich miejscowościach zamontowano znaki oznaczające poziom katastrofalnej powodzi uznanej za tzw. „wodę tysiącletnią”.

Architektura. Czasy „heroicznego żeglarstwa” mam już za sobą, teraz żegluję kabotażowo od portu do portu, bo tylko wtedy jest szansa poznać nowe miejsca i można zauważyć coś ciekawego. Wymaga to wstępnego rozpoznania planowanej trasy, głównie atrakcji turystycznych, które może napotkam. Wśród nich wysoko plasuje się architektura.

Najstarsze budowle nad laguną FDZ wpisują się w schemat typowy dla swoich czasów i terenów nadmorskich pogranicza Vorpommern i Mecklemburg. Miasta powstawały dopiero w okresie wielkiej kolonizacji, czyli w początkach ceglanego gotyku. Wcześniej jeszcze za czasów panowania plemion słowiańskich zbudowano kilka grodów z wałami drewniano-ziemnymi. Oprócz nich,do naszych czasów przetrwały głównie kościoły i fragmenty budowli obronnych. Można je napotkać w Barth, Ribnitz-Damgarten i niewielkiej osadzie Wustrow na półwyspie Fischland. Budynki kościelne robią wrażenie swoją wielkością i bogatą architekturą. Często zastanawiam się i nie mogę zrozumieć, jak mieścina licząca w owym czasie kilkadziesiąt dymów snujących się z lepianek potrafiła wystawić tak drogą i galantą kirchę?

Kościół w Barth. Foto: Magda Podgórska

Związany z reformacją okres obrazoburstwa pozbawił gotyckie kościoły bogatego wyposażenia, nawet zamalowano wapnem freski i polichromie. Późniejsze zreformowane, purytańskie czasy nie pozwalały na ekstrawaganckie budowle sakralne zaś sprawnie działający fiskus szwedzki na reprezentacyjne budowle świeckie. Ludzie we wsiach, w większości zamieszkiwali byle jakie chałupiny nawet w typie wczesnośredniowiecznych półziemianek a w miastach żyjących z handlu niewielkie kamieniczki. Dopiero ożywienie gospodarcze po wojnach napoleońskich i opuszczeniu tych terenów przez szwedzką administrację doprowadziło do boomu budowlanego. Przychody z żeglugi pozwoliły na budowę solidniejszych budynków mieszkalnych i gospodarczych. Kilkadziesiąt z nich przetrwało w prawie pierwotnej formie do naszych czasów. Z reguły budowano je w konstrukcji ryglowej na fundamencie kamiennym. Wysokie dachy kryto strzechami trzcinowymi. Płyciny drzwi zdobiono snycerką malowaną na żywe, starannie dobrane kolory. Rzadziej podobnie zdobiono szalowanie ścian i inne elementy zewnętrzne. Skansen w Klockenhagen niedaleko Ribnitz gromadzi kilkadziesiąt najstarszych budowli pochodzących z pobliskich wsi. Dużo więcej funkcjonuje jeszcze na obrzeżach miast i osad.

Tradycyjna architektura, być może wsparta stosownym paragrafem lub zachętą finansową zainspirowała współczesnych architektów. Powstało setki domków nawiązujących do budynków sprzed dwustu lat. Może nieco bardziej bogatych w formie i budowanych przy użyciu obecnie dostępnych materiałów. Wiele z nich wyposażono w tradycyjne darskie drzwi i ozdoby snycerskie.

Architektura XX stulecia na szczęście niewiele zepsuła w krajobrazie, jedynie widok zachodniej części starego miasta Ribnitz woła o pomstę do nieba szarymi blokowiskami z wielkiej płyty.

Miałem szczęście już kilka razy zwiedzać okolice laguny i ciągle jestem pod wrażeniem małej, pięknej architektury dominującej tutaj. Jest kilka obiektów, które nie podobały się mojej skromnej osobie, sporo innych mnie zachwyciło i choć nie roszczę sobie praw do tytułu arbiter elegantiarum architektury, bardzo polecam odwiedzenie tego niedalekiego zakątka wybrzeża i popatrzenie na stylowe piękne budyneczki jakich nie znajdziemy gdzie indziej.

Uwaga

Za zmianami geomorfologicznymi nie nadąża nazewnictwo geograficzne, co wymusza skomplikowane, opisowe konstrukcje słowne w stylu; „miejscowość Zingst leży na brzegu byłej wyspy Zingst, która włączyła się w skład półwyspu Fischland – Darss – Zingst i już nie jest wyspą”. Na potrzeby bieżącego tekstu uprościłem zapis, i tak w tym przypadku skrót FDZ Zingst oznacza to co napisałem wyżej w cudzysłowie.

Słów: miasteczko, wieś, osada używam wymiennie, jako że nie potrafię rozwikłać niemieckiego systemu klasyfikacji małych miejscowości.

Cała laguna składająca się z łańcucha zatok-boddenów stawia wysokie wymagania żeglarzom, szczególnie grożą nam liczne mielizny. Maksymalna, naturalna głębokość akwenu nie przekracza czterech metrów. Locje określają minimalną głębokość farwaterów na dwa metry co niestety nie jest prawdą. Zdarzało się że jacht o zanurzeniu 1,6 m siadł solidnie w osi farwateru między bramkami oznaczonymi pławami. Wprawdzie akwen osłonięty jest falochronem półwyspu FDZ jednak potrafi tu wiać solidnie i należy liczyć się z wysoką, stromą falą i silnymi prądami w wąskich cieśninach. Tory wodne oznakowane są gęsto ustawionymi pławami. Część z nich zwłaszcza na podejściach do portów jest oświetlona jednak żegluga nocna lub przy złej widoczności jest bardzo trudna, wręcz niebezpieczna. Poziom ryzyka potęgują sieci rybackie. Poważną przeszkodę komunikacyjną stanowi zespół mostów (Meiningenbrucke) łączących FDZ Darss ze stałym lądem. W sezonie żeglarskim obrotowy most kolejowy i podnoszony drogowy otwierane są równocześnie tylko cztery razy dziennie, pewnie by nie męczyć zbytnio szacownych, stuletnich staruszków. Przy sztormowych wiatrach mostów nie otwiera się. Kolejnym zagrożeniem są liczne i ruchliwe statki „białej floty” rozpychające się w ciasnych przejściach między krawędziami mielizn. Czasem widząc toto na kontrkursie warto przeczekać jego przejście w miejscu gdzie głębokości pozwalają.

Statek „białej floty” . Foto: Kazimierz Olszanowski

Na brzegach boddenów funkcjonuje kilkanaście niedużych portów i można liczyć na spokojny postój przy kei. W czasie kotwiczenia poza portem powinno się postawić na sztagu czarną kulę, a w nocy światło kotwiczne, pozwala to uniknąć pretensji Wasserpolizei.

 

GRABOW BODDEN

Przy pławie oznaczającej początek farwateru podejściowego do Barhöft płyniemy w lewo wchodząc w wąską cieśninę między stałym lądem i wyspą Bock. Brzegi zarośnięte wysokim, liściastym lasem przywodzą na myśl nasze Mazury. Różnicę stanowią tylko gęsto ustawione pławy farwateru. Z końcem wyspy Bock cieśnina otwiera się na morze. Chwilami widok zasłaniają: wyspa Grosser Werder i niewielkie porośnięte trzciną wysepki zwane tu bultenami. Większe z nich mają swoje nazwy własne. Tu trzeba bardzo uważać, bo zaraz za krawędzią farwateru dno wznosi się do głębokości nawet 0,30 metra przy średniej wodzie. Nieco dalej zdarza się widzieć stada mew stojących po kostki w wodzie.

Po lewej stronie, ściana lasu rozprasza się, a na lądzie między płaskimi pagórkami płożą się niskie, podmokłe pastwiska, usiane rozległymi, płytkimi rozlewiskami z kępami olsów i łęgów jesionowych kryjących malutkie osady ludzkie. Takie tereny sprzyjają migrującym żurawiom, które w pobliżu niedalekiej wsi Gross Mohdorf gromadzą się w wielkie stada (nawet do 70 000 osobników). Zbierają się tu ptaki ze Skandynawii i północnej Polski. Żurawie znajdują na łąkach pokarm, zaś na rozlewiskach możliwość bezpiecznego wypoczynku przed dalszą migracją na północ lub południowy zachód Europy.

Przy czerwonej pławie nr 62 zaczyna się zatoka Grabow, można trochę swobodniej pożeglować uważając jedynie na sieci i leżącą na środku akwenu podwodną kupkę głazów oznaczonych od północy pławą kardynalną. Taka kupka głazów może być pozostałością po starym wraku. Potwierdza to mapa 1898 roku. Głazy prawdopodobnie stanowiły ładunek lub balast statku. Weszliśmy do matecznika Zeesbootów, widok smukłej piramidy brunatnych żagli nad niziutkim kadłubem cofa czas o kilka-kilkanaście dziesięcioleci.

Pierwszy Zeesboot na zatoce Grabow. Foto: Kazimierz Olszanowski

Brzegi tu niskie, wody przybrzeżne płytkie, czasami na mieliznach okraszone rozproszonymi, podwodnymi głazami, portów i przystani brak zupełny. Widać tylko kilka niewielkich skupisk masztów w miejscach chronionych zasłoną mielizn, czyli jest pole do popisu dla mieczówek i niewielkich motorówek. Trzeba zatem odszukać dalszy ciąg farwateru, by starannie nawigując przejść na kolejny akwen czyli Barther Bodden.

 

BARTHER BODDEN

Jest słonawym akwenem pomiędzy barierą FDZ a stałym lądem. Zasilają go: woda morska napływająca cieśninami i kilka rzeczek z największą płynącą z południa Barthe. Głębokości na znacznej powierzchni nie przekraczają dwóch metrów. Największe do około 6 metrów występują w cieśninie Zingster Strom między FDZ Zingst a wyspami Grosser Kirr i Barther Oie. Jak sądzę, głęboczki powstały skutkiem czerpania stąd piasku i refulowania go na tereny zagrożone cofkami sztormowymi.

W północnozachodnim krańcu boddenu rozciągają się dwie niskie, płaskie wyspy Grosser Kirr i Barther Oie, stanowią one ważny obszar lęgowy dla mew, rybitw, różnych gatunków siewkowatych. W czasie wiosennych i jesiennych migracji popasają tu duże (do 3000 osobników) stada żurawi.
Farwater kręci tropiąc lokalne obniżenia dna. Mniej, więcej na środku akwenu rozdziela się na dwa ramiona. Pierwsze prowadzi na północ w kierunku Zingster Strom i miasteczka Zingst, zaś drugie na południe do Barth (Bardo). Póki co płyniemy do Zingst.

Grosser Kirr

Wyspa liczy kilkaset hektarów słonych łąk i podmokłości pociętych na kawałki siecią rowów melioracyjnych, strumyków, cieków i drobnych oczek wodnych. Na zdjęciu lotniczym wygląda jak gobelin utkany z zielonych plamek z błękitnymi żyłkami wody. Najwyższy szczyt wyspy sięga 1,0 m nad poziom morza. Wraz z sąsiednią mniejszą wysepką Oie została objęta ochroną prawną jako rezerwat florystyczny i ornitologiczny. W sezonie lęgowym gniazdują tu rzadko już spotykane gatunki ptaków siewkowatych; biegusy zmienne, bataliony, krwawodzioby, ostrygojady, rycyki i liczne mewy. Na przelotach spotyka się duże stada żurawi. Obowiązuje zakaz wstępu na wyspy. W ostatnich latach przywrócono ekstensywny wypas krów co pomaga zapobiegać nadmiernemu rozwojowi niepożądanej roślinności. Krowy całe lato żyją na wyspach na sposób afrykańskich bawołów wodnych w delcie Okawango. Autentyczne bawoły pochodzące jednak z południowowschodniej Azji też są tutaj wypasane.

Zingster Strom

Między południowymi wybrzeżami FDZ – Zingst a wyspami Grosser Kirr i Oie ciągnie się ponad trzykilometrowa cieśnina Zingster Strom. Szerokość do stu metrów oraz spore głębokości pozwalają na bezpieczne podejście do portu miasteczka Zingst. Niegdyś cieśnina ta umożliwiała wyjście w morze. W zagłębionej ku północy zatoczce leżą dwie małe wysepki Brunstwerder i Gansebrink.

Wyspa Zingst

Do początku lat siedemdziesiątych XIX wieku wielka, płaska kupa białego piasku czyli Zingst była wyspą, oddzieloną od wyspy Darss wąską cieśniną Prerowstrom. W 1872 roku silny sztorm zasypał piaskiem cieśninę. Ludzie wykorzystali moment i umocnili byłe ujście groblą, po której biegnie droga. Pozostała część osuszonego dna stanowi depresję zagłębioną ok. 50 cm poniżej poziomu morza. Na wschód od miejscowości Zingst leży stary las Osterwald z torfowiskiem wysokim i rozległe wilgotne łąki Sundischen Wiesen zakończone cyplem Pramort z pionowym akcentem wieży dla obserwatorów ptasiej czeredy.

W czasach NRD wojsko zabawiało się tu rakietami. Do lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku wystrzelono kilka rakiet Meteor E1 produkcji polskiej i kilkanaście rosyjskich MMR06-M. Podobno badano ich zachowanie na dużych wysokościach. Odludność miejsca sprzyjała zachowaniu tajemnicy wojskowej zwłaszcza przed własnymi obywatelami, z pewnością, mało który Niemiec wiedział o tym fakcie, a my Polacy z dużym zdziwieniem dowiadujemy się, że byliśmy producentami rakiet Meteor E1.

 

ZINGST

Stolicą FDZ – Zingst jest niewielkie miasteczko (3200 mieszkańców) Zingst pełniące rolę nadmorskiego kurortu. Na prawym brzegu Zingster Strom leży kilka przystani należących do różnych klubów. Polecam ostatnią z nich oddaloną nieco od przystani „białej floty” i szeregu punktów gastronomicznych. Cumujemy między drewnianymi dalbami dziobem do stalowego pomostu biegnącego równolegle do brzegu. Teren mariny jest ogrodzony i posiada sympatycznie urządzone miejsce do grillowania.

Spacerując po miasteczku, już przy samej przystani można natknąć się na okazy słynnych drzwi darskich. Jest ich tu nawet więcej niż w pobliskim Prerow na FDZ – Darss gdzie znajduje się słynny warsztat działający od ponad 185 lat.

Drzwi darskie. Foto: Kazimierz Olszanowski

Dziwna, metalowa kopuła na krańcu mola jest miejscem, gdzie działa winda podmorska. Za kilka euro chętni wsiadają do oszklonej gondoli i opuszczani są na dno morza. Tam mogą przez pół godziny podziwiać podmorskie krajobrazy i być może jakieś zwierzęta morskie.

Podmorska gondola w Zingst. Foto: Kazimierz Olszanowski

W Zingst trzeba upewnić się co do godzin otwierania zabytkowych mostów Meiningenbrücke. Wg planu w sezonie żeglarskim otwierane są równocześnie w godzinach: 07.45-09.45-17.45-20.00 (przy wietrze powyżej 7 B mostów nie otwiera się). Uzbrojeni w wiedzę, odpalamy kataryny, za czym, zachodnim ramieniem cieśniny Zingster Strom płyniemy około 1,5 Mm w kierunku przeprawy mostowej mając nadzieję, że ewentualny silny wiatr nie uwięzi nas na dłużej za mostami.

Mosty Meiningebrücke. Foto: Magda Podgórska

 

HERTERSBURG

W okolicach miejscowości Zingst na północnym brzegu Zingster Strom znajdują się resztki starej obronnej budowli. Jeszcze teraz czytelne są; fragment fosy mokrej i znaczna część pierścienia wałów ziemnych. Oficjalna wersja odnosi ten obiekt do czasów słowiańskich natomiast legendy wiążą go z Klausem Stoertebeckerem, który ponoć zamieszkiwał w nim w czasie gdy piractwo na wielką skalę nie przynosiło większych dochodów. Wówczas dorabiał na boku grabiąc żeglarzy zwabionych błędnymi znakami nautycznymi na jedną z licznych mielizn. Pamiątką po ulubionym piracie południowego Bałtyku są drapieżne ceny w położonym w pobliżu hotelu. Patrząc na wały i fosę typowe dla XIV i XV wieku trzeba raczej przyznać rację legendzie, chyba że przy budowie zameczku wykorzystano nasyp słowiańskiego grodziska oszczędzając kosztów przy posadowieniu budowli na bardzo nisko położonym terenie. Legendę wspiera historyczny zapis mówiący, że w powstaniu zameczku mieszał w XIV wieku książę rugijski Wisław II. Kamienny materiał z murów zameczku wbudowano w XIX wieku w budynek nowego kościoła.

By odwiedzić Barth powinniśmy wrócić do rozgałęzienia farwaterów i popłynąć na południe lub zrobić to w drodze powrotnej.

 

BARTH (Bardo)

Jak na małe miasteczko Barth dysponuje sporym portem z wydzieloną, osłoniętą falochronem mariną, gdzie zawsze są wolne miejsca dla wędrowców spod żagla. Będąc w Barth warto odwiedzić małe muzeum techniki zlokalizowane w byłej cukrowni. Można tu zobaczyć m.in. model słynnego „Titanica” w dużej skali, działający jeszcze generator z napędem parowym i kilkadziesiąt starych pojazdów mechanicznych.

Historia miasteczka. Jeszcze przed tysięcznym rokiem istniał duży gród Bardo strzegący wybrzeży Bałtyku. Zamieszkiwany przez ludzi należących do plemion; Obodrytów, Wenedów, Luciców, Ranów. Wielkość grodu i mozaika ludów stworzyły podstawy do powstania w XIX wieku kolejnej legendy o Winecie. Po rozbiciu plemion słowiańskich nastąpił okres wielkiej kolonizacji. Słabo zaludnione tereny zajęli imigranci z Europy Zachodniej budując przy granicy grodu swoje osiedle, z upływem czasu zamienione w miasto. Wielka kolonizacja funkcjonowała z nadania książęcego, wszelkie miasta i osiedla podlegały lokalnym feudałom, niechętnym organizacjom samorządowym mieszczan. Dzięki temu Barth nie wstąpiło do Hanzy i było pozbawione opieki i wsparcia silnej organizacji kupieckiej. Uczestniczyło za to czynnie i biernie w licznych zbrojnych aferach wywoływanych przez swoich suwerenów, przeżywając też kilka epidemii, pożarów i niszczących sztormów.

Barth z lotu ptaka. Foto: Magda Podgórska

Od 1533 roku w mieście zapanowała reformacja, pozbyto się księży katolickich, rozgrabiono majątek kościołów i klasztorów, spalono przy okazji kilkanaście niewinnych, lub może tylko niewygodnych, czy wrednych kobiet oskarżonych o czary. Książę Bogusław XIII obawiając się nadmiernego wzrostu znaczenia pobliskiego Stralsundu wpompował w Barth sporą kasę i spowodował znaczny rozwój miasta. Inwestycje zapoczątkowały szybki wzrost gospodarczy przerywany epidemiami czarnej śmierci w latach 1597 i 1598. Prawdziwe jednak klęski przyniosła Wojna Trzydziestoletnia zakończona ulokowaniem się tu Szwedów i syfilisu. Na południowym wybrzeżu Bałtyku, Szwedzi nie byli najeźdźcami choć tak są obecnie przedstawiani w Północnych Niemczech. Zostali zaproszeni przez kilku protestanckich władców północnych niemieckich kraików, którzy liczyli na ich pomoc w uniezależnieniu się od katolickiego cesarza i liczyli na zyski z redystrybucji kościelnych majątków. Sowicie opłaceni sojusznicy skwapliwie skorzystali z zaproszenia i pozostali tu prawie 200 lat. Ich sprawna polityka fiskalna niezbyt podobała się tubylcom przywykłym do bałaganu w czasie panowania dynastii Gryfitów, dlatego obecnie zwierzchnictwo Szwedów ochoczo choć bezpodstawnie uznaje się za okupację.

We wczesnym okresie panowania szwedzkiego, głównie w XVII wieku miasto i okolice spustoszyły wody kilku cofek bałtyckich i dla kontrastu trzy wielkie pożary. W roku 1710 podczas Wielkiej Wojny Północnej w miejscowym zamku mieszkał były król polski Stanisław Leszczyński, którego „woził w teczce” król szwedzki Karol XII. W wyniku klęski Szwedów Barth na krótko posiedli Duńczycy. Stulecie wojen i klęsk żywiołowych zmniejszyło liczbę ludności o 90%. Przez następny wiek następował powolny rozwój miasta przerywany epizodem napoleońskim, który zahamował wpływy z żeglugi, ale zakończył panowanie szwedzkie. Jeszcze tylko epidemia cholery (1850 r.) i wielka cofka bałtycka (1872 r.). Dopiero pod koniec XIX wieku już pod panowaniem Cesarstwa Niemieckiego zabudowa miejska przekroczyła granice średniowiecznego miasta lokacyjnego. Jak widać na fotografii powyżej ekspansja zabudowy nie przybrała bardzo ofensywnej formy.

Barth. Pierzeje wymuskanych fasad kryją często byle jaką konstrukcję z „pruskiego muru” . Foto; Magda Podgórska

W czasie II Wojny Światowej w Barth funkcjonował Stalag Luft I przetrzymujący zestrzelonych lotników alianckich. Dzięki temu miasto uniknęło bombardowań lotniczych, załogi alianckich Wellingtonów i Lancasterów nie chciały przy okazji zbombardować uwięzionych kolegów.

Oflag/Stalag Luft 1 Barth. Na półwyspie leżącym na północny zachód od miasteczka w czasie wojny zlokalizowano początkowo oflag (obóz dla oficerów) a następnie stalag (obóz dla podoficerów i szeregowców) dla pojmanych lotników alianckich. Przebywało tam prawie 10 tysięcy jeńców w znacznej większości amerykańskich. W historii obóz zasłynął jako miejsce gdzie wykopano rekordową ilość około stu tuneli mających służyć ucieczkom. Znalazłem kilka wiarygodnych informacji dotyczących udanych ucieczek, między innymi przez tunel nazwany „Blitzkrieg” biegnący w rejonie spalarni śmieci. W ramach retorsji część jeńców przeniesiono do innych oflagów, w tym do Stalagu Luft 3 w Żaganiu gdzie stanowili trzon organizacji przygotowującej masową ucieczkę słynną z filmu „Wielka ucieczka”.

W ostatnich dniach wojny strażnicy ulotnili się a jeńcy pozakładali opaski, na których cyrylicą napisali swoją narodowość. Na wszelki wypadek powiadomiono Brytyjczyków okupujących już część terenów północnych Niemiec. Jeńcy obawiali się, że po wejściu Rosjan zostaną przeniesieni na daleką północ Związku Radzieckiego. W ramach operacji „Odrodzenie” alianci przewieźli byłych jeńców na wyspy brytyjskie i do Le Havr.

Aktualnie miejsce obozu wskazuje niewielki pomnik zamaskowany nieco przez ogromną farmą fotowoltaiczną.

 

BODSTEDTER BODDEN

Zaraz za mostami wpływamy na Bodstedter Bodden kolejną zatokę laguny obramowaną FDZ – Darss, stałym lądem i od zachodu łańcuchem małych, porosłych trzciną wysepek bultenów. Akwen jest silnie rozczłonkowany półwyspami i zatokami. Farwater sporo kręci między stałymi fragmentami gry, czyli mieliznami. Na brzegach leży kilka niewielkich porcików z przystaniami dla jachtów.

Wkrótce po przejściu pod mostami farwater rozwidla się; odnoga północna prowadzi do Prerow stolicy FDZ – Darss, zaś południowa jest początkiem farwateru do Saaler Bodden . My obieramy kurs do miasteczka Prerow. Farwater tu bardzo zwęża się nawet do szerokości większych statków „białej floty”, a takich kursuje sporo. Powinno się tak żeglować by uniknąć wymijania w bardzo wąskich miejscach. Faktyczne głębokości nie mają wiele wspólnego z wartościami deklarowanymi w locjach. Widziałem jak łódka o zanurzeniu 1,60 przebijała się przez piaszczystą łachę (na głębokości 1,50 m) zamykającą część szerokości farwateru.

Wyspa Darss

Środkowa część półwyspu Zingst – Darss – Fischland wyróżnia się kształtem. To już nie jest mierzejowaty pasek lądu między morzem i laguną, a całkiem galanta wyspa co szerokość swoją posiada i miejscami wyrasta na kilkanaście metrów z wody. Przez wieki na Darss zachowały się pradawne lasy zamieszkałe między innymi przez ostatnie dziko żyjące niemieckie żubry (do 1945 roku). Polowały tu różne niesławnej pamięci mendy typu Goering czy Honecker. Obecnie spore kawałki lasów włączono w skład terytorium Vorpommersche Boddenlandschaft.

Na Darss pieczołowicie kultywowane są stare tradycje, nikt już nie wie kiedy i jak powstały, ale doskonale funkcjonują i wabią turystów. Pierwszą jest sztuka kunsztownego zdobienia drzwi wejściowych do domów. Płyciny i ościeżnice pokrywane są snycerką i malowane na żywe kolory. Do dzisiaj funkcjonuje warsztat stolarski liczący sobie ponad 185 lat, prowadzi go już siódme pokolenie rodziny właścicieli. Zachowały się tradycyjne wyobrażenia przedstawiające motywy krzyża, kotwicy, wschodzącego słońca i inne. Najstarsze drzwi można obejrzeć w lokalnym muzeum zaś pozostałe w ścianach budynków przy uliczkach okolicznych miejscowości i to niezależnie od pory roku, godziny dnia i za darmo. Motywy przedstawiane na płycinach drzwi mają znaczenie symboliczne i tak; bukiet tulipanów oznacza drzewo życia, rozeta – dom kapitana, zaś krzyż oznacza krzyż.

Drugą tradycją upamiętniającą daniny w solonych śledziach płacone Szwedom i wywołującą czasami gorące emocje jest wybór Króla Beczki. Królem na najbliższy rok zostaje osoba, która jadąc konno galopem, uderzając pałką, strąci ostatnią klepkę z wiszącej na drzewie beczki śledziowej. Czasami wymaga to kilkuset uderzeń. W ostatnich latach w rywalizacji bierze udział do trzydziestu osób i tyleż koni. W 2008 roku Królem Beczki została po raz pierwszy w historii kobieta Claudia Windemann (chyba ma geny słowiańskie bo ładna bestyjka). Cała impreza swym charakterem przypomina festyn ludowy, jednak ubrani w marynarskie stroje jeźdźcy i sędziowie traktują rywalizację bardzo poważnie.

 

PREROW (FDZ-Darss)

Do przystani prowadzi wąski farwater biegnący korytem kanału nazywanego Strumykiem Prerower. Po wejściu w Prerower Strom, oczywiście na silnikach, niespiesznie podążamy w górę akwenu. Mała prędkość minimalizuje ewentualne skutki kontaktu z dnem. Przy odrobinie szczęścia lub cierpliwości bez problemu osiągniemy koniec żeglownej części Prerower Strom. Napotkamy tam dwie przystanie po jednej na każdym z brzegów. Jeśli zdecydujemy się na tę dalszą, podchodząc do dalb cumowniczych środkowego pomostu mamy dużą szansę na utknięcie w gęstym błocie przydennym. Utknął tu nawet „Szwendaczek” (1,0 metra zanurzenia). Błotnista górka zalega w połowie długości środkowego pomostu. W pozostałych miejscach postojowych głębokości osiągają bezpieczne dwa metry.

Nazwa miasteczka pochodzi od słowiańskiego słowa oznaczającego przekop, przerwę, wyłom i pewnie jest pamiątką po miejscu gdzie morze przerywało piaszczystą mierzeję. Drugą, widoczną pamiątką są szerokie, płaskie plaże podobno najpiękniejsze w Niemczech.

Dawne czasy funkcjonowania tej niegdyś rybackiej wioski przypomina zabytkowy kościół Seemanskirche z 1727 roku przebudowany w pierwszej połowie XIX wieku. Wnętrze ozdobione modelami żaglowców wykonanych przez ludzi morza jako wota za bożą pomoc w jakiejś potrzebie. Przy kościele cmentarz z kamiennymi nagrobkami pamiętającymi początek XVII wieku. Wśród zabudowy miasteczka przetrwało ponad dwadzieścia budynków pochodzących z XVIII i pierwszej połowy XIX wieku. Również zupełnie nowe budynki nawiązują zdobnictwem do budowli tradycyjnych.

Typowe drzwi darskie we współczesnej elewacji. Foto: Kazimierz Olszanowski

W Prerow na brzegu morza ma być budowany nowy port z małą mariną dla żeglarzy. Spory na temat lokalizacji trwają już ponad dwadzieścia lat. Aktualnie z morza widoczne jest tylko molo mierzące prawie 400 metrów długości.

 

WIECK (FDZ- Darss)

W miejscowości Wiek od początku stycznia do końca lutego 1941 roku funkcjonowało komando detaszowane z obozu koncentracyjnego Neuengamme koło Hamburga. W znacznej większości członkami komanda byli niemieccy świadkowie Jehowy. Jedynie kapo i kucharze nie należeli do tego kościoła. Zadaniem więźniów był zbiór trzciny przeznaczonej do krycia dachów. Trzcinę wycinano ręcznymi narzędziami stojąc całymi dniami po pas w zimnej wodzie. Po zakończeniu sezonu zbioru trzciny resztę więźniów, którym udało się przetrwać odesłano do obozu macierzystego. Przeprowadzono nie mniej niż dwie takie akcje, w każdej brało udział po pięćdziesięciu więźniów.

 

BORN (FDZ-Darss)

Południowy cypelek wyspy Darss kryje małą wieś Born. Krótki oznaczony pławami farwaterek prowadzi do małego dobrze osłoniętego basenu portowego. Jest tu ze dwa tuziny miejsc postojowych. Cumujemy między dalbami dziobem do kei. Niewielka głębokość akwenu portowego chroni przed jachtami o większym zanurzeniu. Z moich obserwacji bazujących tu jednostek wynika, że 1,50 metra jest raczej górną granicą zanurzenia dla łodzi, które zamierzają tu cumować.

Nazwa ponoć wywodzi się od słowiańskiego słowa bór. Dzieje typowe dla małych miejscowości w tym regionie; Słowianie – Księstwo Rugijskie – Księstwo Wołogojskie – Królestwo Szwecji – Prusy – Cesarstwo Niemieckie – NRD – RFN. Mieszkańcy żyli z rolnictwa i rybołówstwa. Dopiero w XVIII za sprawą rozwoju żaglowej żeglugi nastąpiło ożywienie gospodarcze i demograficzne trwające do końca XIX wieku kiedy to statki parowe wyparły żaglowe kabotażowce z tras żeglugowych. W okresie prosperity w Born zamieszkiwali kupcy, armatorzy czy kapitanowie statków dysponujący nadwyżkami finansowymi, które umożliwiły rozwój infrastruktury letniskowej i turystycznej.

We wsi można zwiedzić muzeum lasu i łowiectwa w byłej leśniczówce, oraz przypominający wiejską chałupę z wieżyczką mały kościółek rybacki wyposażony w drewniane sklepienie kolebkowe i ciekawe drewniane rzeźby, wsporniki podpierające łuki sklepienia. Wnętrze zdobi kilka wotywnych modeli żaglowców. Zdobnictwo, zwłaszcza dość egzotyczna kolorystyka części elementów (drzwi zewnętrzne, część wieżyczki pomalowane w kontrastowe paski) kojarzy się ze sztuką afrykańskich Masajów lub Zulusów sprzed epoki plastykowych, japońskich klapek.

Zeesboty z Bodstedter. Żegluga zwłaszcza związana z połowem ryb wypracowała w ciągu kilku wieków specyficzny typ łodzi przystosowanych do połowów ryb dennych. Łowiono przy pomocy włoka i stąd utworzyła się nazwa „Zeesboote”. Były bardzo szybkie, bo kto pierwszy wrócił z połowem, ten dyktował ceny. We wschodniej części Estuarium Odry Zeesbooty przekształciły się w Zeeskahny, nieco większe jednostki łowiące okrężnicami (rodzaj sieci). Po wyeksploatowaniu kadłuby zalegały w błotnistych zakamarkach akwenów portowych. W latach osiemdziesiątych XX wieku gnijące resztki kadłubów pieczołowicie wydobywano i odbudowywano. Rekonstrukcja polegała na wymianie kolejnych elementów drewnianych na nowe, co pozwoliło na zachowanie linii teoretycznych i szczegółów konstrukcyjnych. Charakterystyczną cechą Zeesbootów jest gaflowy lub rozprzowy takielunek i brunatny kolor żagli, niegdyś uzyskiwany poprzez impregnację płótna łojem wołowym, tranem i wywarem z kory dębu. Porty macierzyste sporej flotylli leżą nad Bodstedter Bodden, gdzie corocznie w pierwszych dniach września odbywają się regaty tych łodzi. Startuje w nich kilkadziesiąt jednostek.

Zeesboot z Bodstedter. Foto: Kazimierz Olszanowski

 

BODSTEDT (FDZ Fischland)

Kościół św. Ewalda. Najważniejszym a właściwie jedynym zabytkiem miejscowości jest gotycki kościół św. Ewalda. W obecnej formie został zbudowany na przełomie XV i XVI wieku, lecz zawiera elementy znacznie starsze. Wystrój i wyposażenie pochodzi głównie z okresu późnego baroku. Cenne organy zbudowano w 1887 roku. Pewne pytania i wątpliwości budzi postać patrona kościoła, czyli świętego Ewalda. Było ich bowiem dwóch Czarny i Biały (od koloru włosów) toteż pytanie, o którego właściwie chodzi ma uzasadnienie. Obydwaj Ewaldowie mieli prawie identyczny życiorys, szczególnie jego koniec, obydwaj w młodym wieku, w czasie misji chrystianizacyjnej, zostali zamordowani w okolicach Dortmundu przez tych samych powszechnie znanych sprawców mocno przywiązanych do pogaństwa. Pewnie licznie przybywający tu pielgrzymi nie wiedzieli czy modlą się do Czarnego, Białego czy do obydwu Ewaldów razem. Obecnie kościół starannie odbudowany jest trochę zbyt nowy i śliczniutki jak na tak szacowny zabytek. Proporcje bryły budynku też chyba nieco schamiono. Na ścianie umieszczono cegłę ze znakiem fali przypominającej powódź z 1872 roku.

 

SAALER BODDEN

Największy z tutejszych boddenów (ok. 81 km2) jest ostatnią, najdalej na zachód i południe wysuniętą częścią laguny. Bodden kończy się płytką zatoką Ribnitzer See, do której uchodzi rzeka Recknitz. W pobliżu uchodzi też niewielka rzeczka Saaler Bach. Z tego powodu, uwzględniając największe oddalenie od cieśnin wiodących w morze obserwuje się tu najniższe zasolenie wody.

Przejście na Saaler Bodden wymaga zwiększonej uwagi oczywiście ze względu na mielizny. Trasa wiedzie na wschód od paska bultenów oddzielających obydwa boddeny. Szlak wodny wchodzi między skrajny bulten a stały ląd. Przez kilkaset metrów płyniemy rodzajem naturalnego kanału. Bulteny osłaniają farwater przed falą i północnym wiatrem jednak w przerwach między nimi potrafi dmuchnąć jak z tunelu aerodynamicznego.

Domek na sztucznej wysepce (terpie). Foto: Kazimierz Olszanowski

Po minięciu, stojącego na sztucznej wysepce domku będącego własnością Parku Narodowego pojawiają się czerwone pławy, które powinniśmy mijać w odległości większej niż 5 metrów. Dalej farwater wyznaczają jedynie zielone pławy, które należy mijać trzymając się bardzo blisko (nie więcej jak 2-3 metry) od linii jaką wytyczają. Powyższe zdania napisałem dzięki obserwacji trasy wybieranej przez miejscowe jachty. Sam w tym czasie stałem na mieliźnie oczekując na pomoc kolegów.

 

AHRENSHOOP (FDZ Fischland)

Ta mała miejscowość między nadmorskim klifem, a brzegiem boddenu, od ponad stu lat pełni rolę kolonii artystycznej. Mieszkają tu współcześni niemieccy, malarze, rzeźbiarze i architekci.

Miejsce wybrano ze względu na warunki klimatyczne, głównie bardzo sprzyjające malarzom światło. Mieszkańcy starają się nadać swojej wiosce niepowtarzalny, artystyczny charakter. W 2014 roku otwarto we wsi Kunstmuseum Ahrenshoop. W nowoczesnym budynku prezentowane są prace artystów z przełomu XIX i XX wieku oraz dzieła twórców współczesnych niesłusznie zapomnianych jak głosi przewodnik po wystawie. Według mnie wątpliwa uroda tego budynku w pełni zasługuje na zapomnienie.

Na stromym, piaskowcowym klifie można czasami zauważyć kompozytora Lutza Dietricha nagrywającego głosy morza. Przetworzone stanowią główne tworzywo jego bardzo ciekawych kompozycji. Przy okazji warto podnieść bryłkę piaskowca i zobaczyć co zawiera. Można wypatrzeć dobrze zachowane muszelki mięczaków, pancerzyki skorupiaków i odbite przez przybój płatki krzemienia przypominające wyroby ludzi z epoki kamienia.

Ahrenshop nie posiada portu, toteż napawanie się współczesną sztuką wymaga krótkiego spaceru z pobliskiego Althagen.

 

ALTHAGEN (FDZ Fischland)

Wchodzimy do malutkiego portu Althagen. Oprócz największego basenu gościnnego jest tu kilka mniejszych, płytkich zakamarków z brzegami obstawionymi domkami rekreacyjnymi i hangarami (garażami) na łodzie. Nie wolno cumować do nabrzeża pirsu po lewej stronie od wejścia. Miejsce to zarezerwowano dla stateczków „białej floty” i nieco dalej dla kilku Zeesbotów. Kilkadziesiąt metrów od nabrzeża leżą; mała, sympatyczna knajpka i wędzarnia ryb.

Porcik w Althagen. Foto: Kazimierz Olszanowski

Obecna portowa osada Ahrenshoop, do niedawna była wioską graniczną między Vorpommern a Mecklemburg. Chlubi się pagórkiem Bakelberg, najwyższym szczytem półwyspu Fischland (17,9 m.n.p.m.). Podobnie jak w sąsiednim Althagen zamieszkiwali liczni malarze, pewnie znowu sprowadziło ich słynne światło. Powstał tu znany w Niemczech impresjonistyczny obraz „Czerwony dom z Althagen” namalowany przez Dorę Koch-Stetter.

W dniu 19 09 2015 roku odbyła się w pobliżu Althagen kolejna edycja słynnych regat Zeesbootów.

 

WUSTROW (FDZ Fischland)

Letniskowa wieś położona między Saaler Bodden a nadmorskim klifem. Podobno rodowód jej sięga czasów podboju tych ziem przez Słowian (VIII wiek). Najstarsze zapiski określają to miejsce zwrotem „Svante Wustrow” co ma znaczyć święty ostrów (wyspa). Od pierwszej połowy XIII wieku należała do klasztoru klarysek w Ribnitz. Następnie weszła w orbitę handlu hanzeatyckiego. Wraz z upadkiem Hanzy gospodarka miasteczka ograniczyła się do rolnictwa, rybołówstwa i kabotażowego handlu. Krótkie okresy prosperity przerywały pożary i powodzie starannie niszczące drewnianą zabudowę (ostatni wielki pożar 1869 rok, ostatnia wielka powódź 1874 rok). Mimo wszelkich klęsk mieszkańcy dzięki handlowi morskiemu osiągnęli stosunkowo wysoki poziom zamożności. W latach 1846 – 1992 istniała tu Wyższa Szkoła Morska kształcąca kadry oficerskie dla floty.

Nad miejscowością góruje wysoka wieża neogotyckiego kościoła zbudowanego w drugiej połowie XIX wieku, za pieniądze rządowe. Wśród zabudowy mieszkalnej można wypatrzeć ciekawe stare budynki w tym typowy dla tego regionu szachulcowy dom rybacki liczący sobie około 200 lat.

Ozdobą okolicy jest nadmorski klif zbudowany z pokładów piaskowca i obfitujący w skamieliny. Na plaży zwłaszcza po silnym sztormie z północy można stosunkowo łatwo znaleźć bryłki bursztynu.

 

DIERHAGEN (FDZ Fischland)

Mała osada ok. 1600 mieszkańców jest najdalej zachód położonym portem laguny, który odwiedzimy. Pierwsza wzmianka pochodzi z 1311 roku i związana jest z wielką kolonizacją. Słynny pogromca Obodrytów, książę Henryk Lew miał tutaj zarodową stadninę koni, która z czasem przeszła na własność klasztoru w Ribnitz. Inwentarz klasztorny z 1585 roku wymienia dwa ogiery i 58 klaczy. Po zmianie obowiązującej religii osada przeszła na własność Skarbu Meklemburgii i była zarządzana przez komendanta Ribnitz. Spauperyzowani mieszkańcy z braku ziemi uprawnej musieli uzupełniać dochody przy pomocy rybołówstwa.

Strategiczne położenie w najwęższym miejscu przy nasadzie półwyspu spowodowało konieczność budowy umocnień obronnych w tym trzech redut ziemnych znanych pod wspólną nazwą „Szwecja”. Ich pozostałości można odszukać nieco na północ od centrum wsi. Późniejsze zapiski kronikarskie wymieniają liczne pożary i katastrofalne powodzie dewastujące dorobek mieszkańców. Podobno w 1747 woda oszczędziła tylko dwa domy w osadzie. Walka z zagrożeniem powodziami trwała do 1952 roku czyli do czasu solidnego wzmocnienia grobli chroniącej od ataków morza.

W drugiej połowie XVIII wieku rozpoczął się okres prosperity oparty o wpływy z żeglugi trwający prawie do końca XIX wieku z kilkuletnią przerwą z powodu blokady kontynentalnej wprowadzonej przez Napoleona, kiedy to utrzymywano się z przemytu. W najlepszym okresie stacjonowało w porcie i okolicy do 71 statków. Wprowadzenie i upowszechnienie żeglugi parowej w Europie spowodowało znaczny regres gospodarczy. Mieszkańcy by przetrwać musieli oprzeć gospodarkę na turystyce zamieniając miasteczko w Ostssebad Dierhagen.

 

RIBNITZ/DAMGARTEN (stały ląd)

Na brzegu pokazał się rządek enerdowskich bloków w z wielkiej płyty i nieco dalej pionowy akcent masywnej ceglanej wieży, zaś pod nim kamieniczki reszty miasteczka. Długi fragment linii brzegowej zajmują baseniki niewielkich przystani dla motorówek i stateczków „białej floty”, a także osłonięta kamiennym falochronem marina. Cumuje się między drewnianymi dalbami do kilku pirsów. Wejścia na pirsy ograniczają stalowe przegrody z furtkami zamykanymi na klucz, co znacznie utrudnia wyjście na ląd. Formalności postojowe można załatwić w pobliskiej (80-100 m) knajpce na kei. Tamże sanitariaty.

Bitwa nad rzeką Reknitz

W drugiej połowie X wieku sytuacja polityczna obecnych terenów Meklemburg-Vorpommern była dość skomplikowana, księstewka i hrabstwa saskie (niemieckie) sąsiadowały z pogańskimi plemionami słowiańskimi. Ówczesny papież, „lekką ręką” podarował pogańskich Słowian razem z ziemią, którą zamieszkiwali każdemu kto tylko potrafi ich podbić i ochrzcić. Wyspy leżące na północy zamieszkiwali Dunowie zawsze chętni do zawłaszczenia kawałka czyjejś ziemi. Bił się każdy z każdym, choć czasami zawierano nietrwałe sojusze.

Wykorzystując dogodny moment kiedy wschodniofrankijski (niemiecki) król Otton I walczył z najazdem Węgrów na południowych rubieżach swojego państwa, słowiańscy Obodryci w sojuszu z Wichmanem II oraz Ekbertem z Ambergau najechali ziemie saskie. Wojskami słowiańskimi dowodzili bracia Nakon i Stoigniew. Sprzymierzeńcy ogniem i mieczem przeszli przez domeny saskie mordując mężczyzn, niewoląc kobiety i dzieci. Otton I uporał się z kłopotami na południu wrócił na północ. Nawiązał stosowne sojusze i ruszył w pole przeciwko Słowianom i krnąbrnym, samowolnym wasalom.

Wojskami saskimi dowodził margrabia Geron.
Do bitwy doszło nad rzeką Reknitz w pobliżu obecnego miasta Damgarten. Obydwie strony liczyły po około 10 tysięcy zbrojnych. Początkowo zwyciężali Słowianie, jednak gdy Sasi przeprawili część wojsk przez rzekę oskrzydlając Słowian, ci ulegli zmasowanemu atakowi z flanki. Obydwie armie straciły w zabitych i rannych po kilka tysięcy ludzi. Następnego dnia wyrżnięto 700 słowiańskich jeńców w tym Stoigniewa (kroniki Thiethmara, Widukinda).

Skutkiem druzgocącej porażki Obodryci uznali zwierzchność Ottona i zmuszeni zostali do płacenia mu trybutu. Trzydzieści lat później doszło do wybuchu ostatniego, wielkiego powstania Słowian zamieszkujących na zachód od Odry zakończonego kolejną klęską i końcem politycznego bytu plemion słowiańskich.

W średniowieczu w czasie wielkiej kolonizacji granica między osobnymi i nieco wrogimi państwami Księstwem Rugijskim i Meklemburgią przebiegała po uchodzącej do Saaler Bodden rzece Reknitz (Reknicy). Książę rugijski Jaromir w trosce o wpływy z ceł i ochronę granicy zbudował tu miasto i nadał mu prawo lubeckie oraz hojnie uposażył w nadania ziemskie i przywileje handlowe. Władca Meklemburgii na wszelki wypadek po drugiej stronie bagnistej doliny granicznej ulokował swoje miasto Ribnitz.

Ryglowa kamieniczka w Ribnitz. Foto: Kazimierz Olszanowski

Przez następne stulecia mimo rotacji suwerenów pobliskie miasta znajdowały się w dwóch różnych państwach i funkcjonowały w różnych systemach prawnych. Dopiero ustawy o Pruskiej Ordynacji Gminnej i Niemieckiej Ordynacji Gminnej ujednoliciły stan prawny. W 1950 roku obydwa miasta połączono w jedną gminę miejską Ribnitz-Damgarten.

Na rynku miejskim zwraca uwagę szczególna fontanna. Spiżowe i żywe figurki tworzą bardzo klimatyczną scenkę. Nigdzie nie znalazłem nazwiska rzeźbiarza, choć w kilku miejscowościach zauważyłem rzeźby, które stworzył.

Żyjąca fontanna w Ribnitz. Foto: Kazimierz Olszanowski

Klasztor klarysek w Ribnitz. W gotyckich budynkach byłego klasztoru klarysek, między innymi funkcjonuje wystawa poświęcona życiu codziennemu zakonnic. Założony w około 1250 roku klasztor skupiał panny i wdowy z tzw. bardzo dobrych domów, w większości pochodzenia szlacheckiego. Przełożonymi zgromadzenia najczęściej były kobiety z rodów książęcych. Prezentowane są liczne zabytkowe przedmioty przypominające duchowe i codzienne życie zgromadzenia, w tym kolekcja dobrze zachowanych Madonn Ribnitzkich, a także odkryte niedawno prywatne przedmioty należące niegdyś do sióstr zakonnych, w tym zapiski często zawierające aktualne wówczas ploteczki, nawet nieco frywolne.

Z ciekawszych zabytków są ceremonialne baldachimy używane przez kolejne przeorysze oraz lektyki dla zakonnic. Klaryski kojarzą się ze srogą regułą zakonną wymagającą ascezy i umartwień, a tu lektyki będące widomym przejawem luksusu. Czy należy rozumieć, że zakonnice umartwiały się w lektykach i kolejne pytanie kto je nosił w tych lektykach?

Brama Roztocka w Ribnitz. Pochodząca z końca XIII wieku brama miejska jest jedną z najstarszych zachowanych bram miejskich w północnych Niemczech. Pierwsza pisemna wzmianka o tej budowli pochodzi z roku 1290. Przeżyła wiele wojen, niejednokrotnie próbowano ją zburzyć, wielokrotnie służyła ona malarzom jako temat. Jej wyjątkowa architektura frapuje i przyciąga wzrok turystów.

Kościół św. Bartolomeusza w Damgarten. Został zbudowany w czasie lokacji miasta prawdopodobnie na miejscu słowiańskiej świątyni. Ryglową wieżę dobudowano na początku XVIII wieku. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku została rozbudowana do obecnej, neogotyckiej formy. Ozdobą skromnego wnętrza jest drewniany ołtarz prawdopodobnie niderlandzkiego pochodzenia.

Niemieckie Muzeum Bursztynu. W byłym klasztorze klarysek mieści się też Niemieckie Muzeum Bursztynu dysponujące być może największą w świecie kolekcją ponad 1500 okazów surowego bursztynu pochodzącego z różnych zakątków Ziemi, a także precjozów wykonanych z tego pięknego surowca. Najstarsze z nich liczą ponad trzy tysiące lat. Eksponowany jest też bogaty zbiór inkluzji czyli bryłek bursztynu z wtopionymi drobnymi zwierzętami czy fragmentami roślin, które utknęły w złotej żywicy nawet 40 milionów lat temu.

Skansen Klockenhagen. W skansenie Klockenhagen można zwiedzić budynki z osiemnastu wsi z Meklemburg – Vorpommern, które przez stulecia charakteryzowały krajobraz tej krainy, są tu szopy, kościoły, domy. W założonym według wskazań znanej niemieckiej zielarki Hildegardy von Bingen ogrodzie rośnie ponad 200 gatunków różnorodnych ziół leczniczych.

Hildegarda von Bingen

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku po 800 lat trwającym procesie kanonizacyjnym papież wyniósł Hildegardę na ołtarze. Urodziła się Bemersheim nad Renem w pierwszych latach XII wieku. Jako dziecko trafiła do klasztoru gdzie miała szansę uzyskać wykształcenie, dzięki niemu i własnej osobowości została przeoryszą zakonu, by wkrótce założyć własne zgromadzenie w Elbingen. Często podróżowała odwiedzając i wizytując klasztory żeńskie południowych Niemiec głównie w celach kaznodziejskich. Napisała wiele dzieł o medycynie i lecznictwie. Między innymi na 800 lat przed stwierdzeniem tego faktu przez uczonych z początku XX wieku opisała wpływ spożywania pasożytniczego grzybka buławinki czerwonej (sporysz) na akcję porodową. Zajmowała się historią naturalną, uprawą ziół leczniczych i komponowała muzykę kościelną.

Wiele jej zapisków świadczy, że osiągnęła doskonałość i skuteczność w trudnej sztuce autoreklamy i to od najmłodszych lat. Ponoć już jako trzyletnie dziecko miała wizje i rozmawiała ze stwórcą. Ciekawe czy miała coś wspólnego z ogródkiem w Klockenhagen, czy to jest raczej zasługa kolejnych pokoleń naśladowców lub wizjonerów a tych nawet współcześnie nie brakuje nawet w Polsce. Ponoć w Legnicy funkcjonuje fanclub Hildegardy. Odpowiedź na zadane pytanie brzmi; „oczywiście nie, w tamtym czasie na terenie ujścia Reknitz mieszkali pogańscy Obodryci, toteż Hildegarda tu nie mogła zawitać.

W sam koniuszek zatoki do Damgatren głębokości nie pozwalają dopłynąć.